Youth Code, Mazut – Warszawa, Hydrozagadka (06.04.2018)

Youth Code to jedno z moich odkryć roku 2016, kiedy to wydali swój drugi pełny album, znakomity Commitment to Complications. Kalifornijski duet, złożony z Ryana George’a i Sary Taylor, tworzy niesamowity miks industrialu, ebm i hardcore punka. Czuć tu wpływy zarówno prekursorów gatunku jak Skinny Puppy czy wczesne Ministry oraz klimacik nurtu Neue Deutsche Harte, z Das Ich na czele. Mimo to Youth Code nie brzmi jak elektroniczna skamielina czy smutna próba wskrzeszenia popularności powyższych gatunków. Amerykański duet tworzy kompozycje tyleż tętniące energią i klimatyczne, co ciekawe aranżacyjnie i zawierające zazwyczaj mocne przesłanie. Byłem więc ogromnie ciekaw, czy na żywo Youth Code uderzy mnie z podwójną siłą, jak na muzyków o punkowych korzeniach przystało.

Hydrozagadka, w której Winiary Bookings zorganizowało koncert, była idealnym miejscem na występ takiego projektu, jakim jest Youth Code. Zarówno Sara jak i Ryan swoją postawą i zachowaniem dawali jasno do zrozumienia, że chcą, by dystans między nimi a publicznością był jak najmniejszy – co zresztą znalazło swoje piękne odzwierciedlenie w pewnym momencie koncertu. W roli supportów pojawiły się brytyjski duet Creepiing oraz nasz rodzimy Mazut. Na Anglików niestety się nie załapałem, a szkoda, bo to co miałem okazję usłyszeć przed koncertem, brzmiało jak surowy industrial z new wave’oymi naleciałościami i mansonowym wokalem. Co do Mazuta, to ten stołeczny projekt miałem okazję widzieć już na żywo i opisywać podczas kwietniowego występu Perturbatora w Progresji i moje odczucia znacząco się nie zmieniły. Podobnie jak wtedy, Mazut bardziej przyzwyczaił bębenki uszne do tego co miało za chwilę nastąpić, niż jakoś szczególnie rozruszał publiczność. Z drugiej strony, ich mix industrialu i noise bardziej ma służyć raczej chwilowemu „odpłynięciu” słuchacza niż dzikim tańcom, co w pewnym stopniu się udało, tym bardziej, że tutaj pasowali stylistycznie dużo lepiej niż do Perturbatora.

Jako że darzę Youth Code ogromną sympatią, trochę bolała mnie daleka od idealnej frekwencja, ale dość szybko przestało to mieć znaczenie, zaś dla Sary i Ryana nie miało go chyba wcale. Obserwowanie przemiany, jaka zaszła w nich, kiedy weszli na scenę, było zresztą całkiem zabawne. Oto nagle poukładany i flegmatyczny Ryan i jakby nieco nieśmiała Sara wpadli w iście szaleńczy trans. Ryan, odpowiadający za całe instrumentarium w postaci sampli, klawiszy oraz syntezatorów, uwijał się za swoim stanowiskiem pracy z obłędem w oku i kablem od mikrofonu w zębach, jako że czasem wspierał partnerkę wokalnie. Natomiast drobna Sara Taylor brzmi jak nieślubne dziecko Jacoba Bannona i Angeli Gossow, do tego pełne niespożytej energii i wściekłości, której na żywo nie da się markować. Chociaż wokalistka kilkakrotnie miała wątpliwości, czy dobrze ją słychać, pod względem nagłośnienia było doskonale – nic z bogatego podkładu tworzonego przez Ryana się nie gubiło a Sarę słychać było rewelacyjnie przez cały występ. Choć, szczerze mówiąc, nie miałbym nic przeciwko, gdyby było nieco głośniej, ale cóż, może już po prostu głuchnę.

Koncert trwał koło godziny, co można by uznać za krótki czas, ale biorąc pod uwagę tempo, moc i zaangażowanie spływających potem muzyków, prosić o więcej byłoby nietaktem. Tym bardziej, że Sara zaznaczyła, że bisów nie grają, a cały set jest w jednym bloku, bo nie są wielkimi gwiazdami, które trzeba błagać o ponowne wyjście. Poglądy grupy, oprócz zaangażowanych tekstów, objawiły się też kiedy w pewnym momencie Sara Taylor wyraziła swoją solidarność z kobietami protestującymi przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego – i nie był to stanowczo tylko pusty gest, bo w oczach miała ogień.

Ciężko wymienić najlepsze momenty występu, który składał się praktycznie tylko z nich. Przez cały koncert wpadka była tylko raz, kiedy to w połowie jednego z utworów nagle doskonała aparatura Ryana odmówiła posłuszeństwa i wszystko zamilkło. Szybko cała sytuacja obrócona została jednak w żart, a Sara ze stoickim spokojem stwierdziła, że „oczywiście zawsze, gdy grają gdzieś po raz pierwszy, coś musi się spieprzyć”.

Absolutnie pozamiatało zagrane jako jedno z pierwszych Anagnorisis – jednak publiczność na tym etapie była jeszcze nieco ospała. Rewelacyjny, industrialno-punkowy hymn czyli The Dust of Fallen Rome był już niezwykle entuzjastycznie przyjęty i odwrzeszczany przez co niektórych, jednak dalej pod sceną było dość statycznie. Wszystko się zmieniło, kiedy Sara zeskoczyła do nas podczas wykonania rewelacyjnego For I Am Cursed – jeśli ktoś chciał dostać od niej z łokcia w szczękę lub pod żebro, to miał doskonałą okazję, a w końcu rozpętało się też prawdziwe taneczne piekiełko, godne punkowego gigu, które utrzymywało się już do końca, od Consuming Guilt, aż do ostatniego, potężnego i przepełnionego gniewem Avengement.

Youth Code dało doskonały koncert – żywiołowy, pełen szczerych emocji i bezgranicznego zaangażowania. Oby pierwszy warszawski gig nie okazał się ostatnim, bo oglądanie ich w akcji to czysta przyjemność.

Foto: Paweł Brześciński

Tagi: , , , , , , , .