DragonForce: „Muzyka jest nieskończoną siłą”

Brytyjski DragonForce wraca z nową płytą. Album zatytułowany Reaching into Infinity ukaże się 19 maja nakładem wytwórni earMUSIC. Na temat nowego wydawnictwa porozmawialiśmy z gitarzystą zespołu Samem Totmanem i basistą Fredem Leclerqiem.

Rozmowa zaczęła się od pytania Freda Leclerqa o wymowę mojego imienia. Jak się okazało, sąsiad Sama Totmana ma na imię tak, jak ja. Gitarzysta DragonForce nigdy nie zapytał go o prawidłową wymowę słowa „Tomasz”, więc zanim przystąpiliśmy do właściwej części wywiadu, wyjaśniłem tajniki „pronuncjacji” mojego niezwykle „trudnego” imienia. Bonusem była krótka informacja o istnieniu również mniej formalnej wersji – „wolę, jak mówią do mnie Tomek”. Po wyjaśnieniu nurtującego członków zespołu zagadnienia mogliśmy wreszcie przystąpić do rozmowy o DragonForce, ich wrażeniach z koncertów w Polsce w ostatnich latach i, przede wszystkim, ich nowej płycie „Reaching into Infinity”.

Słyszycie „Polska” – jaka jest Wasza pierwsza myśl?

Sam Totman: Mocne piwo (bez śmiechu). O tak, kilka razy „skułem” się polskim piwem. Całkiem mocne, ale i dobre piwo. Serio, nieźle smakuje. Więcej nie pamiętam. Nie, pamiętam jeszcze… nieobrane marchewki w szatni (śmiech). I gotowane pomidory. To było całkiem dobre.

Frédéric Leclerq: Ja pamiętam, że przed jednym z koncertów w Polsce piliśmy wódkę. I po koncercie też. Kurde, tak naprawdę, to niewiele pamiętam z tego. Nie wiem, gdzie był ten koncert dokładnie. Ale wiesz, to była taka wódka gościnna, „ej, napijcie się trochę wódki”. Była tam wtedy też taka ładna dziewczyna. Generalnie, bardzo miłe wspomnienia.

Ok, czyli Polska „na plus”. Graliście tu 8 razy. W zeszłym roku byliście na Przystanku Woodstock. To jest wyjątkowy event w skali Europy, nawet świata. Osobiście, to mój ulubiony festiwal, więc po prostu muszę Was o niego zapytać. Jakie są Wasze wrażenia z Woodstocku?

Totman: Super, naprawdę było świetnie, i nie mówię tego dlatego, że jesteś z Polski…

Leclerq: Dobra, dobra. Przed chwilą rozmawialiśmy z francuskim dziennikarzem i to samo mówił o festiwalu we Francji (śmiech). Oczywiście żartuję.

Totman: Serio, było super. Rewelacyjną sprawą było to, że tam nie było tych wielkich barierek między publicznością a sceną. Takich sytuacji normalnie na festiwalach już nie ma. Na przykład na Wacken jest bardzo duży dystans między sceną a publiką. Nie czuje się tej bliskości z uczestnikami festiwalu, bo jest spora odległość, są barierki, w tej przerwie jest pełno chłopaków z ochrony. Czuć ten dystans. Z kolei na Woodstocku to było trochę jak granie na festiwalu z lat 70. albo coś w tym stylu. Atmosfera była świetna. Naprawdę było super.

Czyli jesteście chętni zagrać na Woodstocku jeszcze raz.

Leclerq: Pewnie, to był super koncert. Bardzo nam się podobało i chętnie przyjedziemy na Woodstock jeszcze raz.

Świetnie. O taką deklarację mi chodziło (śmiech). Dobra, przejdźmy powoli do głównego tematu naszej rozmowy. „Reaching into Infinity” to tytuł Waszej nowej płyty. Rozumiem, że trasa promująca nowy album „dosięgnie” (ang. reach) także Polskę.

Leclerq: Wiesz, próbujemy „dosięgnąć nieskończoności”, bardzo możliwe, że Polska będzie akurat po drodze do nieskończoności (śmiech). A na serio, to tak, jestem prawie pewny, że będziemy tam grać. Mamy tam świetnych fanów, zawsze fajnie nam się tam występowało. Nie mamy co prawda jeszcze pełnej trasy, całego grafiku koncertowego, ale myślę, że zagramy u Was.

Totman: Tak, jak mamy trasę po Europie, to zwykle gramy w Polsce, więc to bardzo prawdopodobne, że w którymś momencie, przy okazji promocji nowej płyty znajdziemy się tam znowu.

Będziecie występować w tym roku na europejskich festiwalach?

Leclerq: Nie, w tym roku akurat nie. Dopiero graliśmy na letnich festiwalach w Europie, robimy małą przerwę, ale w przyszłym roku zapewne znów się tam pojawimy.

A planujecie grać na nadchodzącej trasie z jakimś konkretnym zespołem jako supportem?

Totman: Nie mamy jeszcze takich sprecyzowanych planów. Wiadomo jedynie, że zapewne ktoś inny będzie grał z nami w Australii, a kto inny np. w Polsce. Ale mogę obiecać, że jeśli będziemy mieć stały support to na pewno postaramy się, żeby był to zajebisty zespół.

Dobra, wracam do tematu nowego albumu. O stylu muzycznym z Waszych poprzednich płyt mówi się czasem pół żartem, pół serio „nintendo metal”, albo „Bon Jovi na szybkości”, używał ich nawet Wasz drugi gitarzysta Herman. Może macie jakieś ciekawe określenia dla nowej płyty. Jak postrzegacie „Reaching into Infinity”?

Leclerq: To playstation 4 metal! (śmiech)

Totman: Powiedziałbym, że nowa płyta to taka mieszanka. To wszystko to, czego można spodziewać się po DragonForce, to w czym jesteśmy dobrzy, plus sporo nowych elementów. „Reaching into Infinity” to nie jest ani coś całkowicie nowego, coś innego, ale też nie coś dokładnie powtórzonego, coś starego.

Leclerq: Tak, nowa płyta jest ewidentnie różnorodna, bo są na niej kawałki „zahaczające” o thrash, takie jak „War!”, a są też utwory w duchu starego DragonForce, brzmieniowo w stylu gry Sama, który gitarowo jest jakby uosobieniem pierwszych pięciu albumów. Na nowej płycie te numery się tak przeplatają, przez co, każdy w pewnym sensie jakby „wystaje”, wyróżnia się, daje się zauważyć. Jeśli chodzi o mnie, o mój styl tworzenia muzyki, to lubię czasem wykorzystać gitarę 7-strunową, lubię poeksperymentować, coś pozmieniać. Patrząc jednak całościowo na ten album to dla mnie jest on trochę kontynuacją, takim przedłużeniem „Maximum Overload”. Ciekawe jest jednak to, że dając ludziom do przesłuchania nową płytę, reakcje były wręcz przeciwne. Wiele osób stwierdziło, że nowa płyta jest całkowicie inna.

Ok. To mam dla Was pytanie-zadanie. Jakich trzech słów użylibyście do opisania „Reaching into Infinity”?

Leclerq: Very fucking cool! (śmiech) Nie no, może „szybko”, „wolno” i… nie wiem co. Trudne pytanie. Kurde. Może „Różnorodność”, „dojrzałość”… Nie umiem tego trzeciego znaleźć. Chyba się po prostu nie da. Jest na niej za dużo różnych brzmień. Ustalmy, że jest tak bardzo różnorodna, że się po prostu nie da. Sorry. Ale możemy za to użyć tylko jednego słowa – super!

Totman: Tak, zgadzam się. Jest super.

Opowiedzcie trochę o okładce płyty, bo robi wrażenie, szczególnie widać to w komentarzach fanów na waszym Facebooku. Odkrywaliście ją fragmentami na Instagramie. Po raz pierwszy na okładce studyjnego albumu umieściliście smoka. Powiedzcie, co ta okładka przedstawia.

Leclerq: To jest smok. A poważnie mówiąc to okładka przedstawia nasz współczesny, popierdolony świat, w którym żyjemy. Smok to nasza muzyka, która przebija się przez ten świat. Zwalczamy nim całe to gówno obecnej, brutalnej rzeczywistości. Życie we współczesnym świecie to przejebana sprawa. Muzyka daje nam możliwość pewnego rodzaju ucieczki. „Reaching into Infinity” to przekaz, że muzyka jest nieskończoną (ang. infinite) siłą, która pozwala nam przetrwać. Naszą muzyką pomagamy ludziom dosięgnąć nieskończoności.

Totman: No, zajebista odpowiedź. Myślałem, że wiem o co chodzi w tej okładce, a teraz to już nie mam pojęcia.

Leclerq: To była długa wersja. Krótka jest taka, że to jest smok i to bardzo fajna okładka.

Ok, „fajny smok”. „Smok”, który szaleje na scenie. DragonForce to zespół wybitnie koncertowy. Gracie speed metal, power metal, jakby tego nie określać, jedno jest pewne – potrzebujecie mocy, żeby grać tak żywiołowo. Skąd czerpiecie energię?

Totman: Ja czerpię energię na koncert, pijąc dużo piwa. Wtedy czuję się nabuzowany i podekscytowany. Naprawdę. Jeśli chodzi o całą trasę, to wcześniej przygotowujemy się ćwicząc utwory, które będziemy grać.

Leclerq: Tak, gramy numery, które będziemy wykonywać na trasie, ale nie jest to jakieś wielkie planowanie każdego utworu. Staramy się być spontaniczni, nie uzgadniamy, w którym momencie będziemy skakać do przodu, albo, w którym momencie ktoś pobiegnie w prawo. Chodzi nam głównie o to, żeby dobrze wiedzieć, jak grać te utwory, mieć taką wprawę w ich graniu, żeby biegając po scenie jak szaleni w tę i we w tę, nie zrobić zbyt dużo błędów.

Macie ulubiony moment koncertu?

Leclerq: Tak, koniec, kiedy jesteśmy zmęczeni i wreszcie możemy odpocząć (śmiech). Nie, żartuję. Świetny jest moment kilka sekund przed wyjściem na scenę, kiedy uderza adrenalina, kiedy czujesz, że show zaraz się zacznie. W sumie cały występ to świetne przeżycie. Lubię, kiedy zwalniamy, kiedy robi się ciszej – wtedy możemy wyraźniej usłyszeć publikę, która wykorzystuje tę chwilę i robi hałas. Fajne uczucie. Tak samo super usłyszeć reakcje ludzi, kiedy zaczynamy grać znany numer. Właściwie to każdy moment jest świetny i ciężko wybrać jedną najfajniejszą chwilę czy część koncertu.

Totman: Poza tym są różne koncerty. Czasami wszystko brzmi świetnie od samego początku, a czasami na pierwszym utworze są lekkie problemy z nagłośnieniem i wszystko zaczyna „hulać” dopiero wtedy jak dźwiękowcy to poprawią. Różnie to wychodzi.

Gdzie w Europie lubicie grać najbardziej? Macie jakieś ulubione miejsce, najlepszą publikę?

Fred: To zabrzmi patriotycznie, ale ja lubię grać we Francji. Mam jakby większy kontakt z publicznością. Gram u siebie, w swoim kraju. Lubię grać w Paryżu czy w Lille. Ale w sumie w każdym państwie to jest ciekawe przeżycie, bo każda publiczność jest inna, inaczej reaguje. Fajnie grać w Hiszpanii, w Polsce, tak samo w Skandynawii.

Totman: Jak nas lubią w danym miejscu, to gra się fajnie.

Porozmawialiśmy trochę o Europie, to zapytam teraz o Azję. Jakie są różnice między europejską a azjatycką publicznością?

Leclerq: Generalnie Azjaci są grzeczni, ale może opowiem więcej o Japonii. Japońska publika jest szalona. Czasami w kulminacyjnych momentach naszych piosenek potrafią się utworzyć trzy wielkie okrągłe młyny jednocześnie. Ze sceny wygląda to obłędnie. Ale z kolei czasami, kiedy do nich krzyczymy, oni nam odkrzykną i potem cisza. Momentalnie przestają. A po skończonym koncercie wszyscy od razu idą do wyjścia. Chwila i już ich nie ma. I pozostaje tylko… czystość. Niesamowite, ale wszystko jest momentalnie wysprzątane. Niesamowite jest też to, że japońska publika zawsze śpiewa z nami, super się ich słucha, to jest bardzo fajne. Pytałeś mnie wcześniej o Europę, ale teraz jak rozmawiamy „światowo”, to mogę powiedzieć, że zdecydowanie najbardziej lubię grać w Japonii.

A propos Japonii, to dwa lata temu byłem w Brixton Academy w Londynie na koncercie pewnego japońskiego zespołu. Nazywa się Babymetal.

Leclerq: A tak, znamy (śmiech).

Totman: Hej, ja też byłem na tym koncercie.

Leclerq: Tak, w ogóle, to pokazują mi tu trzy palce. To chyba znaczy, że zostały nam trzy minuty rozmowy. Chyba, że mają na myśli coś zboczonego (śmiech).

Ok, streszczam się. Kto pierwszy odkrył u Was Babymetal?

Leclerq: W sumie to nie wiem. Pamiętam, że kiedyś piliśmy wieczorem i w którymś momencie kumpel włączył mi Babymetal. Pomyślałem: „ej, to jest świetne”.

Totman: Ja znalazłem to gdzieś w necie, na jakiejś stronie z newsami muzycznymi, jakoś ze 2-3 lata przed tym jak z nimi graliśmy.

A kto jest największym fanem BM?

Leclerq: Yyy… chyba ja. Tak mi się wydaje. Nie no, na pewno ja. Byłem na ich koncercie ostatnio w Japonii w zeszłym roku w Tokyo Dome. Było genialnie.

Ostatnie pytanie. Graliście na festiwalach na statkach wycieczkowo-koncertowych – na „70000 Tons of Metal” i „Full Metal Cruise”. Co sądzicie o tego typu eventach?

Leclerq: Dla fanów to na pewno super sprawa. Świetna zabawa gwarantowana. Trochę inaczej wygląda to z perspektywy zespołu. Dla nas bywa to niekiedy męczące, bo nie mamy tam za dużo prywatności. Nie to, że chcemy uciec od fanów, uwielbiamy z nimi rozmawiać, ale czasami trzeba się trochę zrelaksować, mieć trochę spokoju, oddalić się, a na statku trochę trudno o coś takiego. Można tylko siedzieć w kabinie. Jeśli wyjdziesz, to metal jest tam dosłownie wszędzie. Idziesz na papierosa do baru, wszędzie jest muzyka, fani, zawsze trwa jakiś koncert, a my mamy metal praktycznie każdego dnia w roku. Czasami czuliśmy się na statku troszkę osaczeni, pozbawieni możliwości ucieczki. Ale generalnie to świetna zabawa. Ostatnio, jak braliśmy udział w „70000 Tons of Metal”, mieliśmy przerwę na Jamajce. Marc (wokalista – przyp. autor) i ja przesadziliśmy z tamtejszymi „dobrodziejstwami” do palenia i trafiliśmy do szpitala na 12 godzin. Oj, działo się. Oczywiście, że polecam wszystkim taki rejs. Totalny odlot.

Muszę się kiedyś wybrać w taką podróż. Poczekam aż Was znów zaproszą. Dzięki bardzo za rozmowę.

Rozmawiał Tomek Bilewicz

Tracklista:
01. Reaching into Infinity
02. Ashes of the Dawn
03. Judgement Day
04. Astral Empire
05. Curse of Darkness
06. Silence
07. Midnight Madness
08. WAR!
09. Land of Shattered Dreams
10. The Edge of the World
11. Our Final Stand

Tomasz B.

Tomasz B.

Woodstalker, koncertowicz, fan marketingu muzycznego, języków obcych, relaksu festiwalowego, MDM i NDH
Tomasz B.

Tagi: , , , , , , .

Comments are closed.