Summer Dying Loud – Aleksandrów Łodzki (08-09.09.2017)

9. edycja Summer Dying Loud za nami. Skład imprezy był niezwykle atrakcyjny i różnorodny pod względem muzycznym. Zapraszamy do podsumowana tego świetnego festiwalu coraz mocniej odciskającego piętno na muzycznej mapie Polski.

Na festiwalu zagrali: In Twilight’s Embrace, Trauma, Percival, Obscure Sphinx, [::] (4Dots), Schammasch, The Gentle Art Of Cooking People, Dziady Borowe, Sodom, J. D. Overdrive, Valkenrag, Internal Quiet , Sounds Like The End Of The World , Sólstafir , Sautrus , Unleashed , Dopelord , Wolfheart.

Jak było? Poczytajcie…


Pierwszego dnia zespołem, który poszedł na pierwszy strzał były warszawskie „kropki” ([::] 4dots). Była to moja pierwsza możliwość skonfrontowania się z ich muzyką na żywo. Debiutanckiej płyty słuchałem nie raz, bo jest zwyczajnie bardzo ciekawa, jednak na żywo zazgrzytało, miałem wrażenie, że bas nie był wystarczająco wyeksponowany oraz brakowało ciężaru. Z chęcią sprawdzę, jak ten band sprawdza się w klubowych warunkach, bo przyznać muszę, że tego typu składy średnio się sprawdzają w „kotletowej” porze.

Kolejni na scenie zameldowali się Łodzianie z Valkenrag. Tutaj zgadzało się praktycznie wszystko. W porównaniu z odsłuchem debiutanckiego albumu w warunkach domowych utwory na żywo „niszczą słuchacza” (w pozytywnym znaczeniu oczywiście). Każdorazowo Lorghat zapowiadając nowy numer streszczał o czym jest następna kompozycja i trzeba przyznać, że sumarycznie fajnie się to zazębiało. Podczas koncertu ciężko było ustać spokojnie, więc zarówno głowa, jak i nóżka nie raz podrygiwała w rytm muzyki. Bardzo udany koncert, energiczny, dobrze nagłośniony, w szczególności trzeba pochwalić frontmana zespołu. Zanotowałem jednak dwa minusy: pierwszy widowiskowy – statyści, którzy weszli na scenę mieli zapewne podsycić klimat koncertu, machając toporami i mieczami, jednak ich uśmiechnięte miny powodowały trochę żenujący odbiór całości; drugim minusem natomiast było zagranie przez zespół powtórnie tego samego utworu. Jeśli ktoś nie zna zespołu to…. zagrali tak dobrze, jak Amon Amarth na płytach Versus the World i Fate of Norns.

Po nich na scenę wpadli spóźnialscy z folkowego zespołu Percival. Nie będę ukrywał, że nie był to dla mnie koncert ze znaczkiem „must see” i na ich występ wróciłem dopiero na ostatni kwadrans. Ich muzykę słyszałem tylko z ogródka piwnego, po czym stwierdziłem, że nic specjalnego nie straciłem, ale zawsze doceniam zaangażowanie w budowanie specyficznego wizerunku Percival przez te wszystkie lata.

Czekałem natomiast na występ Sounds Like The End of the World. Krótko – dobrze było zobaczyć i posłuchać tak klimatycznej muzyki na żywo, bo obydwie wydane przez Panów płyty są niezwykle dopracowane. Jednak podtrzymuję opinię, że niekoniecznie widzą mi się post-rockowe zespoły na open airowych koncertach, a jeśli już – to o północy.

Dwa tygodnie temu na Metal Mine Festival w Wałbrzychu widziałem koncert Obscure Sphinx. To był najlepszy koncert tamtego festiwalu. Niestety występ na łódzkiej ziemi był jedynie cieniem tamtego show. Fatalne nagłośnienie obydwu wokali, bas brzmiał jak w kiepskim klubie, odczuć można było brak drugiej gitary (niedawno z zespołu odszedł Yony). Ale ostatecznie stwierdzam, że Wielebna robiła, co mogła i jak najbardziej ratowała to show. Każda sekunda koncertu, każdy dżul energii był przez nią przekazywany w stronę publiczności, która chłonęła tę sztukę niczym powietrze.

Wszyscy wiemy, jak mało w ostatnim czasie koncertuje polska grupa Trauma. Kiedy tylko została ogłoszona informacja o ich koncercie na tegorocznym SDL, przypieczętowała fakt, że na tym feście muszę się stawić. Kapela rozpoczęła bardzo mocnym uderzeniem. Było brutalnie, a śmiercionośne riffy co rusz atakowały SDLową publikę. Koncert uważam za bardzo udany, a kiedy zabrzmiały pierwsze dźwięki Suffocated in Slumber…..powróciły demony przeszłości.

Nie trudno było zauważyć, że spora część uczestników festiwalu przyszła dla zespołu Unleashed. Ja akurat do tej grupy nie należałem i przyznam się bez bicia, że koncert mnie znudził. Typowa defowa łupanka na tzw. „jedno kopyto”.

Ale to co się stało po Unleashed, trochę ciężko mi ubrać w słowa. To było misterium, magiczny koncert. Byłem totalnie zahipnotyzowany, porwany obłędną black metalową muzyką. To kolejny argument pod stwierdzeniem, że Szwajcaria to nie tylko czekolada Milka i najlepsze zegarki. Schammasch mnie kupił od pierwszej sekundy, a sceniczny wizerunek zespołu nie pozwalał na oderwanie wzroku. Z muzycznego transu otrząsnąłem się, kiedy to zespół podziękował za występ, a ja myślałem, że dopiero co zaczęli grać. Ten muzyczny rytuał był najlepszym występem pierwszego dnia festiwalu!


Drugiego dnia festiwalu dotarłem dopiero na koncert zespołu Internal Quiet. Siedząc ze znajomymi na polu namiotowym, i słysząc pierwsze dźwięki odgrywane przez wcześniej wymieniony zespół, poderwałem się jakbym wygrał szóstkę w lotto. Nie „siedzę” w polskim heavy metalu, ale to, co usłyszałem spowodowało, że musiałem czym prędzej zmienić swoją pozycję i zawitać pod scenę. Maciej „Rocker” Wróblewski operuje świetnym wokalem, który idealnie się łączył z sekcją rytmiczną. Podkreślić należy bezbłędnie nagłośnioną gitarę basową. Jeśli lubicie posłuchać dobrego heavy metalu, chociażby odświętnie – w pełni polecam!

Nigdy nie byłem fanem muzyki w stylu Black Label Society, ale w jakiś sposób JD Overdrive spowodował, że wybrałem ich koncert zamiast piwa. Może większych emocji we mnie nie wzbudzili, ale wszystko na scenie się zgadzało, nagłośnienia nie mam się co specjalnie czepiać, było skocznie, energicznie i w jakiś sposób koncert pobudził mnie do powtórnego zdynamizowania ruchów na linii głowa-noga. Choć fanem formacji nie zostanę, to uznaję koncert za bardzo dobry.

Choć In Twilight’s Embrace na Metal Mine Festival wspominam nad wyraz dobrze, tak tym razem nie mogę tego  powiedzieć o koncercie na SDLu. Co prawda muzyka się broni bez dwóch zdań, ale gitarzyści byli  statyczni, mam nadzieję, że nie znudzeni, czego na pewno nie mogę powiedzieć o wokaliście Cyprianie. Gardłowy poznańskiej formacji podszedł do koncertu w rock’n’rollowy sposób, rozluźniając ciało i umysł zbyt dużą dawką napojów wysokoprocentowych. Nie sądzę, by wróciły czasy, żeby publiczność, która płaci za bilety miała ochotę oglądać występ pijanego członka zespołu. No i ten srogi, obawiam się, że słynny upadek muzyka rozbawił nie tylko mnie 🙂

Jeśli chodzi o polską scenę stoner/doom, to jedni się zachwycają Sunnatą, inni Major Kong, a ja wielbię Dopelord. Jaki był ich koncert? Ciężki i wolny oraz idealnie nagłośniony. Zagrałem va banque – usiadłem przed sceną na zielonej trawce, zamknąłem oczy i delektowałem się dźwiękami. Jak się czułem „po”? Czułem się przejechany walcem kilkadziesiąt razy. Ten koncert mnie zmiażdżył totalnie.

Szczyt fascynacji melodyjnym death metalem mam za sobą, ale nieznacznie zmieniła to najnowsza płyta Wolfheart zatytułowana Tyhjyys. Niepodważalnie Finowie zagrali znakomity koncert. Wszystko zabrzmiało potężnie i z odpowiednią mocą. Melodyjne riffy poprzecinane pędzącą perkusją, soczyste brzemiennie w połączeniu z chwilową melancholią a’la stary Amorphis. Kawałki z nowej płyty na żywo brzmią znakomicie.

Po nich Remo zapowiedział występ legendy thrash metalu, jednego z najważniejszych kapel w swoim gatunku – zespołu Sodom. Plac przed sceną wypełnił się dość szczelnie. Koncert został przyjęty nad wyraz pozytywnie, zresztą nie ma się czemu dziwić. Pomimo 50-ciu lat na karku Thomas i Bernd emanowali energią jak niejeden młody zespół. Zagrali świetne kawałki, pośród których znalazły się  między innymi: In Retribution, In War and Pieces, Outbreak of Evil, M-16, a po nieustającym skandowaniu publiczności wyszli ponownie i zagrali jeszcze Bombenhagel.

Solstafir. Nie raz się zdarza, że trudno napisać „jak było” na tym czy innym koncercie. I tak właśnie mam z najlepszym koncertem drugiego dnia Summer Dying Loud. Koncert był niezwykle hipnotyczny i wysłał mnie w inny wymiar muzyki. Stałem, słuchałem, przecierałem oczy, odbierałem generowane przez Islandczyków dźwięki. Frontman wspominał, kiedy to mieli przyjemność występowania w Polsce w przeszłości, nie tak dawno na Prog In Park w Warszawie, obecnie na Summer Dying Loud oraz zapowiedział koncert w grudniu bieżącego roku w Krakowie. Na sam koniec wokalista zszedł do barierek, przybijał piątki z kim tylko mógł, robił selfiaczki, będąc przy tym oczywiście niezwykle radosny i uśmiechnięty. Widać było, że kocha polską publikę i ona kocha Solstafir. Jeśli się zastanawiacie, czy się wybrać na nadchodzący koncert Solstafir, to mam nadzieję, że wasze wątpliwości rozwiałem.

Jako ostatni na scenie pojawił się jeszcze Sautrus, który zapowiedział przywoływanie diabła.
Ja wyszedłem. Zabrakło sił.


Festiwal SDL rośnie w siłę, za co organizatorowi Tomaszowi Barszczowi należą się gromkie brawa. Niezwykle różnorodny line-up, którego wisienkami na muzycznym torcie były zagraniczne gwiazdy muzyki metalowej. Konferansjer Remigiusz swoją „działkę” wykonał bezbłędnie z niebywałą lekkością słowa mówionego. Strefa gastronomiczna rewelacyjna, znakomity wybór jedzenia oraz piwko w dobrej cenie. W godzinach festowego szczytu robiło się dość tłoczno, więc można by pomyśleć nad powiększeniem tego miejsca. Stoiska z merchem bardzo ciekawe, przy których spotkać można było nie jednego maniaka kolekcjonowania płyt CD. Również chciałbym wspomnieć o bardzo profesjonalnej i sympatycznej (!) ochronie imprezy.
Słodzenie było, jednak zawsze wychodzą jakieś niedociągnięcia albo słabe strony, i z tego miejsca wymienię dwa: nagłośnienie oraz oświetlenie. Nie żeby było tragiczne, ale zbyt często pojawiały się wpadki w tych dwóch kwestiach.

Sugestia jest jedna – dzwoń Tomku na przykład po Fotis Sound i rozszerz festiwal na dwa pełne dni 🙂

Piotr

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Latest posts by Piotr (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .