The Sisters Of Mercy – Warszawa (15.09.2017)

Wybierając się na warszawski koncert The Sisters Of Mercy, nie mogłam nie przywołać w pamięci wypowiedzi legendarnego radiowca Tomka Beksińskiego – relacji z pierwszego koncertu „Sióstr” w Polsce, kiedy to podczas wrocławskiej „Nocy Miłosierdzia” 30.04.1991 r.  powiedział:
Eldritch ustawił się na środku sceny. Niewiele mówił do publiczności. Wystarczyła jego obecność i on dobrze o tym wiedział. Zdawał też sobie sprawę z faktu, że występuje w Polsce po raz pierwszy: dał więc z siebie wszystko. I wprawdzie powiedział potem, że występ nie dostarczył mu pełnej satysfakcji, gdyż… nie najlepiej śpiewał, ale czuło się, że przeżywał każdy utwór razem z nami. Niestety, nagłośnienie pozostawiało wiele do życzenia: niemiłosierni angielscy technicy wyeksponowali dudnienie Doktora Avalanche z perwersyjną precyzją. I tak automat perkusyjny walił po uszach równomiernie i skutecznie. Dla kogoś pierwszy raz obcującego z muzyką The Sisters Of Mercy wrocławski koncert mógł zabrzmieć przerażająco monotonnie. A przecież mimo motorycznego rytmu i wielokrotnie powtarzanych akordów, muzyka Sióstr wcale nie jest monotonna! Jej transowość polega na współdziałaniu wielu przestrzeni dźwiękowych nakładających się na siebie – tymczasem w Hali Ludowej słychać było przede wszystkim regularne „bum bum”, a w tle głos Eldritcha zlewał się ze ścianą dźwięku kreowaną przez Bruhna i Bricheno. Wstyd przyznać, ale gdy zespół zaczął grać mój ukochany utwór „Lucretia My Reflection”, rozpoznałem go dopiero w połowie pierwszej zwrotki.”  Ten fragment od Tomka powodował, że z duszą na ramieniu jechałam do Warszawy na wyprzedany występ Eldritcha, tym razem też pierwszy, bo mój pierwszy.   
Jako rozgrzewacz wystąpili The Membranes, słodko-gorzki punk. W reflektorach w gotyckiego oświetlenia próbowali mocnym, siekierowym rytmem na tle z elektroniki przemówić do skamieniałej przy barierkach publiki. Lecz ani groźny wytrzeszcz oczu Johna Robba, bliźniaczo podobnego do scenicznego wizerunku wokalisty P.I.L. (John Lydon) , ani duża pewność siebie Anglików nie wywołała w słuchaczach nawet śladowej reakcji.
Przerwa techniczna nieco się przeciągnęła, tłum gęstniał w sali. Znajomi „foto” też już zjawili się w komplecie. Tu i ówdzie słyszało się o kiepskiej kondycji zespołu, o fatalnych koncertach, jakie daje od dłuższego czasu, zwłaszcza  że niektórzy słyszeli opinie o wczorajszym występie w gdańskim B90. Rozmawiając tak z kolegami „po fachu”, wysnułam tezę, że kogo jak kogo, ale The Sisters of Mercy po prostu trzeba zobaczyć.
Na scenie pojawiły się podwieszone ukośnie lustra, rząd reflektorów przy krawędzi sceny i nad nią, dających snopy wąskiego światła – zapowiadało się ciekawie.
Niebieskie światło zalało scenę, my w gotowości fotograficznej z lewej strony pod sceną musieliśmy czekać na trzeci kawałek, zaś gotycka brać na barierkach wpadła w ekstazę w chwilą pojawienia się zespołu.  
Zaczęli od „More”, pomyślałam – dobry początek, niestety z chwilą gdy Książę Ciemności zbliżył się do mikrofonu początek już nie był dobry. Błyszcząca łysa głowa Andrew, prześwietlana odbitym w lustrze snopem o różnych kolorach, dawała fenomenalny efekt wizualny. Chcąc to wszystko zarejestrować , musiałam nieźle podziałać w ustawieniach aparatu. Fosforyzujące oprawki ciemnych okularów i powściągliwa elegancja szefa Miłosiernych, oraz niezawodne zatyczki w uszach skutecznie odwróciły moją uwagę od niemiłosiernych dźwięków płynących z głośników. Frontman przechadzał się dystyngowanie, oddając we władanie przód sceny młodszym kolegom z zespołu. Chris Catalyst i Ben Christo, obaj w zupełnie niestylowych ubiorach, bawili publiczność choreografią, chwilami widocznie mijając się z podkładem muzycznym. Czasem żałuję, że jestem aż tak blisko sceny, by widzieć wszystkie te niuanse i niedoróbki. Pozbawiona złudzeń mimochodem zrzucam kolejną legendę z piedestału…
Nie można pominąć jeszcze jednego członka zakonu Miłosiernych Sióstr, następcy słynnego Doktora Avalanche, czyli łudząco podobnego do innego niemniej słynnego Doktora – House’a, a jest nim – Ravey Davey. Nie wiem co purytańscy goci mieliby do powiedzenia na temat jego „hawajskiej” koszuli w czaszki, ale dwa białe Mac’ki na podeście to z pewnością znak, że przenieśliśmy się w XXI wiek.

Całkiem nie tak odległy koncert The Mission na tych samych deskach był jednak o całe lata świetlne lepszy, pod każdym względem. Dawni koledzy Eldritcha zdecydowanie lepiej pracują na scenie, są przekonujący muzycznie, nawiązują kontakt z ludźmi i w ogóle okazują szacunek i pokorę wobec swojej publiczności. Jego Ekscentryczność Andrew okazywał, delikatnie mówiąc, brak uwagi wobec publiczności. Nieco więcej zainteresowania poświęcił fotografom. Po trzech dozwolonych na fotografowanie kawałkach, Maestro żegnał nas wypraszającym gestem dłoni, pokazując kierunek ewakuacji.

Czterdziestoletni staż sceniczny nie zobowiązuje, jak widać, do dobrze skrojonego widowiska na wysokim poziomie muzycznym. Andrew Eldritch nigdy nie był wokalistą wysokich lotów. Jego charakterystyczny, tubalny głos i sporadycznie wykrzyczane wersy składały się jednak na magię jego muzyki w gotyckim klimacie. Niestety ledwo słyszalny pomruk i pojedyncze zrozumiałe słowa tekstu niemiłosiernie skrzywiły mi odbiór tak podziwianej w czasach szkolnych muzyki. Magia i tajemniczość stworzone przez sceniczne światło i dokumentnie skopany dźwięk. Usłyszany gdzieś w pobliżu komentarz dokładnie oddaje to, co nam zgotowały Siostrzyczki swoim występem: niestety, z playbacku też trzeba umieć „grać”.
Jak się okazało, ważne było też miejsce odbioru koncertu. Z balkonu klubu było nieco lepiej. Dźwięk jakby soczystszy i nie raziły też melodeklamacje Mistrza ceremonii. Przy tak niepodważalnych faktach opisujących kiepski koncert, obecni w klubie goście powinni opuścić miejsce zdarzenia, żądając zwrotu za bilety, bądź obrzucić zespół przejrzałymi pomidorami. Ci jednak zdawali się bawić wyśmienicie, nie zważając na monotonię, której nie sposób pomylić z transowością. Maestro zdaje się takimi występami potwierdzać niejednokrotnie przytaczane w wywiadach zdanie dawnych kolegów, że to tyran, chciwiec i krwiopijca, megaloman i nieprzystępny drań. A może to jednak fani mają rację, nadal widząc w nim mrocznego księcia, mistyka, wizjonera z zaświatów? Oglądając ten koncert, słysząc to, co wypływało z głośników, nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że Eldritcha nie otacza żaden mistycyzm, to zupełnie normalny facet,  który z powodu braku weny odcina kupony od dawnej sławy, zarabiając na swoich fanach, dając wątpliwej jakości koncerty. Fani, ci wierni, i ci sceptyczni, z otwartymi na obiektywizm zmysłami przyznają jednak, bez śladu zastanowienia, że The Sisters Of Mercy zasługują na absolutny szacunek za to, co w swojej karierze stworzyli. Wszystkie utwory to niekwestionowane hity i przeboje. Taka była i setlista warszawskiego koncertu. Nawet ja obezwładniona ewidentnie za szybko zagranym Temple of Love, darłam się już z wszystkimi tekstem This Corrosion.
Reasumując, Siostry wciąż z powodzeniem głoszą Ewangelię Eldritcha, który jak za dawnych lat roztacza wokół siebie niewidzialną atmosferę nieprzystępności i nikt nie śmie powiedzieć, że koncerty są niemiłosiernie beznadziejne.
Na koniec idąc w tanecznym pląsie do szatni, spontanicznie zanuciłam:

„I don’t know 
Why you gotta be so undemanding 
One thing I know 
I want more 
I want more”

Podtrzymam też swoją tezę – The Sisters Of Mercy po prostu trzeba zobaczyć na żywo…  usłyszeć, już niekoniecznie.

Tekst i zdjęcia: Justyna „justisza” Szadkowska

 

Setlista: 

  1. More
  2. Ribbons
  3. Doctor Jeep / Detonation Boulevard
  4. Crash and Burn
  5. Walk Away
  6. No Time to Cry
  7. Body and Soul
  8. Marian
  9. Alice
  10. Arms
  11. Dominion/Mother Russia
  12. Summer
  13. First and Last and Always
  14. Rumble (Link Wray cover)
  15. Flood II
  16. Something Fast

Bisy:

  1. That’s When I Reach For My Revolver (Mission of Burma cover)
  2. Temple of Love
  3. Lucretia My Reflection
  4. Vision Thing
  5. This Corrosion

Tagi: , , , , , , .

  • James Kang

    What a great night – as an Englishman in Warsaw I got to discover the Membranes who were stunning and got a great reaction from the audience – I’ve never seen a support band go down so well.