W.A.S.P. – Warszawa (25.11.2017)

Trasy jubileuszowe, podobnie jak huczne reedycje kultowych albumów (pół biedy, jeśli kończą się na okazjonalnym wznowieniu, a nie decyzji o ich ponownym nagraniu) czy publikowane w kilkuletnich odstępach greatest hitsy niezmiennie wzbudzają w mojej głowie skojarzenia z odcinaniem kuponów od dawnej sławy i próbami wydobycia zawartości portfeli fanów podatnych na sentymenty i powroty do przeszłości. Niezwykle często bowiem przedsięwzięcia tego typu kończą się spektakularną klapą, remasterowane płyty tracą swoją pierwotną magię, sędziwe gwiazdy nieudolnie gonią za minionymi latami, a kompilacje i składanki zalegają w sklepach muzycznych, stale oklejone etykietą „przecena”.

Informacja o planowanej trasie koncertowej, w ramach której zespół W.A.S.P. zaplanował odegrać w całości liczącą 25 lat płytę The Crimson Idol spotkała się u mnie właśnie z takim odczuciem. Co więcej Kalifornijczycy ryzykowali moim zdaniem podwójnie. Po pierwsze dlatego, że wydany w 1992 roku album to (szczególnie w kontekście wokalnym) materiał niezwykle wymagający, po drugie – tragiczna historia cierpiącego z powodu braku rodzicielskiej miłości, zagubionego w świecie show biznesu nastoletniego gwiazdora rocka, prezentowana przez podstarzałych muzyków mogła w praktyce wypaść karykaturalnie, sztucznie i groteskowo.

Polskiej odsłony trasy nie ominęły dodatkowo problemy organizacyjne – krótko przed samym eventem okazało się, że support w postaci power metalowców z Beast In Black w Progresji zagrać nie zdoła – Knock Out Productions w miejsce Finów zaprosił na scenę warszawskiego klubu zespół Exlibris.

Niespodziewana zmiana line-upu nie wpłynęła na szczęście na frekwencję otwierającego wieczór koncertu i pochodzący z Warszawy band miał okazję zaprezentować swój set przed zauważalnie liczną widownią. Kapela sprawdziła się w roli rozgrzewacza bardzo sprawnie. Byłoby z pewnością jeszcze lepiej, gdyby pełniący obowiązki wokalisty Riku Turunen nie zapominał miejscami, że nie uczestniczy w zlocie fanów Iron Maiden – poza łudząco podobną do wokalu Bruce’a Dickinsona barwą głosu, Fin zachowywał się na scenie momentami jak imitator brytyjskiego muzyka (kilkukrotnie namawiał także basistę zespołu do wcielenia się w rolę Steve’a Harrisa w charakterystycznym celowaniu wiosłem w stronę publiki). Mimo dość oczywistej inspiracji przyznać jednak należy, że warunki wokalne aktualnego frontmana Exlibris są bardzo poprawne i ciekawie komponują się z nowoczesnym heavy/power metalem prezentowanym przez ten skład.

Przerwa poświęcona na zainstalowanie niezbędnego sprzętu potrwała trzy kwadranse i krótko przed godziną 21 na scenie Progresji zagościła gwiazda wieczoru.

Godną odnotowania już na wstępie okazała się oprawa koncertu – 3 ekrany, wyświetlające przygotowaną specjalnie z myślą o trasie projekcję, przedstawiającą historię Jonathana Steela doskonale uzupełniały złożony z 10 numerów set.

Za klimatyczną scenografią nie poszedł jednak sam Blackie Lawless – frontman W.A.S.P. wystąpił przed warszawską publiką ubrany w joggingowy dres, hokejową koszulkę z logiem zespołu i „gustowne” białe kozaki. Muzyk, którego aparycja zbliża się dziś niebezpiecznie do urody bohaterki utworu The Gypsy Meets the Boy nie zdawał się jednak tym faktem szczególnie zdeprymowany i bez słowa wstępu otworzył set utworem The Titanic Overture, by po chwili porwać publiczność dynamicznym The Invisible Boy.

I w końcu z radością mogłem przekonać się, że moje – wspomniane na początku – obawy okazały się w przypadku sobotniego koncertu W.A.S.P. bezpodstawne. Zespół wciąż ma we krwi rock’n’rollowy ogień, potrafi porwać publikę i skłonić ją do szczerych, żywiołowych reakcji (zarówno w przypadku energicznych Arena of Pleasure, Chainsaw Charlie czy Doctor Rockter jak i nastrojowych The Idol, Hold On To My Heart oraz The Great Misconceptions of Me). Co też ważniejsze – głos Blackiego Lawlessa mimo upływu lat wciąż brzmi zadziwiająco dobrze. Nie obyło się wprawdzie bez technicznych wspomagaczy w postaci częściowego podkładu (co zostało pieczołowicie odnotowane przez niektórych słuchaczy) lecz moim zdaniem zabieg ten podyktowany był raczej kwestiami kondycyjnymi, a nie warsztatowymi. Choć odśpiewanie fragmentów setu z playbacku budzi rzecz jasna rozczarowanie, nie pozostaje nic innego jak wyrozumiale zrzucić je na karb niedawnego zasilenia przez frontmana W.A.S.P. klubu sześćdziesięciolatków.

Elementem, który należy niewątpliwie pochwalić było nagłośnienie. Zarówno pod sceną jak i w częściowym oddaleniu od niej instrumenty prezentowały się odpowiednio selektywnie, a solówki Douga Blaira wybrzmiały świetnie. Za ten aspekt imprezy organizatorzy zasługują na naprawdę duże brawa.

Po odegraniu całego The Crimson Idol zespół zaprezentował jeszcze numery z dwóch pierwszych i ostatniej płyty (L.O.V.E. Machine, Wild Child, Golgotha i I Wanna Be Somebody). Zagrany na grande finale kawałek wykrzesał z publiki ostatnie pokłady energii, co tylko podkreśliło, z jak pozytywnym odbiorem spotkał się w naszym kraju występ zespołu.

Mimo wspomnianych mankamentów, W.A.S.P. wyszli w moich oczach z batalii (z prawdopodobnie najważniejszą płytą w swoim dorobku) szczęśliwie zwycięsko. Po tym co pokazali w Progresji nie mam zamiaru wnikać w pobudki, jakie stały za organizacją jubileuszowej trasy Reidolized. Co więcej – każdej kapeli życzyłbym umiejętności tak godnego radzenia sobie z podobnymi wyzwaniami.

Synu

Synu

Fan szeroko pojętej muzyki gitarowej. Z wszelkich możliwych szuflad i gatunkowych etykiet.
Napisz do autora: synu@kvlt.pl
Synu

Latest posts by Synu (see all)

Tagi: , , , , , , , .