Orphaned Land, Lunarsea, Subterranean Masquerade, Dirty Shirt – Kraków (10.03.2018)

Staropolskie przysłowie mówi, że lepiej późno niż wcale. A że przysłowia są mądrością narodu, postanowiłem w końcu opublikować relację z koncertu, jaki ostatnimi czasy wysmażył nam krakowski Iron Realm Productions.

 

Wstyd się przyznać, ale Na Dolnych Młynach byłem po raz pierwszy i klub Zet Pe Te zrobił na mnie ogromne wrażenie. Hale byłych Zakładów Tytoniowych, pamiętające jeszcze zabór austriacki są po prostu piękne. Aż ciężko uwierzyć, że teren przejął już jakiś kapitalistyczny bezduszny deweloper i tym genialnym klubem (oraz otaczającymi go restauracjami i pubami) nie będziemy się już długo cieszyli. Niemniej jednak w takich okolicznościach przyrody koncert nie mógł być nieudany.

 

Towarzystwo także pojawiło się tłumnie, i gdy dźwięki pierwszego z zespołów doleciały zza zamkniętych drzwi, wszyscy ruszyli pod scenę. Nie ukrywam, że nigdy wcześniej nie słyszałem o Dirty Shirt, i na te odgłosy zrobiliśmy z żoną wielkie oczy. Melodie przypominały bardziej wiejskie rumuńskie wesele niż koncert metalowy. Cóż było jednak robić, poszliśmy i my.

Po kilku minutach mój ogląd na ten transylwański band zmienił się diametralnie. Siódemka muzyków grała z taką energią, jakby na scenie występował zastęp słynnego hrabiego Draculi lub Corvus Corax z chórem, tyle że pozbawiony dud. I to nic, że Dirty Shirt brzmieli trochę jak Sandu Ciorba podłączony do trzeciej fazy. Wszyscy bawili się wyśmienicie, a folkowo core’owe kawałki wpadały w ucho niczym hity z pierwszych miejsc list przebojów. Kierując się tymi kategoriami bez true metalowej napinki, muszę przyznać, że Rumuni wygrali wszystko.

 

Po koncercie pobiegłem na mercz, tratując staruszki i matki z dziećmi. I zeszło mi tam tak długo, aż ze sceny usłyszeliśmy pierwsze takty kolejnego zespołu – Subterranean Masquerade.

Ta kapela, podobnie jak headlinerzy, przyjechała do Polski z Izraela. Muzycy zaprezentowali na scenie mieszankę czegoś z pogranicza progresywnego metalu w odcieniu śmierci i smutku. Ta kapela nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia, jak poprzednicy, niemniej jednak progresywne granie jest u mnie zawsze na propsie. Postaliśmy więc w pierwszej linii dobre parę kawałków, po czym udaliśmy się do wodopoju.

 

Kolejny zespół to już była petarda prima sort. Włoska Lunarsea, prezentująca nurt melodeath, zagrała z potężnym kopem. Tłum gęstniał pod sceną w takim stopniu, że ciężko się było dopchać na jakieś przyzwoite pozycje i chwilę nam zajęło, nim zobaczyliśmy kapelę w pełnej krasie z logicznej odległości. Oj bardzo mi się podobał występ makaroniarzy, a sądząc po reakcji publiki, to nie byłem osamotniony w swoich odczuciach. Ostre i wyraźne gitary, plus perkusista z ADHD zrobili swoje, i gdyby nie fakt, że wszyscy zaczynali już myśleć o crème de la crème tego wieczoru, nie daliby pewnie zejść ze sceny Lunarsei.

 

Orphaned Land pojawili się na scenie z mniej więcej półgodzinnym opóźnieniem. Panowie przyjechali do Polski w celu promocji swojego najnowszego albumu Unsung Prophets & Dead Messiahs. I choć ich ostatnia płyta jest po prostu świetna, to muzycy nie zapomnieli także o swoich starszych hitach. Popłynęło więc między innymi Al lis One, Ocean Land, Sapari, a na bis The Beloved’s Cry i Norra el Norra. Z ostatniej płyty najpiękniej zabrzmiał Like Orpheus, Yedidi i rozpoczynający koncert The Cave. Pomiędzy kawałkami Kobi opowiadał nam rzeczy, których w czasach polsko-izraelskiego sporu nasi politycy mogliby się uczyć. Oj mądrze mówił Kobi, a tłum reagował żywo na każde jego zdanie.

Zresztą cały ten przyjazd Orphaned Land do naszego kraju, chcąc nie chcąc, miał wymiar polityczny. Muzycy odwiedzili ambasadę Izraela w Krakowie, a ich zdjęcie ze studiującą na krakowskim UJ dziewczyną z Jordanii obiegło internet dookoła. Nota bene ambasada na swojej stronie promowała to metalowe wydarzenie, a Jewish Center Community pomagał przy promocji eventu. Patrząc na te gesty (z zwłaszcza w aspekcie tego, co widziałem niedawno na izraelsko-jordańskiej granicy), faktycznie można się przekonać, że muzyka łączy – a nie dzieli. Nawet – a może zwłaszcza – metalowa, o czym wielokrotnie wspominał frontman.

 

Piękny był ten koncert. Świetnie zorganizowany, świetnie zlokalizowany i z genialną atmosferą. Mając na uwadze, że Iron Realm Productions obchodziło będzie w tym roku pięciolecie swojej działalności, to na tak okrągłą rocznicę laurka jest po prostu idealna. Wielkie zatem podziękowania dla Michała, a ja wracam do słuchania… nie, nie Orphaned Land! Ja dziś słucham Dirty Shirt

Tagi: , , , , , , , .