Valborg, Pillorian – Poznań (09.04.2017)

Gdy dwa lata temu byłem na koncercie Agalloch w Warszawie, nie sądziłem, że to będzie ostatnia szansa, aby ich obejrzeć, a sama kapela przestanie nagle istnieć. Cóż, zespół to czasem nic więcej jak tylko suma jego członków, zatem gdy tylko usłyszałem, że John Haughm– lider Agalloch– będzie budował nowy projekt – wszak cała reszta kapeli dostała wilczy bilet – czym prędzej się zainteresowałem, co też ten Pillorian będzie sobą reprezentował. Debiutancki album cholernie zaostrzył apetyt. Zatem na info Left Hand Sounds o koncercie możliwa była tylko jedna reakcja- BĘDĘ. 9 kwietnia U Bazyla w Poznaniu, wszak lepsza lokalizacja nie mogła mi się trafić. 

Koncert zaczął się punktualnie, ludzi było całkiem sporo, już pierwszy rzut oka po koszulkach łatwo przekonywał, ze kapitał zaufania po Agalloch przyciągnął większość z nich. Nazwa suportu – Valborg – niewiele mi mówiła. Z wrodzonego sumiennego podejścia, przesłuchałem ich płyty. Na kolana nie rzucili. Ale zaciekawili. Dobre i to. Album z tego roku, Enstrand, to ciekawa porcja metalu, zarówno z blackowym, jak i industrialnym śladem, ale wcześniejsze płyty jakoś mnie niestety nie powaliły.
Kapela punktualnie zaczęła hałasować. Cały ten Valborg to trzech kolesi, którzy wyglądają jak członkowie klonu Artrosis czy innego bandu rodowodem z Bolkowa, którzy zapragnęli nagle sobie pograć. No ale nie oceniajmy po pozorach.
Sam koncert Valborg był na pewno udany. Nie ukrywam, że kapela całkiem konkretnie zaczęła, i tak do końca odegrała swój przekrojowy set ze sporym zaangażowaniem, ale… ta muza po dłuższym czasie jest koszmarnie nudna. Jeszcze ten język niemiecki, który idealnie się sprawdza w Rammstein, ale tu wyraźnie sprawił mi totalny dysonans. Na pewno z najnowszej płyty Endstrand poleciały m.in. Jagen, Blut am eisen, Bunkerluft i Ave Maria, reszty grzechów nie pamiętam. Najważniejsze jednak, że Valborg stworzyli specyficzny klimat przed Pillorian. Nie była to propozycja dla mnie, ale koncert był zagrany z pełnym zaangażowaniem i właściwie to trzeba im oddać. Z drugiej strony, jakby się przyczepić, to zawsze można też uznać, że zagrali tak dennie, że po nich mogło być już tylko lepiej. Dlatego z pewną ulgą pożegnałem Valborg udając się do baru, mając w głowie myśl, że nieprędko sięgnę po ich płyty, mimo że kolesie są hiper-sympatyczni.

Krótka przerwa i … Wreszcie! Pillorian! Już gdy obsłuchiwałem ich debiutancki album Obsidian Arc totalnie mnie zachwycili. Ale o tym osobno w recenzji, tu tylko wspomnę, że jednak o ile duch Agalloch gdzieś tam czasami drzemie w muzie Pillorian, to na żywo miałem wrażenie momentami, że to wręcz gra Enslaved ze swego środkowego okresu. Mam na myśli albumy z twórczością pełnych agresji, ale już i z mocnym tchnieniem progresji. Chcąc pisać o muzyce Pillorian, należy koniecznie zaznaczyć, że to porcja wzniosłych emocji, tak charakterystyczne dla poprzedniej kapeli, prócz dzikiej agresji, dodawały tej specyficznej melancholii. W obliczu skojarzeń Pillorian z Agalloch, myślę, że różnica w stylu obu zespołów jest jednak dość wyraźna, szczególnie dla osób, które spodziewały się powrotu do przeszłości.

Koncert Pillorian cholernie prędko przeminął, a jego „program” to po prostu sumiennie odegrany debiutancki album. Niestety, kapela nawet nie przygotowała się na bisy, ot, odegrali cały debiut – i ch…j – by się chciało powiedzieć. Zakończyli i zeszli. Nawet nie wyszli na scenę, mimo że byli długo wywoływani. Taki mały kwas na finał rewelacyjnego koncertu. W rozmowie z liderem po koncercie, pytając o brak bisów, odrzekł mi, że nic więcej nie mają nagranego. Trochę szkoda, bo jaki to problem, by coś zaimprowizować choćby z okresu Agalloch. Ale gdy i tym wspomniałem, to dezaprobata tego zamysłu była nadto widoczna. To tyle, i aż tyle w komentarzu. Szkoda. Byłby to miły gest, zwłaszcza że przecież nie ma co ukrywać, to fani Agalloch byli zdecydowaną większością publiki tego wieczoru. Najwyraźniej lider Pillorian zastosował metodę grubej kreski odcinając się od poprzedniego bandu… 

Reasumując, na żywo debiut Pillorian zabrzmiał jeszcze pełniej niż na płycie, bardziej emocjonalnie i ekspresywnie. Ta muzyka pulsowała, a zarazem swą agresją porywała, by następnie stosownie wyciszać, gdy melancholia zakradała się w kompozycje Pillorian. Taki koncert zawsze zapada w pamięć. Występ pełen dynamiki, emocji, krótki, bez pożegnania. Ale i tak móc wysłuchać na żywo The Vestige of Thorns czy A Stygian Pyre było warte czasu i każdych pieniędzy.

Tomasz

Tomasz

Jako totalne beztalencie muzyczne mogłem zostać tylko internetowym krytykantem, tfu, recenzentem. W wolnych chwilach nabijam kabzę spekulantom sprzedającym płyty CD.
Tomasz

Tagi: , , , , , , , , .