Papa Roach – Warszawa (19.09.2017)

Cut my life into pieces, this is my last resoooort!” – kto nie zna tych liryk z charakterystycznym riffem prowadzącym! Bezterminowy hit mojej niegdysiejszej wczesnej młodości, kiedy to muzykę trzeba było po prostu zdobyć, oszczędzić pieniądz na wydawnictwo, nagrać teledysk na VHS. Ech, wspomnienia. Dziś sprawy przedstawiają się inaczej, dawno porzuciłam ten rodzaj ekspresji na rzecz zupełnie innej, mainstreamowa muzyka prezentuje się również inaczej. Zespoły z początków lat 2000-2005 powoli wymierają (czasem niestety dosłownie), trendy pozmieniały się już 20 razy, powstało sporo nowych/innych odmian alternatywnej muzyki metalowej (lubię określenie tej metki), można by powiedzieć, że większość tych kapel zjada swój ogon, to już tylko dogorywanie. Ale są wyjątki. Być może właśnie sentymenty zawiodły mnie na wtorkowy (19 września br.) koncert Papa Roach zorganizowany przez Go Ahead, który odbył się w jednym z najlepszych warszawskich klubów, tj. w ukochanej Progresji. Pogoda nie sprzyjała, środek tygodnia tym bardziej, ale koncert okazał się wyprzedany i ściągnął tłumy z całej Polski. Tak, drodzy czytelnicy, paprochy funkcjonują i nie stracili nic ze swojej dynamiki, a może na przestrzeni lat nawet ją podwoili. 

Wieczór rozpoczęli lokalsi z Heroes Get Remembered, niestety długa, zakręcona kolejka do wejścia, a wcześniej zamknięty parking (!) pokrzyżowały plany, aby zespół zobaczyć i rozgrzać się przed headlinerem. Jak się szybko okazało rozgrzewka była ostatecznie zbędna, bo Panowie z Papa Roach rozpoczęli set z hukiem, i to podwójnym. Publika oszalała od pierwszego utworu, ręce w górze, nogi też, zewsząd wrzaski, momentalnie ruszyły dryfowania. Dało się zauważyć, jak ciekawie przedstawiał się przekrój wiekowy publiczności, bowiem obok nieopierzonych młodzianów dzielnie, choć z dystansem, głowami pomachiwali też starszacy, brodacze, Panowie w wyprasowanych koszulach czy Panie w outfitach co najmniej nie-koncertowych. Cóż, wygląda na to, że na papryczki jest ciągle popyt. Tym bardziej nieco zdziwił mnie ten fakt, bo gig Papa Roach w Stodole parę lat temu frekwencyjnie nie wypełnił klubu, a i młodzieży było zdecydowanie mniej. Wróćmy jednak do czasów współczesnych. Tegoroczny warszawski koncert znalazł się na trasie promującej najnowsze wydawnictwo Crooked Teeth (premiera 19 maja br.). W przekrojowej setliście znalazło się jednak miejsce na utwory ze wszystkich albumów Amerykanów, z najpopularniejszym, kultowym Infest na czele. Nie zabrakło największych hitów, a więc po kolei zabrzmiały Getting Away With Murder Between Angels and Insects. Wręcz chóralnie wraz z fanami został wyśpiewany zarówno starszy utwór Scars, jak i nowszy, stonowany Periscope. Publika w ogóle nie odpuszczała i każdy wykonywany numer zdaje się znała doskonale na pamięć. Może nie bez powodu paprochy tak kochają polskich fanów za ich szaleńcze oddanie, co wokalista Jacoby Shaddix chętnie podkreślał w pogadankach tzw. pomiędzy. Z drugiej strony wiadomo jak to jest – każdą publikę zespół winien kochać i doceniać. Ale kto by się tym przejmował tego wieczoru. Żeby zawrzało jeszcze bardziej Panowie zachęcali do „ścian śmierci”(!), młynków, przysiadów (albo jak kto woli – słowiańskich przykuców) i wyskoków, co oczywiście spotkało się z jak najbardziej entuzjastycznym odzewem. Nie zabrakło również akcentów  w postaci uczczenia pamięci artystów, którzy dość niedawno opuścili ten świat, czyli Chrisa Cornella i Chestera Benningtona; w połowie Forever zabrzmiały nawet wersy In The End Linkin Park. Znalazły się też covery – ku mojej uciesze, bodaj jedyny hit Blur – słynny Song 2 poruszył w filarach chyba całą Progresję. Na koniec bisy, obowiązkowy Last Resort, plus największy młyn fanów zaczynający się już na wysokości dźwiękowców i energia rozbiła ten wieczór na drobny mak.

Od strony organizacyjnej koncertu nie mam żadnych zarzutów, natomiast czepiam się strony technicznej. Niestety mam wrażenie, że nagłośnienie nie do końca było na najwyższym poziomie, co w Progresji prawie się nie zdarza. Czasami pojawiały się fałsze, nie trafianie „w dźwięk” i inne niedogodności. Są to jednak niuanse, zważywszy na odbiór całości jako cholernie pozytywna dawka energii. Wybaczam więc wszystko. 

Cóż Państwu rzec na podsumowanie – może tylko tyle, że warto było się tam stawić! Od dawna nie śledzę szczegółowo kariery Papa Roach, ale wiem jedno: takiej ikry i rozlanej na wszystkie strony radości grania tylko pozazdrościć. A ponoć rapujący metale są już dawno na emeryturze.

Do następnego!

 

Setlista:

Crooked Teeth
Getting Away With Murder
Between Angels and Insects
Kick in the Teeth
Geronimo
Born for Greatness
Scars
Periscope
Gravity
Song 2 (Blur cover)
Traumatic
Forever (with a snippet of „In the End” by Linkin Park)
American Dreams
She Loves Me Not
Lifeline
Help

Bis:

None of the Above
Dead Cell
Last Resort
…To Be Loved

 

Joanna Pietrzak

Joanna Pietrzak

Kosmos, alternatywa, pomieszanie z poplątaniem - szukam i sprawdzam. W końcu jesteś tym, czego słuchasz.
Joanna Pietrzak

Tagi: , , , , , , , , .