Satyricon, Suicidal Angels, Fight The Fight – Warszawa (15.10.2017)

K.R.Ó.L.O.W.I.E.

Ciężka muzyka nie odeszła w zapomnienie i nie stępiła pazurów, choć ostrzy je na trochę innych patentach niż ponad 20 lat temu. Już nie wymaga pełnej charakteryzacji na scenie i podkładania ognia poza nią. Przez lata nabrała mocy i perfekcyjnego brzmienia. Można było przekonać się o tym podczas niedzielnego występu zespołu Satyricon, który od ponad 20 lat króluje w na polu mrocznej muzyki. Gwiazdę wieczoru wsparły równie dobre grupy supportujące: Suicidal Angels i Fight The Fight.

Ciepły październikowy wieczór, sporo osób przed Progresją, kolejka do sprawdzania wykrywaczem metalu i nareszcie już pod sceną. Naprzeciw niej, nad samym wejściem na salę, wysoko na ścianie plakat witający w Warszawie headlinerów. A na nim mariaż charakterystycznych stołecznych budowli i satyriconowych wywijasów. Pod sceną całkiem spora grupa, nie tłum, ale i nie przygnębiające pustki.

Zgodnie z rozkładem o 19.00 rozpoczyna się koncert norweskiej grupy Fight The Fight. Chłopaki nie szczędzą sił, ich występ jest bardzo dynamiczny. Dwie gitary, bas, perkusja i żywiołowy wokalista Lars Vegas. Punkowa zadziorność, hard core’owe wokale, przeplatane czystym śpiewem, trochę rocka, trochę metalu – ogółem wybuchowa i przebojowa mieszanka.

Takie suporty mają sens. Dobrze rozgrzewają publiczność, pokazują interesujące oblicze ciężkiej muzyki z północnych rubieży świata. W tym zespole jest tyle radości i świeżości, że warto go posłuchać, a już koniecznie zobaczyć na żywo. Po koncercie członkowie dobrze bawili się na innych występach, można też było w przerwach porozmawiać z nimi przy stoisku z bluzami, płytami i plakatami. Panowie z dużą radością przyjmowali słowa uznania, które padały od kilku osób.

20 minut przerwy i na scenie w bojowym szyku ustawiła się dobrze znana w naszym kraju grecka grupa Suicidal Angels. Pierwsze riffy, pierwsze nuty ostrego, ale wydobywanego bez wysiłku wokalu. Szaleńcze tempo, niemal sypiące się z gitar iskry i już przy barierkach tworzy się kocioł. Wiele osób skanduje wraz z zespołem waleczne okrzyki i na znak dany przez wokalistę zderza się w ścianie śmierci. Tak właśnie działa perfekcyjnie zagrany thrash metal, czerpiący z dobrej szkoły, gdzie wykłada Slayer. Dobrze odrobione lekcje, ponad 15 lat na scenie, bojowy duch grecki i jesteśmy w metalowym domu.

Znów przerwa, rosną wszędzie kolejki, wszyscy szykują się na występ gwiazd wieczoru. Sprawdzanie dźwięku, zmiana dekoracji. Na tyłach sceny zawisa płachta z okładką najnowszej płyty Satyriconu – obrazem Edvarda Muncha. Surowa i oszczędna w formie wyrazu, a jednocześnie pełna mocy.

Godzina 21.00, niebieskie oświetlenie, dym. Pierwszy na scenie pojawia się muzyk odpowiedzialny za sample, a wraz z nim intro przygotowujące publikę na mocniejsze uderzenie. I są. Wokalista i gitarzysta Satyr oraz perkusista Frost – dwie osoby odpowiedzialne za wszystkie kompozycje norweskiej grupy eksportowej. Są także trzej gitarzyści, którzy towarzyszą im podczas tras koncertowych. Twarz Satyra zdobi subtelny corpse painting, dodatkiem do tego są starannie ułożone w elegancką rockandrollową fryzurę włosy i skórzana kurtka. Powiedziałbyś – rockman lub… uosobienie wampira. Wokalista porusza się też trochę jak Nosferatu, oszczędnie, machinalnie, a jednak czuć w tym energię. Nie musi biegać, by porwać tłum, nie musi wysilać się, by jego głos brzmiał dobrze. Zauważa przychylne znaki ze strony publiki i komentuje je uniesionym w górę kciukiem. Już z pierwszym utworem widać, że każdy z muzyków dobrze wie, co ma robić i wszyscy są bardzo skupieni na swojej pracy. Efekt jest niesamowity. Jest blackmetalowa moc, jest rockandrollowa przebojowość, można poskakać lub pobujać się wraz ze zmiennym rytmem.

Półtorej godziny i dwa bisy. 15 utworów. Podróż po pięciu ostatnich płytach, w tym cztery kawałki z najnowszej Deep Calleth Upon Deep (2017) i silny akcent z wydanej w 1996 Nemesis Divina, czyli satyriconowy hymn – Mother North. Setlista złożona z samych sztandarowych utworów, takich jak Commando, Now, Diabolical, Black Crow On A Tombstone, i czysta moc trakcie bisów – The Pentagram Burns, Fuel for Hatred i K.I.N.G.

Zespół kłania się w pas jak aktorzy po przedstawieniu, flaga Norwegii faluje unoszona dłońmi fanów. Oczy powoli odpoczywają od stroboskopów, a uszy od głośnej, ale dobrze dostrojonej akustycznie muzyki. Czarna płachta spływa na scenę, by nikt nie przeszkadzał ekipie szykującej zespół do koncertu w Berlinie, który ma się odbyć następnego dnia. Trzy zespoły, trzy rodzaje ciężkiej muzyki i wspólna cecha – bardzo dobre show.

 

Autorką zdjęć jest Wiktoria Wójcik

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , .