Roadburn Festival 2017 – Tilburg (20-23.04.2017)

Opisywanie Roadburn za pomocą słów to zawsze trudne zadanie. Zwłaszcza gdy branżową „konkurencją” akredytowaną na festiwal są Jedyni Dziennikarze Muzyczni w Polsce. Zwłaszcza gdy nie wierzy się w instytucje relacji z festiwalu. Przy pojedynczym, jednodniowym koncercie w schemacie „gwiazda + support/y” zadanie jest prostsze, bo większość z nich mieści się w kilku akapitach. Czterodniowy festiwal, TAKI festiwal, już nie. Dlatego poniży tekst to eksperyment, zrywający z chronologią i odwracający popularną formułę prezentowania festiwalowych niezbędników w postaci alfabetycznej wyliczanki. Zanim jednak do niej przejdziemy kilka informacji. Data: w tym roku festiwal odbywał się w dniach 20-23.04. Organizatorzy zrezygnowali z legendarnej już formuły trzydniowego festiwalu + Afterburner – specjalny event, zawsze w niedziele, roadburnowy dzień po zawsze pełen specjalnych performence’ów i zmęczonej publiki, która często snuła się po salach i korytarzach, jak zombie nie mogąc odnaleźć się już właściwie pofestiwalowej rzeczywistości. Miejsc: zawsze i niezmiennie 013. Mój pierwszy raz po rozbudowie i remoncie 2015 roku. Ten klub trzeba usłyszeć i zobaczyć, żeby zrozumieć. Miasto: Tilburg – spokojne uniwersyteckie miasto w cieniu większego Eindhoven. Swoim sielankowym klimatem jednocześnie kontrastuje i idealnie pasuje do piknikowego Roadburn. Oto pofestiwalowe ABC Roadburn 2017.

 

A – Atmosfera
Roadburn spośród reszty festiwali wyróżnia wiele elementów. Najważniejszym z nich, który zauważa się od pierwszych minut, jest atmosfera. To czterodniowy, rodzinny piknik. Świeżo wyciskany sok z pomarańczy zastępuje tu belgijskie piwo, a zamiast baniek mydlanych w powietrze lecą kłęby dymu. To właśnie sprawia, że ludzie uwielbiają tu wracać, a pod scenami widać wiele znajomych twarzy. Także tych, które przyzwyczailiśmy się oglądać na scenie.

B – Big Buisness
Od kilku lat Roadburn przechodzi transformację, porzucając doomowo-stonerową szufladkę, skręcając w stronę ekstremalnego metalu i eksperymentalnych form. Jak wszystko, ma to swoje dobre i złe strony. Złą jest coraz mniejsza reprezentacja zespołów, które mają wspólne korzenie z samym festiwalem. Zaletą jest eklektyczny line-up i obecność zespołów „pośrednich”. Big Buisness to jeden z nich. Amerykański duet nie musi nikomu nic udowadniać – dwa lata po debiucie Jared Warren i Coady Willis dołączyli do The Melvins. I właśnie nazwa legendarnej formacji z Seattle mogłaby posłużyć jako opis muzyki i koncertu Amerykanów. Potężne, energetyczne, zaangażowane politycznie, kompletnie melvinsowe – takie jest Big Buisness, także na żywo.

C – Coven
Ten festiwal nie zawodzi. Inna sprawa z zespołami, które na nim występują. Podczas Roadburn 2017 w tej kategorii zdecydowanie przodował Coven. Festiwal ma długą tradycję umieszczania w line-upie zespołów kultowych i legendarnych, których początki sięgają czasami nawet początku lat 60. W ostatnich latach na głównej scenie zagrali: The Pretty Things, Focus, Magma czy reinkarnacje Hawkwind i Goblin. W tym roku to miejsce zajęły ponownie Magma i okultystyczno-rockowy Coven z tajemniczą frontmenką Jinx Dawson. Niestety po 48 latach od debiutu z szalonego, kwasowo-hippisowskiego mistycyzmu nie zostało wiele. Braki w scenicznej energii i feelingu Jinx starała się przykryć elementami kabaretowymi – rozpoczęła od wyjścia z postawionej na scenie trumny, zaprosiła na scenę swojego przyjaciela, który okazał się atrapą ludzkiego czerepu. Wszystko to przypominało spotkanie loży kultystów zorganizowane przy piwie i grillu, na którym główną gwiazdą jest Beata Kozidrak. Jaki kraj, taki Bajm.

D – Dalek / Disfear
O charakterze festiwalu dużo można powiedzieć po frekwencji na koncertach. Jedną z największych mieli eksperymentalni hip-hopowcy z Dalek. Rzesze metalowców ustawiły się w kolejce do Het Patronaat – dawnej sali kościelnej – w poszukiwaniu oczyszczającej intensywności i niewymuszonego światłami czy scenicznym makijażem mroku, które coraz trudniej spotkać podczas starannie wyreżyserowanych występów metalowych gigantów. Również w „Patronacie”, w ramach kurateli John Dyera Baizley (Baroness) zagrał szwedzki d-beatowy potwór Disfear, który z mocą wkurwionego buldożera miażdżył punkowo-rockandrollowymi riffami, metalowym ciężarem i pełnymi złości wokalami „Tompy” Lindberga.

E – Eklektyzm / Emptiness
Eklektyzm to jedna z głównych cech Roadburn. To tutaj metalowcy bujają się do industrialnych bitów na Dalek, dziewczyna w koszulce Sonata Arctica tripuje razem z Radar Men From the Moon, a na katanach obok stonerowo-doomowej śmietanki miejsca zajmują heavymetalowe legendy i ich naśladowcy w rodzaju Death Alley, czy Night Demon.
Wewnątrz-metalowy eklektyzm jest domeną belgijskiego Emptiness. Nazwa wiele mówi o ich możliwościach na scenie – na żywo są puści i boleśnie nieciekawi.

F – Finanse
To ten nieprzyjemny aspekt festiwalu. Gdy bilet kosztuje niewiele mniej niż 200 €, nocleg najmniej drugie tyle, bilet samolotowy podobnie, to jeden Roadburn to już konkretna suma. Najbardziej oczywiście cierpią kolekcjonerzy merchu, którzy nie mogą się powstrzymać, żeby nie zabrać ze sobą kilku dodatkowych stów. Doskonale to rozumiem.

G – Gnod
W tym roku artystą-rezydentem Roadburn był brytyjski krautrockowy kolektyw Gnod. Instytucja rezydencji na festiwalu zakłada, że wyróżniony nią artysta zagra każdego dnia festiwalu z różnymi projektami. Kolektyw pojawił się na roadburnowych scenach pięciokrotnie w różnych konfiguracjach i kolaboracjach muzycznych oraz personalnych. Pod własnym szyldem Gnod najpierw zaprezentował krautową elektronikę wymieszaną ze współczesnym noisem, które razem nieprzyjemnie huczały w głowie, nie dając skupić myśli, a następne transowego krautrocka; wraz z Kuro hałaśliwą, duszą psychodelę; jako Temple Ov BBV (razem z Radar Men From the Moon) psychodeliczno-kwasowy odjazd; udowadniając przy tym, że najlepiej wychodzą im występy z przyjaciółmi.

H – Hypnopazūzu
Kolaboracje były mocnym punktem tegorocznej edycji. Złożona z dwóch weteranów sceny – Davida Tibeta (Current 93) i Youtha (Killing Joke) – formacja Hypnopazūzu poprawiła swoje notowania, nadając zwartości debiutanckiej płyty hipnotycznego klimatu przemysłowej elektroniki, i w końcu spełniając oczekiwania pokładane w TAKICH nazwiskach.

I – Integracja / Integrity
Podczas festiwalu zupełnie bez wysiłku można poznać ludzi dosłownie z całego świata. W tym roku poznałem kilku Brazylijczyków, Rosjanina, Japończyka, sławnego Hiszpana, kilku Holendrów, Amerykanina a piątek zakończyłem koncertem Integrity, który obejrzałem w towarzystwie fana z Portugali.

J – Jeszcze raz
„Chcę jeszcze raz” – to zdanie, które powtarza sobie każdy roadburnczyk jeszcze w trakcie festiwalu. Roadburn jest inne, Roadburn jest wyjątkowe, nie da się podrobić, zapada w pamięć. To festiwal, który dla wielu jest jedynymi wakacjami w roku, i to wystarczającymi. Katharsis – to jest odpowiednie słowo. To uzależnia.

K – Kurator
Kolejny wyróżnik. Co roku zaproszony przez organizatorów kurator tworzy swoją listę wymarzonych zespołów, które następnie zostają zaproszone na festiwal. W tym roku Johnowi Dyerowi Baizley z Baroness przypadło wybrać zespoły, które zagrały na main stage w piątek i w sobotę w Het Patronaat. Oczywiście kurator wystąpił także ze swoim Baroness, rozpoczynając swój pokaz potężnie, oldschoolowo i niemal chronologicznie od „Tower Falls” z EPki „First”, a następnie mixem numerów z „Red Album” i „Blue Record”, kultowego „Isaka” zostawiając na koniec. Nawet utwory z napędzanych rozdmuchaną produkcją albumów „Yellow & Green” i „Purple” były pełne szalonej energii Johna i mocą, której niedostatek jest tak wyraźnie słyszalny w wersjach studyjnych. Jestem zdania, że Mastodon jest nową Metalliką, a Baroness jest nowym Mastodonem.

L – Lenistwo
Szczęśliwi ci, którzy byli w stanie ustawić swoją listę „muszę zobaczyć” tak, by mieć trochę czasu na błogie lenistwo w Weirdo Canyon (wypełnioną klubami i pubami ulicę prowadzącą do 013), holenderskie i belgijskie kraftowe specjały, czy każdy rodzaj frytek w Broodje Jantje. Najczęściej jednak lista życzeń jest zwyczajnie zbyt długa.

M – Mysticum / Magma
Industrialni blackmetalowcy z Mysticum to dowód na to, że w metalu nadal można zrobić więcej. Przynajmniej od wizualnej strony. Trzy ozdobione satanistycznymi symbolami podesty, na których ustawili się członkowie zespołu, robiły wrażenie. Wystrój sceny idealnie współgrał z efektami świetlnymi. Nie ma mowy jednak o żadnym misterium – w branży lubimy nadużywacie tego słowa. Od strony muzycznej był to dyskotekowy industrial party z kabertowym satanizmem w tle.
Na drugim biegunie zajęła miejsce francuska Magma. Jasne światło odsłaniające niemal całą scenę, oszczędne wizualizacje przenosiły ciężar skupienia na muzykę. Francuska legenda to mistrzowie budowania klimatu poprzez dźwięki. Dzięki trójce wokalistów śpiewających w wymyślonym języku, można było poczuć się jak kosmiczny wyrzutek, gwiezdny nomad przybywający na zasiedloną przez ziemskich kolonistów planetę Kobaïa.

N – Nie mam czasu
Brak czasu to jedna z głównych wad festiwalu. Wydając kilkanaście setek albo kilka tysięcy na wyjazd, chcesz wyciągnąć z niego jak najwięcej. Esencją Roadburn są oczywiście koncerty, ale poczuć ją można również na korytarzach 013 i ulicach, ale kto ma na to czas?

O – Oranssi Pazuzu
Finowie z Oranssi Pazuzu są świetnym przykładem jak wykorzystać modę na black metal, budując markę muzyką, i przenosząc się z Patronaatu na główną scenę. Bez kontrowersji, bez otoczki, bez gadania. Masywne brzemiennie, transowe melodie i kosmiczna jazda. „Ściana dźwięku” może mieć pozytywne znaczenie i tak jest w tym przypadku.

P – Pontiak
Jak może wyglądać trzech braci z górzystych terenów Wirginii? Jakby zawodowo zajmowali się bimbrownictwem, a Południe miało znowu powstać. A jak grają? Pontiak to jedna z najciekawszych pozycji na stonerowej scenie. W ich muzyce mieści się neo-psychodeliczna melodyka, duszny od dymu stonerowy klimat, hardrockowa energia, a nawet drone’owy ciężar. To wszystko płynęło niesione riffem.

R – Rezydencja
O rezydencji pisałem już przy okazji Gnod. To jeden z ciekawszych wyróżników Roadburn i trudne zadanie dla organizatorów. Niewielu jest artystów, którym można oddać do dyspozycji cztery lub pięć spotów na festiwalowych scenach.

S – Stoner/doom
Mimo odejścia od doomowo-stonerowej formuły w line-upie zawsze znajdzie się miejsce dla kilku formacji z tej szufladki. Podczas Roadburn 2017 trudno było wybrać najlepszą spośród nich. Suma, Slomatics i Unearthly Trace pokazały, że warto trzymać miejsce w składzie dla takich zespołów. Dudniące, ciężkie brzmienie, otwierające wrota piekieł bębny, pełne złości wokale i melodie. Koncerty różniły się głównie klimatem – Slomatics zabrało nas w odległe światy maszyną przyszłości; z Suma paliliśmy kościoły, rozmyślając nad beznadziejnością naszej egzystencji; Unearthly Trace pokazało nam halucynogenną potęgę natury.

T – Trans Am / Those Poor Bastards
Literę „T” zdominowały dwa składy, które zagrały w Het Patronaat. Koncerty Those Poor Bastards to inna kategoria i wyższy poziom. Doskonale zbudowana atmosfera koncertu, która w sposób nieskomplikowany przekazuje wszystko, co zwarte jest w tekstach. Ich przepełnione brakiem wiary w sens ludzkiej egzystencji country to idealny soundtrack do życia imigranckiej biedoty amerykańskich miast i miasteczek z przełomu XIX i XX wieku.
Trans Am zaprezentował ciekawe połączenie koncertu z występem kabaretowym. Nerdowa psychodela, wokale w stylu robota z taniej kreskówki z lat 80., sięgające niemal do kolan żonobijki, kumpelskie pojazdy między numerami i jedzenie chipsów na scenie. Wszystko opakowane w melodyjki rodem z gier na Atari.

U – Ulver
Uważam, że nową płytą Ulvera nikt by się nie zainteresował, gdyby nie fascynacja kontrowersją „kiedyś grali metal, a teraz robią cover Depeche Mode”. Podobnie jest z ich koncertami. Dużo dyskotekowych światełek wyjątkowo dobrze zgranych z muzyką, trochę stroboskopów i niezmiennie fałszujący Garm. Do tego wszystkiego bijące ze sceny nadęcie, jakby upajali się swoim statusem.

V – VVizualizacje
Trochę naciągane. Wizualizacje pozostają istotnym elementem całego festiwalu. Na głównej scenie ekran na wizualizacje zajmuje powierzchnie niewysokiego, trzypiętrowego bloku. Robi to wrażenie, szczególnie, gdy tłem jest film specjalnie stworzony, żeby ilustrować muzykę.

W – Whores.
Jedni z najciekawszych debiutantów ostatnich lat. Czysta bezkompromisowość w formie noise’owo-melvinsowej mieszanki. Hardcore spotyka Seattle, Seattle idzie na randkę z brytyjskim industrialem. Wszystko jest prymitywne, nie toleruje żadnych ustępstw i półśrodków. Kropka w nazwie jest bardzo wymowna. Koncertowo każdy ich kawałek, każdy riff, każda linijka tekstu może być właśnie tą kropką postawioną po wszystkim, co było przed nimi na scenie lub przed wszystkim, co będzie.

X – (E)xtase
Extase to nowy klub włączony w tym roku do roadburnowej rodziny. Zastąpił zlikwidowane w czasie remontu Stage01 zwane również Bat Cave (podczas NDF) lub „kichą”. Klasyczny rockowy pub/klub z ponad 30-letnią historią spełnił swoje zdanie idealnie. Extase zdał egzamin, a razem z nim zespoły, które tam zostały zabookowane. Leśny i szamański blues rock The Devil And The Almighty Blues, retro-rockowa / doom metalowa Ruby The Hatchet, czy eklektyczna psychodela łączą kosmiczną elektronikę z ziołowym klimatem i hippisowską psychodelą – Casual Nun, wszyscy czuli się świetnie w dusznej sali koncertowej i na niskiej, zapewniającej bezpośredni kontakt z publiką scenie.

Y – Yyyyy…
Właśnie. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że przez chorobę Mike Scheidta Roadburn musiało zrezygnować z tradycji sprowadzania Yob co każde dwa lata.

Z – Zawód 
Uczucie zawodu pojawia się podczas Roadburn niezwykle rzadko. W 2017 r. towarzyszyło mi dwukrotnie.  Po pierwsze, na wyczekiwanym koncercie Coven. Po drugie, podczas pozbawionego performance’u koncertu Oxbow. Kiedy na scenie pojawia się ktoś o takiej sławie, jak Eugene Robinson, to oczekiwania są wysokie. Niestety amatorski fighter, dziennikarz, instruktor sztuk walki, pisarz i poeta, przez cały koncert pozostawał w ubraniu, rezygnując ze swojego popisowego numeru. Emanował przy tym wesołością, która zniszczyła najważniejsze w muzyce Oxbow noise’ową depresyjność i punkową złość.

Bez podsumownia
Mógłbym tu wstawić top 10 koncertów na tegorocznej edycji, mógłbym po raz kolejny napisać, jak wspaniały i wyjątkowy jest to festiwal. Zamiast tego zakończę radą, a raczej apelem: JEDŹCIE TAM!

Autorem relacji jest Krzysztof Zawistowski z Doomsmoker.pl

Piotr

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .