Vincent & Daniel Cavanagh (Anathema Acoustic) – Wrocław (8.07.2017)

The Optimist, jedenasty album Anathemy, jest już od jakiegoś czasu na rynku, jednakże na trasę promującą ten krążek przyjdzie nam jeszcze poczekać do jesieni. Liderzy grupy, Daniel i Vincent Cavanagh, postanowili umilić fanom to oczekiwanie i zagrać kilka akustycznych koncertów. Takie występy „bez prądu” nie należą w przypadku Brytyjczyków do rzadkości, trzeba jednak podkreślić, że w takiej akurat konfiguracji personalnej polscy fani mogli oglądać Anathemę po raz ostatni w 2003 roku. Być może to był powód znakomitej frekwencji- koncert był wyprzedany.

Podejrzewam, że właśnie z tej przyczyny początek nieco się opóźnił, nie wszyscy bowiem zdążyli wejść o czasie. Po dwudziestu minutach oczekiwania na scenie jako pierwszy pojawił się Daniel, który… włączył z telefonu utwór Bad z repertuaru U2. Nie do końca wiem `co artysta miał na myśli`, na szczęście po chwili najstarszy z braci Cavanagh skupił się na grze. Koncert zaczął się od Endless Ways, co bardzo mnie ucieszyło. W oryginale utwór wykonywany jest przez Lee Douglas, a w warstwie dźwiękowej silnie wyczuwalna jest elektronika. W sobotni wieczór siłą rzeczy utwór ten musiał zabrzmieć inaczej, bliżej pierwotnej wersji. Tylko gitara, klawisze i głos Daniela. Takie rekonstrukcje to coś, co najbardziej lubię w akustycznych koncertach Anathemy.

W końcu na scenie zameldował się także Vincent i już wspólnie bracia wykonali Untouchable part 1.Reakcja fanów była entuzjastyczna. Od tego momentu już do końca występu publiczność głośno śpiewała wraz z muzykami każdy fragment tekstów, choć można wspomnieć, że w Untouchable part 2 Daniel wyraźnie się domagał, by druga zwrotka śpiewana była tylko przez kobiety.

W pierwszej części koncertu zabrzmiał jeszcze Thin Air, po czym Vincent zapowiedział podróż w czasie o 20 lat wstecz, do albumu Alternative 4 (czym wywołał wybuch radości), i zaprezentują po jednym utworze z każdego kolejnego albumu. Danny ponadto przypomniał, że jego piosenki są zawsze o tym, czego doświadczył w życiu i dodał, że następne dwa utwory dotyczą jego mamy. W tym momencie chyba nikt już nie wątpił, że usłyszymy Inner Silence oraz One Last Goodbye.

Pozytywnym zaskoczeniem było to, że reprezentantem albumu A Fine Day to Exit był Pressure, bo spodziewałem się, że Panowie pójdą na łatwiznę i zaśpiewają Temporary Peace. Nie było jednak niespodzianek w dalszej części tej chronologicznej układanki- usłyszeliśmy Are You There?, Dreaming Light, The Beginning and the End oraz Distant Satellites. Wykonanie tej ostatniej kompozycji było zjawiskowe!

Po krótkiej przerwie na scenę powrócił Danny i zanim zaczął High Hopes Floydów wdał się w pogawędki z publicznością. Ponarzekał na odsłuchy oraz klimatyzację (w końcu Firlej pękał w szwach), oświadczył, że za budżet przeznaczony na nagranie The Optimist można kupić dom w niezłej dzielnicy Warszawy, oraz skomentował narzekania niektórych fanów odnośnie odejścia Anathemy od metalu, mimo że porzucili ten gatunek przeszło dwie dekady temu – dał się jednak namówić na zagranie fragmentu Sleepless z pierwszego albumu. 

Po wspomnianym High Hopes na scenie ponownie zjawił się Vincent i już w duecie bracia ponownie wrócili do lat 90., prezentując bez przerw Deep, Forgotten Hopes, Destiny is Dead oraz Fragile Dreams. Regularną część występu zakończyły covery The Doors (The End w wykonaniu samego Daniela), oraz ponownie Pink Floyd (Another Brick in the Wall part 2, wykonane wspólnie z Vincentem). Na bis muzycy zaprezentowali piękną, stonowaną, klawiszową (jak zaznaczył Dan: „dość już mam tych hałaśliwych gitar”) wersję Flying. Dwie godziny grania minęły jak z bicza strzelił i pozostawiły we mnie poczucie niedosytu.

Anathema słabych koncertów nie gra, więc i tym razem występ można zaliczyć do udanych, mam jednak kilka tzw. „ale”. Przyzwyczaiłem się już do tego, że takie akustyczne wykonania budowane są na klawiszowych i gitarowych partiach Daniela, który je zapętla, po czym nakłada na siebie kolejne warstwy. Znam te aranżacje i lubię, jednakże uważam, że wykonania bez loopera byłyby ciekawsze.

Drugim minusem było zachowanie Vincenta. Gdzie się podział ten sympatyczny jegomość z fantastycznym, typowo brytyjskim poczuciem humoru, który nieustannie szuka interakcji z fanami? Od kilku już wizyt Vinnie zachowuje się na scenie jakby grał koncerty za karę. Rozumiem strojenie wściekłych min w czasie śpiewu, może się wtedy po prostu wczuwa w utwór, ale znikanie ze sceny po wykonaniu swoich partii, granie tyłem do publiczności, patrzenie w ścianę w czasie zapowiadania utworów- to wszystko budzi moje wątpliwości.

Zdjęcia pochodzą z krakowskiego koncertu. Ich autorką jest Martyna Potyka.

Tagi: , , , , , , , , , , , , .

  • JOANNA

    Jestem bardzo zadowolona z koncertu.
    Mówiąc szczerze, przy zakupie biletów, byłam zaskoczona, że odbędzie się w klubie Firlej.
    Z całym szacunkiem dla organizatorów, ale nie oszukujmy się, klub nie jest przygotowany i dostosowany do tak dużych wydarzeń. Brak klimatyzacji,duszno i bardzo gorąco na sali.
    Ludzie przed koncertem próbowali bezskutecznie otwierać okna.
    Na szczęście miałam z przodu bardzo dobre miejsce i nie wyobrażam sobie stania w tłumie wśród publiczności.
    Podziwiałam chłopaków Daniela i Vincenta Cavanagh za ich zaangażowanie na scenie i występ w tak trudnych warunkach. Uważam, że dali z siebie wszystko.
    Nie byłabym taka krytyczna w ocenie zachowania Vincenta.
    Owszem , mi również brakowało uśmiechu i większego zaangażowania z jego strony w kontakcie z publicznością.
    Może było mu za gorąco. może był w gorszym nastroju.
    Wiadomo, mogło być lepiej, ale my też nie byliśmy dobrze przygotowani na takie wydarzenie.
    Dodajmy, że koncert trwał 2 godziny 🙂