Wacken Open Air (03-05.08.2017)

Tegoroczna edycja festiwalu Wacken Open Air odbyła się w dniach 2-5 sierpnia 2017 roku tradycyjnie na kilkudziesięciu hektarach pól w gminie Wacken. Mieścina jest częścią kraju związkowego Szlezwik-Holsztyn, który to graniczy bezpośrednio z Danią, więc uczestnicy festiwalu mogą swobodnie wybrać się na wycieczkę nad Bałtyk w ciągu dnia. Warto wspomnieć, że bilety zostały całkowicie wyprzedane na długo przed rozpoczęciem festiwalu (w sumie sprzedanych 70 tysięcy). Nie jest to novum, a raczej podtrzymanie tradycji. Wspomnijmy, że festiwal trwa nieprzerwanie od 1990 roku.

Pierwszy nieoficjalny dzień to typowa rozgrzewka przed nadejściem prawdziwej uczty. Wystąpiły między innymi zespoły: Annihilator, Crowbar czy Flotsam and Jetsam. Niestety dojechałem na miejsce późnym wieczorem, dlatego załapałem się tylko na końcówkę koncertu Crowbar, który zrobił duże wrażenie na publice zgromadzonej w gigantycznym (prawie cyrkowym) namiocie, w którym ulokowane były obok siebie dwie równorzędne sceny.

Czwartek przywitał nas czarnymi chmurami. Około godziny 15:00 widmo nadciągającej burzy wygnało większość uczestników festiwalu pod namioty usługowe. Wystarczyło około 20 minut intensywnego opadu, by zielone pole przerodziło się w bagnisty teren, który już do końca trwania imprezy nie zmienił swojej konsystencji. Kto nie był zaopatrzony w kalosze, miał nie lada zadanie, by przetrwać. Nie brakowało oczywiście śmiałków, którzy korzystając z okazji rzucali się w błoto, zażywając leczniczych kąpieli, i dając radość zgromadzonym wokół gapiom. Pierwszy koncert (na jednej z dwóch bliźniaczych dużych scen), na jaki udało mi się dotrzeć, to występ Europe. Szwedzi prezentowali się całkiem rześko jak na swoje lata, natomiast głos Joey’a Tempesta wydawał się nie mieć już tyle do zaoferowania, co w czasach świetności. Tak czy inaczej podczas wykonywania swojego największego hitu (The Final Countdown) cały tłum śpiewał z zespołem, który to moim zdaniem otrzymał od losu dodatkowe lata życia dzięki energii generowanej przez fanów. Po chwili na drugiej scenie pojawiła się kolejna legenda, a mianowicie brytyjski Status Quo. Przyznam szczerze, że poza Your in the Army now nie za bardzo kojarzyłem inne utwory, natomiast pozostała część repertuaru prezentowała się doskonale, chociaż muzycznie było to zaskoczenie. Zaprezentowali zdecydowanie bardziej dynamiczne kompozycje do potupania nogą. Muzycy byli w wyśmienitej formie i widać było, że granie daje im cały czas niesamowitą radość. Następnie przyszedł czas na Accept, bardzo popularny w Niemczech. Zespół po pół godzinie regularnego setu zrobił krótką przerwę, by po chwili wrócić już z orkiestrą symfoniczną. Niecodzienny występ robiący duże wrażenie. Nieco przed końcem występu Niemców udałem się do namiotu, w którym czekały mnie jeszcze wstępy: Batushka, Mayhem i Nile, oraz powrót na chwilę pod jedną z dużych scen na występ Volbeat. Niestety nie sposób zobaczyć wszystkich interesujących koncertów, ponieważ część z nich się pokrywa, toteż należy wybrać najbardziej atrakcyjną opcję. Wiedziałem, że Batushka swoim wydawnictwem Litourgiya zrobiła wokół siebie dużo szumu, ale nie spodziewałem się, że na ich koncercie zgromadzi się kilka tysięcy osób. Rodacy nie zawiedli i godnie reprezentowali polską scenę podczas odprawiania swojego misterium. Występ Volbeat na dużej scenie wypełnił po brzegi całe pole. Odnoszę nieodparte wrażenie, że zespół idzie w ślady Metaliki, nie kopiując ich stylu, a mając pomysł jak wynieść metal ponad podziały muzyczne. W namiocie Mayhem odegrał całą płytę De Mysteriis Dom Sathanas. Co ciekawe jako intro do Freezing Moon włączono zapowiedź byłego wokalisty Deada ze słynnej koncertówki Live in Leipzig. Na koniec cios zadał Nile. Byłem ciekawy jak zaprezentują się bez Dallasa. Zespół wydawał się przeżywać drugą młodość. Widać Sanders i Kollias potrzebowali dopływu świeżej krwi do Nilu. Doskonałe podziały wokali na trzy osoby, synchroniczne machanie głowami i ściana dźwięków były doskonałym zakończeniem tego bardzo intensywnego dnia.

Piątek był dla mnie najważniejszym dniem, a to za sprawą występów: Emperor, Megadeth i Marilyn Manson. Cesarz pokazał swoją klasę, odgrywając praktycznie całą płytę Anthems To The Welkin At Dusk oraz utwory Curse You All Man, I Am The Black Wizard i na koniec Inno A Satana. Megadeth był według plakatu główną gwiazdą festiwalu. Na podium zgodnie z tego typu kryterium stanęli jeszcze Alice Cooper i Marilyn Manson. Mustaine i spółka to klasa sama w sobie. Świetny koncert podparty wizualizacjami potwierdził, że są jednymi z największych zespołów metalowych na świecie. Przed ostatnim utworem Dave zasugerował, żeby wszyscy uważali na drodze podczas powrotu z festiwalu i powiedział tradycyjnie, że ten utwór nosi tytuł Holy Wars. Następnie zaprezentował się zespół Marilyn Manson, który kazał na siebie bardzo długo czekać. Najpierw intro z repertuaru The Doors, a później odgłosy natury. W każdym razie po kilku zagranych utworach rozpoczął się swoisty antyshow w wykonaniu Mansona. Rzucanie się na ziemię, markowanie grania na basie i stukanie pałką w niego oraz obrażanie publiki za pomocą tłumacza to tylko niektóre zagrywki mające na celu przerazić fanów. Minęły już czasy, kiedy wizerunkiem można było wzbudzać kontrowersje, więc Manson poszedł o krok dalej, prezentując tzw. nowoczesną sztukę. Na pewno nikt obok tego występu nie mógł przejść obojętnie, więc efekt został osiągnięty.

Ostatniego dnia pomimo zmęczenia największy tłum, jaki widziałem podczas całego festiwalu zgromadził się na występie zespołu Alice Cooper. To już prawdziwy teatr, a nie tylko grająca kapela. Numer popisowy z gilotyną (Ballad of Dwight Fry) na każdym robi wrażenie. Na bis zagrali cover Motörhead Ace of Spades jako hołd dla Lemmy’ego. Niestety po nim w tym samym czasie wystąpiły Amon Amarth i Katatonia. Wybrałem Katatonię z powodu mojego wielkiego sentymentu i faktu, że pierwszy raz usłyszę na żywo utwory z ostatniej płyty. Nie zawiodłem się! Szwedzi dali z siebie wszystko, doceniając, że po raz pierwszy zostali zaproszeni na ten legendarny festiwal. Następnie w namiocie popis dał British Lion ze Stevem Harrisem. Polski akcent wśród publiki był zauważalny, a koncert na pewno mógł się podobać. Zwieńczeniem festiwalu był występ Kreatora na dużej scenie. Może dzikich tłumów nie było, za to pod sceną szaleństwo było widoczne. Warto też wspomnieć o występach dziewczyn z Pyrohex w festiwalowej wiosce każdego wieczoru. Skąpo ubrane, tańczące z ogniami w akompaniamencie metalowych utworów. Prawdziwa uczta dla koneserów.

Podsumowując, festiwal ponownie swoim line-upem na pewno utwierdził swoją pozycję w światowej czołówce najlepszych wydarzeń muzycznych na komercyjną skalę. Natomiast sam teren, a w zasadzie jego podłoże nie do końca dobrze został dobrany pod tyle tysięcy osób, ponieważ przy gorszej pogodzie utrudnia „nieco” przeżywanie koncertów. Tak czy inaczej większości to jednak nie przeszkadza, ponieważ po zakończeniu tegorocznej edycji ruszyła sprzedaż na kolejną i od razu około 20 tysięcy karnetów zostało sprzedanych.

Tagi: , , , , , , , , .