Traitors, Lotus Eater, Heresy Denied – Poznań (11.03.2018)

Już dawno temu przekonałem się, że jednym z najlepszych (a może i najlepszym) podgatunkiem muzyki ekstremalnej do słuchania na żywo jest deathcore. Stworzenie ściany dźwięku poprzedzielanej pauzami może i nie wymaga wirtuozerskich umiejętności, ale za to ilość chwytliwej rytmiki skutecznie porywa ludzi do obijania się o siebie w mniej lub bardziej inwazyjny sposób. A, że Traitors rządzą i dzielą, jeżeli chodzi o breakdowny – nie ma bata, trzeba jechać.

Pod Minogą nie jest może olbrzymią aulą, ale jak na show takiego formatu, klub sprawdził się wyśmienicie. Kolejne krzesła i stoliki zajmowane zostały w szybkim tempie, zapełniając lokal. W końcu impreza ruszyła razem z pierwszymi dźwiękami od Heresy Denied.

Poznańskiego projektu nie słyszałem przed występem, zamiast więc spodziewać się czegoś konkretnego, ciekawskim okiem przyglądałem się, co chłopaki zaprezentują. I tak, po krótkim intrze na rozbujanie, wpadły pierwsze numery, znane z nagrań. Szybko w ruch poszli karatecy, wywijając pod sceną i obijając się o wszystko na drodze. Muzycy, nie mogąc pozostać obojętnymi na taką reakcję, sami stopniowo zwiększali mobilność (nie za bardzo, ale usprawiedliwmy ich małą sceną), choć oczywiście skupienie koncentrowało się na graniu kolejnych partii. Heresy Denied zaprezentowało materiał zdecydowanie najbardziej złożony, stawiając na melodie i gonitwy urozmaicone breakdownami, niż skrajną binarność, jakiej doświadczyliśmy później. Tym, co przykuło moją uwagę najbardziej, był wydźwięk ich muzyki. Dużo częściej odbierałem wrażenie jakiegoś ukrytego smutku, zamiast standardowej złości. Momentami zahaczało to wręcz o stany depresyjno-czerninowe. Później, słuchając Innerception, raczej nie miałem takich odczuć. Może to sprawka wokalu, ciężko ocenić. Tym bardziej, że publika wydawała się tego nie zauważać i koncentrować się na bujających momentach. Ze sceny poleciały między innymi Slay ’em All, Deny Your Heresy, a po pewnym czasie także świeży materiał. Jedna z nowości, Together We Stand As One, swoją przebojowością bardzo pozytywnie nastroiła mnie do przyszłego wydawnictwa i zamknęła około trzydziestopięciominutowy występ.

Chwila przerwy i bez opóźnień pojawiają się Lotus Eater. Także niesłyszani przeze mnie wcześniej (odpalenie dwóch singli na YouTube trudno nazwać zaznajomieniem się. Tak, wiem, wspaniale się przygotowałem), dysponujący dwuletnim stażem na scenie, już jeżdżą po świecie, podpinając się pod wielkie nazwy. To musi być dobre, prawda? Będąc szczerym, to nie jestem pewny. Lotus Eater brzmiał jak niedbała fala hałasu, z której wyłaniają się kolejne groove’y. Co prawda, jakoś nie wierzę, że do nagrań wrzucają dopieszczoną w każdym calu technikę, niemniej grali dość niechlujnie, rekompensując to w pewnym stopniu stałym ruszaniem się na scenie i nieustannym prezentowaniem jaskółeczek. Pod sceną zrobiło się tłoczniej, a nonszalancki wokalista co i rusz nakłaniał do kolejnych harców z łamaniem kości w roli głównej (choć odzew na to był zgoła umiarkowany). Możliwe, że po prostu nikt nie rozumiał szkockiego akcentu. Przez pół godziny występu ekipa serwowała kolejne beatdowny, publika się bujała. a dres szeleścił. Zaprezentowano takie numery, jak sztandarowy Gloom, nowosinglowy Branded, Dead To Me, i sporo innych wałków.

W końcu nadszedł czas na powód całego zgromadzenia. Traitors weszli i od razu zaczęli doczaszkowo podawać swoje razy (nadmieńmy, że razem z nimi pojawiło się kilka gołych dup. Niestety sztuczki z parasolem zabrakło). Podsceniczna bijatyka nie ustawała, machające głowy formowały się w kolejne fale, a ponad wszystkim górował Tyler Shelton. Nie do końca wierzyłem, że będzie w stanie wyciągnąć wokal taki, jak na nagraniach. Prawdę mówiąc, dalej nie do końca wierzę, że jest do tego zdolny. Gość brzmi jak najwścieklejsza bestia, jaką możesz sobie wyobrazić, i w ten sposób dociążał jeszcze i tak ekstremalną wagę całego koncertu. Miażdżące brzmienie Zdrajców ociekało basem i nieśpieszną furią. Bardzo fajnie kontrastowało to z samym podejściem chłopaków, wyluzowanym i wesołym. Pozy, miny, wygłupy i świetny kontakt z publiką zdominowały występ. Cieszyłem się jak dziecko, słysząc kolejno RIP, Lashing Out, Arrogance, Nu Hate, The Hate Campaign, czyli praktycznie cały przekrój działalności ferajny z Florydy. A gdy pod koniec poleciało Dead Nerves, świat się zapadł pod kurewskim ciężarem spektaklu.

Przez długi czas zastanawiałem się, czy jest sens jechać pół Polski dla tego występu. Wyrobiłem sobie zdanie razem z pierwszymi numerami Traitors. Koncert udał się wręcz idealnie, wielkie brawa dla ekipy Winiary Booking za zorganizowanie tego piekła. Lata już żaden gig nie wybatożył mi dupska, jak wczorajsze zajście.

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , .