Shining, Intronaut, Obsidian Kingdom – Gdańsk (11.09.2016)

Leniwa niedziela, ładna pogoda, spokojny wieczór. I za cholerę nie chciało mi się wstać z kanapy i podjechać do B90 na koncert Shining, Intronaut i Obsidian Kingdom. Ale przezwyciężyłem lenistwo i wstałem. I dobrze. Być może straciłbym jeden z najlepszych koncertów tego roku.

Pierwszy raz świadomie wybrałem się na koncert odbywający się na małej scenie klubu B90. Dużą znam, hula aż miło. Na małej widziałem do tej pory kilka polskich metalowych kapel, które grały tutaj jakiś czas temu podczas imprezy nazwanej DockMetal i nie zapamiętałem tego dobrze, ale to raczej dlatego, że się przeważnie nudziłem.
No i co tu dużo mówić – okazało się, że mała scena w B90 spisuje się równie dobrze jak duża. Zanim zdążyłem wejść do klubu, doładować kartę i kupić piwo, rozpoczynający imprezę zdążyli rozgościć się na scenie. Odrobiłem pracę domową i zorientowałem się wcześniej kim Obsidian Kingdom są i o co im chodzi, ale przyznaję, że kiedy już zameldowałem się pod sceną z puszką w ręce i zacząłem wdrażać się w koncert, niespecjalnie byłem muzyką Hiszpanów zaintrygowany. Przydługi fragment, podczas którego na scenie nie działo się nic specjalnego, zgasił mój zapał. Pod sceną ludzi też nie było zbyt wielu, atmosfera raczej senna. Aż tu nagle pan od świateł przypomniał sobie o światłach, pan od dymu przypomniał sobie o dymie, a panowie (i pani) od grania na instrumentach przypomnieli sobie o graniu na instrumentach. I w tym samym momencie piwo przestało mi smakować, a smakować zaczęła muzyka. Obsidian Kingdom sprawnie przechodzili od przydługich rozlazłych post-rockowych konstrukcji do blackmetalowych niemalże kod. Zespół zadomowił się na scenie na dobre. Środek ciężkości skupił się na gitarzyście-wokaliście oraz szalejącym za swoim zestawem klawiszowcu, którzy wzięli na siebie rolę liderów show. I tutaj nauczka dla mnie: muzykę smakuje się poprzez atmosferę. Dopóki zespół był oświetlony jednostajnie, nie potrafił mnie zainteresować. Dopiero gdy światła zaczęły migać a sylwetki muzyków zginęły w dymie dźwięki dobiegające z głośników nabrały kontekstu i sensu. Dość niespodziewanie dla mnie Obsidian Kingdom zaczęli mi się podobać i mam wrażenie, że te kilkanaście osób, które przyszło zobaczyć Hiszpanów na scenie Soundrive w B90 było podobnego zdania.

Invalid Displayed Gallery

Po krótkiej przerwie na scenę załadowali się Intronaut. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie miałem w stosunku do tego występu żadnych oczekiwań, bo śledzę poczynania zespołu od jakiegoś czasu. Album Habitual Levitations zrobił mi naprawdę dobrze na serduszku, a zeszłoroczny The Direction of Last Things tylko potwierdził klasę Intronaut. Spodziewałem się zatem porządnego, profesjonalnego, inteligentnego i cholernie technicznego łojenia i – co tu dużo gadać – takie dostałem. Po bokach sceny zainstalowali się gitarzyści-wokaliści – Sacha Dunable i Dave Timnick. Środek sceny zajął niepozorny Joe Lester, basista o aparycji sympatycznego sąsiada. Z tyłu, za swoim zestawem, pozycję zajął Danny Walker. Kiedy Intronaut zaczęli, wydawało się, że nic nie jest w stanie ich powstrzymać. Nie to, żeby zespół był jakiś bardzo dziki na scenie. W zasadzie muzycy jedynie stoją i grają. Mi wystarczy, bo grają takie rzeczy, że o raju. Intronaut na scenie to pełne skupienie na wykonawczej maestrii. Nie ma tu miejsca na szaleństwa na scenie, bo do zagrania jest przecież zestaw cholernie trudnych partii. Na szaleństwa było miejsce pod sceną i fajnie było mi ze świadomością, że Amerykanie mieli w B90 grupę oddanych fanów, a frekwencja na ich koncercie była co najmniej zadowalająca. I tak sobie Intronaut pruli przez swój katalog wspomagani samplami i dzikimi wizualizacjami. Nie zmogły ich nawet problemy techniczne z jedną z gitar – wystarczyła szybka interwencja i grupa poszła dalej. A ja stałem pod ścianą z rozdziawioną gębą – choć na scenie nie działo się wiele, to Intronaut skupili na sobie całą moją uwagę. Nie przeszkadzało mi nawet to, że kiepsko słyszałem wokale – nie wiem, czy to kwestia miejsca, w którym stałem, czy po prostu coś nie zagrało, po prostu gubiły się gdzieś w miksie. To nic. Instrumenty słyszałem za to doskonale i zgodnie z moimi oczekiwaniami ich słuchanie było najwyższym rodzajem metalowej przyjemności. A oglądanie spokojnego i skupionego za swoim zestawem Danny’ego Walkera, który wybijał na perkusji te wszystkie łamańce, każe mi zakwestionować sens istnienia setek innych metalowych perkusistów. Jeśli kiedykolwiek zdarzy wam się przegapić koncert Intronaut w waszym mieście to macie u mnie przesrane.

Invalid Displayed Gallery

Na dobranoc na scenie zameldowali się Norwegowie z Shining. Salka (a gdzie tam „salka”, mała sala w B90 jest większa niż większość klubów muzycznych w kraju) zapełniła się tymczasem na dobre – dało się poznać, kogo trójmiejska publiczność uznaje za gwiazdę. Trudno się dziwić. Od samego początku koncertu Jørgen Munkeby wydawał się być w swoim żywiole – wychodził do publiczności, podkradał uczestnikom koncertu czapki, zaczepiał, opowiadał o nowym teledysku, w którym umiera. I zasuwał razem z całym zespołem, a publiczność wyła z zachwytu. Shining na scenie to wypadkowa jazzowych odjazdów, punkowej werwy i rammsteinowego ogólnego pojebania. Machina ta napędzana jest muzycznie przez niezmordowanego perkusistę, który ma dobre wyczucie do zmian rytmu – wie, kiedy zwolnić i wprowadzić wyraźniejszy groove, żeby pokręcone solówki saksofonowe lidera zespołu zrobiły jeszcze większe wrażenie na publiczności. Shining bezlitośnie przelecieli przez swoją setlistę, zaczynając zresztą od numerów z mojego ulubionego krążka One One One. Co ciekawe, zespół zaprezentował także nowość – jeśli wierzyć Jørgenowi, na Soundrive Stage w B90 swoją premierę miał nowy numer zatytułowany Everything Dies. Jeszcze zanim Munkeby wskoczył z saksofonem w publiczność, która poniosła go w tę i z powrotem, lider zespołu podlizał się i tak kupionej już publiczności, że studiując muzykę klasyczną najwyżej spośród wszystkich kompozytorów cenił sobie Polaków: Pendereckiego, Góreckiego i Lutosławskiego (choć nie wiedział, że wszyscy są tej samej narodowości).
Oczywiście po secie publiczność nie dała ot tak sobie zejść muzykom ze sceny – nie obyło się bez bisów, a Munkeby zapowiedział, że chętnie poprzybija piątki po koncercie przy stanowisku z merchem. Shining zrobili z gdańskiej publiczności lej po bombie, jakiego nie powstydziłby się Slayer. Nie słyszałem, żeby ktoś marudził, nie był pod wrażeniem kontrolowanego szaleństwa Norwegów. Pomyśleć, że zespół zaczynał jako akustyczny jazzowy ansambl…

Invalid Displayed Gallery

Autorką zdjęć jest Victoria Argent

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Tagi: , , , , , , , , , , , .