Thy Art Is Murder – Warszawa (29.06.2018)

Po sztukach popełnionych w Poznaniu, Wrocławiu i jeszcze kilku wcześniejszych, Thy Art Is Murder w końcu zostało zaproszone i zorganizowane w stolicy. Tym razem nie jako support, nie jako co-headliner, tylko w roli pełnoprawnej gwiazdy wieczoru, wspomaganej przez znane na poletku krajowym bardziej, niż mniej, Heresy Denied i Scylla. Cała akcja, przeprowadzona przez Knock Out Productions, miała miejsce w Hydrozagadce.

Wymieniony klub największym może nie jest, niemniej posiada wyraźny styl, i już w warstwie klimatyczno-wizualnej wpasował się do przyszłego uboju. Całkiem spory, jak na tę niszę, tłumek czekał już przed otwarciem bram, a wraz z kolejnymi minutami, kolejni spektatorzy docierali na miejsce, skutecznie wypełniając przestrzeń barową i okolice przedsionka. Na spokojnie, gdyż do otwarcia występu zostało jeszcze kilkanaście/-dziesiąt minut, jednak wyraźnie wyczekując.

Otwierający spektakl Heresy Denied był  najbardziej odstającym, wyróżniającym się wykrzywioną rytmiką i wcale zaawansowaną melodyką zespołem. Kto spodziewał się prostego, bazującego na przemocy grania musiał jeszcze poczekać. Poznańska ekipa zamiast binarnych łamańców, stawia na skomplikowane i dość długie kompozycje. Ludzie pod sceną (już od startu liczna, tylko początkowo wycofana grupa) mieli okazję doświadczyć zarówno materiału debiutanckiego, jak i nowszych, czekających dopiero na wydanie numerów. I tak, wraz z kolejnymi strzałami, coraz więcej osób traciło hamulce (zwieracze pewnie też, bas łomotał naprawdę solidnie. Co muszę uznać za plus, biorąc pod uwagę rozbudowanie partii basowych w tym bandzie), a w pojedynczych przypadkach także okulary. Z kolejnymi Inject The Wisdom, Slay Them All, Deny Your Heresy, słowem, najbardziej rozpoznawalnymi strzałami ekipy, (a później też takimi nowymi perełkami jak Together We Stand As One) impreza się rozkręcała. Łby latały, przekonując się coraz bardziej i bardziej do oryginalnej wersji melodeath/core’u od HD, ludzie po parkiecie latali, gdzieś przez publikę przeleciał nawet zaciekawiony występem reprezentant headlinerów. Podobno to był drugi raz, kiedy Heresy Denied supportowało TAIM. Choć nie widziałem pierwszego, to bazując na poziomie piątkowego występu, ciężko mi sobie wyobrazić, żeby kiedyś mogło być lepiej.

Szybka przerwa na piwo, nikotynę i poszukiwanie znajomych, i bez opóźnień na scenie pojawia się Scylla. Tutaj zgromadzeni ewidentnie wiedzieli, czego się spodziewać; dość szybko więc wczuli się festiwal chwytliwych, niskich jak poziom rodzimej dyskusji politycznej riffów urozmaiconych charyzmatycznym wokalem. Scylla wiedziała, jaki ma cel: rozruszać publikę przed Australijczykami, i na tym właśnie się skupiła. Masa groove’u urozmaicona elektroniką i bardzo przyjemnym, koleżeńskim podejściem, petardy takie jak ShackledHate Breeds Hate, Scorn, Distances, Miss Takes, czyli sporo starych killerów, ale też nowe, bardziej „eksperymentalne”, jak to zespół stwierdził, numery. Te ostatnie zresztą na moje ucho brzmiały najlepiej, wyjątkowo tarmosząc i tak już poturbowany wszelkimi podscenicznymi aktywnościami tłum. Ktoś zrobił ścianę, ktoś popływał pod sceną, niejeden pewnie zyskał mukę w szczepionkę. Nie widziałem natomiast nikogo z kwaśną miną, ewentualnie rozczarowanego. Scylla pięknie przygotowała pole bitwy i zawodników pod danie wieczoru.

Kolejna pośpieszna porcja używek, kilka pogaduszek, ani się zorientowałem, a pod sceną już było grane. Początkowo to nie headlinerzy hałasowali, jeno puszczane przeboje We Like to Party! i Can’t Stop Me Now, niemniej nikomu to nie przeszkadzało. Ba, tańce, swawole i spontaniczne okrzyki radości rozkręciły się na dobre, by w końcu przejść na chroniczne wywoływanie Thy Art Is Murder z CJ-em przede wszystkim. A gdy TAIM wyszli już na scenę, na wszystkich pod nią dźwięk zwalił się jak druga wieża WTC. Każdy wówczas obecny wiedział, czego się spodziewać, i to własnie dostaliśmy: tyrańsko ciężkie breakdowny urozmaicone blastami, połamane żebra i miednice w przypadku stania zbyt blisko muzyków i lidera tak fenomenalnego, że wręcz niemożliwego do właściwego opisu. Kto był ten wie, kto nie, dość powiedzieć, że wspólne skandowanie „pierogi, pierogi”, zachwalanie walorów smakowo-estetycznych okolic intymnych Polek, oraz generalne poczucie humoru i luz deklasyfikujące wszelkich rodzimych stand-uperów były tylko fragmentem kontaktu, jaki McMahon nawiązał z publicznością. Poza tym, brzmiał jak bestia. Czy to grając świeższe Son of Misery, Puppet Master, Absolute Genocide czy Holy War, czy też starsze The Purest Strain of Hate i Dead Sun, jakość show wybitnie pokazywała, że TAIM nie bezzasadnie uznawane jest za czołówkę światowego deathcore’u. Kocioł nie ustawał, nikt nie zwalniał, często nawet wspólne krzyki publiki dalece przebijały wokalistę. Pod koniec, razem z Light Bearer i Reign of Darkness przemoc osiągnęła apogeum, klub wyłącznie za pomocą cudu nie został zburzony.

Ciężko mi wyobrazić sobie lepsze zakończenie czerwca. Koncert ten był fenomenem i żałować powinien każdy, kto się z niego wycofał bo widział wcześniej, albo z innych powodów. Jedyne, czego mógłbym sobie życzyć, to więcej takich występów.

Autorką zdjęć jest Joanna Pietrzak

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Tagi: , , , , , , , , , , .