Eivør: „Tworząc muzykę, myślę kolorami”

Eivør Pálsdóttir od kilkunastu lat zadziwia publiczność swoim głosem i muzyką z pogranicza folku, elektroniki czy jazzu. Te międzygatunkowe nawiązania nie tylko przyciągają słuchaczy gustujących na co dzień w innych brzmieniach, ale i otwierają jej drzwi na współpracę przy innych projektach. O popularności wokalistki pochodzącej z Wysp Owczych świadczy również frekwencja podczas wiosennej trasy koncertowej, w ramach której odwiedziła również Polskę. Między innymi o tym, ale i o muzycznym rozwoju, szamańskich bębnach czy współpracy z Einarem Selvkiem miałam przyjemność porozmawiać z Eivør przed jej występem w Erfurcie.

 Interview with Eivør in English version (PDF file)

Alicja Sułkowska: Twoja wiosenna trasa powoli zbliża się do końca. Odwiedziłaś może jakieś miasta, w których nie występowałaś wcześniej?

Eivør: To nasza pierwsza wizyta w Erfurcie, niedawno po raz pierwszy zagrałam też w Pradze. Było fantastycznie!

Faktycznie, Praga ma w sobie coś z artystycznej atmosfery (śmiech). Skoro już o tym mowa – od lat krąży stereotyp, że forma Twojej muzyki prawie całkowicie determinuje miejsce, z którego pochodzisz. Czy uważasz, że publiczność z nie-skandynawskich krajów potrzebuje jakiegoś kontekstu czy informacji, żeby w pełni cieszyć się Twoją twórczością?

Absolutnie nie! Lubię myśleć o muzyce jako o czymś pierwotnym i uniwersalnym, co każdy z nas ma w sobie. Oczywiście moje korzenie również są dla mnie dużą inspiracją, nie wykorzystuję ich jednak w sposób dosłowny, ich echa są raczej słyszalne w głębszych warstwach dźwiękowych czy też w uczuciach, jakie towarzyszą podczas słuchania muzyki. Indywidualne preferencje gatunkowe i inne osobiste aspekty też są tu istotne, uważam jednak, że muzyka to nie coś, dla zrozumienia czegoś potrzebujesz długiego wykładu (śmiech).

Na pewno masz jednak fanów również na Wyspach Owczych. Często tam występujesz?

Od czasu do czasu – mniej więcej raz na dwa lata. Niedługo jednak zagram tam w ramach letniego festiwalu.

(pracownik klubu właśnie przyniósł dwa kubki kawy)

Danke schön! Jak jeszcze można powiedzieć „bardzo dziękuję” po niemiecku?

Wszystko kręci się raczej wokół „danke”, „vielen Dank” i „Danke schön”… Wiesz, mówi się, że Niemcy są na początku raczej zdystansowani (śmiech)

(śmiech) My mamy z kolei milion sposobów na powiedzenie „dziękuję” – klasyczne „takk”, później „tusen takk”, jakby „wielkie dzięki”, i jeszcze kilka więcej (śmiech).

W polskim też chyba znalazłoby się sporo takich zwrotów…

Właśnie, grałam niedawno kilka koncertów w Polsce! Było świetnie – pierwszy raz grałam tam podczas festiwalu w Białymstoku dwa lata temu, teraz przyjechałam na cztery występy, większość wyprzedanych. Publiczność była niesamowicie ciepła i serdeczna, po prostu najlepsza.

Wracając do muzyki – Twój ostatni album, „Slør”, ukazał się również w wersji angielskiej. W przypadkach takich przekładów często mowa o fragmentach „straconych w tłumaczeniu”. Miałaś podobne doświadczenia?

Zdecydowanie. Myślę też, że to stwierdzenie jest bardzo prawdziwe. W przypadku niektórych utworów tłumaczenie przychodziło właściwie naturalnie, kiedy indziej natomiast musiałam przemyśleć całość od nowa, głównie ze względu na niektóre metafory, których nie można było przetłumaczyć dosłownie. W farerskim można znaleźć wiele nawiązań do przyrody – mamy na przykład wiele słów na określenie mgły czy mglistej pogody. Ich użycie w znacznej mierze zależy od kontekstu, w angielskim natomiast musiałam ograniczyć się do jednego sformułowania, co było dość trudne (śmiech). Z drugiej strony jednak to było również dość ekscytujące przeżycie: odnosiłam wrażenie, jakbym przygotowywała remix całego albumu i tekstów. Było tym ciekawiej, że nie robiłam tego wcześniej. I, szczerze powiedziawszy, sądzę, że już więcej tego nie zrobię!

Dlaczego?

Jak powiedziałam, nie było to najprostsze zadanie. Kiedy nagrywam album, wkładam w niego serce i emocje. Powrót w to samo miejsce może być trudny. To jak ponowne otwieranie drzwi, które już się zamknęło. Choć było to spore wyzwanie, cieszyłam się, że mogłam powrócić do tej przestrzeni i byłam ciekawa efektu. Ponieważ już jednak spróbowałam…

…możesz odhaczyć wykonane zadanie i przejść do kolejnego (śmiech). Czy podobnie było z innymi albumami? Słuchając Twoich wcześniejszych nagrań, odniosłam wrażenie, że stanowią zamkniętą stylistycznie całość, podczas gdy „Slør” jest bardziej różnorodny. Czy postrzegasz swoje albumy jako naturalną ewolucję, czy może bardziej jako poszczególne wyzwania?

Myślę, że w przypadku każdego albumu lubię tworzyć konkretnypejzaż muzyczny. Postrzegam to jako pokój, w którym mieszka muzyka. To, co nagrałam przed „Room” bardziej przypominało przytulny salon, podczas gdy ze „Slør”przeniosłam się do skalnej groty czy jaskini. Wydaje mi się, że brzmienie całej płyty jest odzwierciedleniem obrazu, który pojawia się w mojej głowie. Chciałam, żeby na „Slør” było słychać przyrodę, jak plusk wody czy górskiego strumienia.

Jednocześnie niektóre Twoje albumy, takie jak „Larva” zostały już na swój sposób skategoryzowane, przykładowo jako „muzyczne odrodzenie” itp. Czy inne płyty również możesz opisać w taki sposób? Czy któryś z nich miał dla Ciebie szczególne znaczenie?

Zdecydowanie! Jak powiedziałaś, „Larva” jest dla mnie ważnym albumem. Odkąd skończyłam 15 lat postrzegano mnie głównie jako kompozytorkę folkową. W tym czasie jednak odkrywałam coraz więcej w muzyce i w swojej twórczości, także instrumentalnej. Dlatego też poczułam, że zostałam zamknięta w miejscu, w którym nie mam już miejsca na artystyczny rozwój. „Larva” była płytą burzącą te ściany, płytą, na której miałam okazję wszystko przemyśleć. Ten album jest dosyć mroczny, głównie dlatego, że sama byłam wtedy w dość mrocznym miejscu. Można też znaleźć na nim jednak dużo melancholii, jest zakończeniem starego rozdziału, ale i początkiem kolejnego, w który wpisują się też „Room”, „Bridges” i „Slør”.Dodatkowy problem z „Larvą” polegał na tym, że gdy ludzie po raz pierwszy usłyszeli nowy materiał, w ogóle im się nie podobał. Nowa ja nie przypadła im do gustu (śmiech)!

Przykre, nie sądzisz (śmiech)?

Chyba byli trochę przestraszeni elektrycznych gitar i całego tego elektronicznego hałasu.

Kiedy myśli się o muzyce folkowej, elektronicznej czy popie, często ma się już przed oczami pewien gotowy obraz, który chce się zobaczyć na żywo. Myślisz, że mogło to wpłynąć na Twoich fanów?

Liczyli chyba na to, że znów usłyszą akustyczne gitary i spokojne piosenki. Jednocześnie jednak podczas trasy promującej „Larvę” na koncerty przychodziło wielu nowych słuchaczy, którym mój nowy wizerunek wydawał się ciekawszy. Cała ta sytuacja miała więc swoje plusy, wciąż była jednak trochę przerażająca. Sęk w tym, że ludzie nie lubią, gdy się zmieniasz – dlatego to odrodzenie było dla mnie tak ważne. Do tego dołączyły też nowe pomysły i swoista eksplozja kreatywności, która zresztą towarzyszy mi do dziś. Ważne jest, by wciąż być ambitnym i zdeterminowanym, chcieć się rozwijać zarówno muzycznie, jak i prywatnie – trzeba podążać za tym, co podpowiada serce.

Z drugiej strony „Room” był albumem bardziej osobistym niż inne. Czy praca nad taką płytą była trudniejsza niż w przypadku „zwykłych” nagrań?

Muzyka, którą tworzę, zawsze jest odbiciem mojego stanu i sytuacji, w jakiej w danej chwili znajduję się w życiu. W przypadku „Larvy” było to coś na zasadzie „ok, muszę się stąd wyrwać, potrzebuję przestrzeni!!” i nowego początku, który umożliwił mi patrzenie na pewne sprawy z zupełnie innej strony. „Room” z kolei nagrałam po śmierci mojego ojca, pod względem emocjonalnym był to więc dla mnie trudny moment. Nie planowałam nawet stworzenia tej płyty, nagle jednak zaczęłam pisać naprawdę dużo utworów. Nie wiem do końca, czy nagranie „Room” było trudniejsze, ale z pewnością było inne niż to, co robiłam wcześniej. Szczególnie zależało mi też na jej ukończeniu, był to dla mnie bowiem sposób na poradzenie sobie ze smutkiem i emocjami. „Room” przy okazji łączył elementy mojego starego brzmienia z wpływami elektroniki.

 

Okładki Twoich albumów dość dobrze ilustrują te zmiany…

Zawsze lubiłam współpracować z grafikami i artystami w trakcie prac nad okładkami. Ponadto szata graficzna to jakby twarz muzyki zawartej na samym albumie. Kiedy tworzę muzykę, zawsze myślę kolorami i nastrojami, dlatego też wydaje mi się, że świetnie jest łączyć samą okładkę z zawartością płyty.

Zmieniając nieco temat – otwierałaś niedawno koncert Wardruny, a Einar Selvik zagrał kiedyś jako suport przed Twoim koncertem. Jak doszło do tej swego rodzaju współpracy?

Poczekaj, to naprawdę dobre pytanie… Jak to się zaczęło (śmiech)?

Może od „dawno, dawno temu” (śmiech)?

Prawie! Jakiś rok temu zamieściłam na Facebooku wpis, w którym pytałam fanów, jakich zespołów słuchają. I, naprawdę, właściwie każdy pisał „Wardruna”! Na początku pytałam, co się w ogóle dzieje, zwłaszcza że nie słyszałam wcześniej o tym projekcie. Zdecydowałam się jednak zapoznać z ich twórczością ze względu na popularność tego zespołu wśród moich fanów. Później dostawałam też maile w stylu „Proszę, zrób coś z Wardruną!” i w ten sposób zapoznałam się z muzyką Einara. Kilka miesięcy temu z kolei, kiedy miałam grać w Szwecji, dostałam od niego maila, w którym pytał, czy nie chciałabym, żeby wystąpił jako suport na tym koncercie. Moją pierwszą reakcją było zdziwienie, sumie to ja powinnam występować jako support przed jego występem, ale oczywiście przystałam na propozycję. Einar jest naprawdę przemiłym człowiekiem – teraz pracuję nad projektem na norweski festiwal razem z nim i Ivarem (Bjørnsonem – przyp.red.). Poza tym zawsze cieszę się, kiedy mogę współpracować z innymi muzykami – każdy z nich żyje w swoim własnym świecie i to spotkanie tych dwóch rzeczywistości obserwuje się najlepiej.

Zarówno Ty, jak i Einar napisaliście muzykę do filmów czy seriali. Czy osobiście również jesteś fanką jakichś produkcji?

O tak! Co prawda nie jestem szczególnie na bieżąco z „Wikingami”, napisałam jednak muzykę do „The Last Kingdom”, filmu w podobnych klimatach. Uwielbiam śpiewać o tych wszystkich scenach walki, to świetna zabawa (śmiech)! Kiedy oglądam coś dla przyjemności, przeważnie wybieram seriale w klimatach science-fiction z futurystycznymi technologiami, jak „Westworld” czy „Black Mirror”.

Gdybyś miała stworzyć film oparty wyłącznie na Twojej muzyce, jaki by był?

Wydaje mi się, że byłby to film łączący w sobie coś pierwotnego, jak natura czy korzenie z technologią przyszłości. Coś w stylu „Black Mirror” – lubię obserwować, w jaki sposób przyroda i współczesne mechanizmy współpracują, tym bardziej że wyjściowo zawsze występuje między nimi pewnego rodzaju konflikt.

foto: Ginevra Gentilli

Myślisz, że to porównanie można przenieść też na grunt łączenia muzyki folkowej z innymi gatunkami?

Na pewno, zwłaszcza że według mnie muzykę mamy we krwi. Podobnie jak jej tworzenie, mamy głos, żeby śpiewać i krzyczeć. Jest w tym coś bardzo organicznego, i dlatego też łączenie tych elementów z technologią i elektroniką jest tak ciekawe. Należy jednak pamiętać o zachowaniu tej pierwotności brzmienia.

Kontynuując tę analogię, można też powiedzieć, że mamy obecnie do czynienia z konfliktem między przyrodą a samym człowiekiem. Podobne metafory można znaleźć na „At the Heart of Selkie”, projekcie, w którym wzięłaś udział dwa lata temu. Jak zaczęła się ta przygoda?

Zostałam poproszona o zrealizowanie tego projektu z big bandem i chórem duńskiego radia. Na początku podchodziłam do tego na zasadzie „I co ja teraz, do diabła, zrobię?”, ale wtedy pojawił się pomysł wykorzystania tego znanego na Wyspach Owczych mitu o Selkie. Są one fokami, ale przy pełni księżyca zrzucają skórę i wychodzą na ląd. Jeśli jeden z mężczyzn schowa tę skórę, Selkie zostaje uwięziona na lądzie i musi dostosować się do nowego życia. Cały czas jednak tęskni za domem, którym jest ocean. To zawieszenie między dwoma światami było motywem, który od dawna chciałam poruszyć w jakimś utworze, postanowiłam skorzystać z tej okazji. Mam nadzieję, że odpowiedziałam na Twoje pytanie (śmiech).

Zdecydowanie (śmiech)! Mówiłaś o zawieszeniu między rzeczywistościami. Ostatnio coraz częściej odnosi się to również do muzyki. Słyszałaś pewnie o Myrkur – Amalie udzielała się wcześniej w muzyce pop, teraz łączy swoje dotychczasowe muzyczne doświadczenia z metalem i elementami folku, co nie wszystkim przypada do gustu. Czy uważasz, że w muzyce istnieją jakieś zasady dotyczące łączenia gatunków, czy też panuje tu zupełna swoboda?

Moim zdaniem w muzyce nie ma żadnych zasad, ale jak zwykle każdy plan może zawieść. Nigdy nie ma gwarancji, że połączenie dwóch rzeczy przyniesie dobry efekt. Taki projekt musi zostać wykonany w dobrym guście, w indywidualnym stylu i z wykorzystaniem dobrego rzemiosła. Wydaje mi się, że to w tym przypadku kluczowe, z dobrym warsztatem wszystko jest możliwe. Możesz łączyć co ci się żywnie podoba, dopóki ten złoty środek zostaje zachowany. Taka muzyka powinna mieć swój cel, na przykład myśl, że to piękny utwór, bo świetnie brzmi (śmiech). Dopóki utwór brzmi dobrze, wszystko też pójdzie dobrze. Sama zaczynałam jako wokalistka folkowa, przeszłam później do jazzu, grałam w zespołach rockowych, odebrałam też klasyczną muzyczną edukację. W pewnej chwili więc gatunki były tylko coraz mniej widocznymi i rozpływającymi się granicami. Teraz patrzę na nie bardziej jak na ubrania, w które ubieram poszczególne utwory.

Poetyckie porównanie (śmiech)!

I to jak (śmiech)!

Na koniec chciałabym spytać Cię o konkretny instrument, jakiego używasz na scenie, chodzi mi o szamański bęben. W jakich okolicznościach sięgnęłaś po niego po raz pierwszy?

Właściwie odnoszę wrażenie, że to on przyszedł do mnie, wcale go nie szukałam. Szłam kiedyś ulicą w Trondheim jakieś 15 lat temu i spotkałam na ulicy faceta, który był szamanem i miał przy sobie kilka bębnów. Natychmiast odniosłam wrażenie, że aż się do mnie uśmiechają, zapytałam go więc, co to dokładnie za instrument. Pokazał mi bęben z bliska i wszystko, co byłam w stanie powiedzieć, to „Za ile?” (śmiech). Kupiłam wtedy ten bęben i mam go do dziś, podobnie jak dwa inne. Nigdy wcześniej nie grałam na bębnach, była to więc zupełnie spontaniczna decyzja, nie spodziewałam się też, że zajmie on tak ważne miejsce w mojej muzyce. Teraz, kiedy pracuję nad utworami, zawsze zaczynam z bębnem, dopiero później przechodząc na inne instrumenty. Jest jakby sercem mojej muzyki.

Uczyłaś się gry na nim?

Sama nie wiem, po prostu zaczęłam grać (śmiech)!

Pytam, bo to instrument do dziś używany w wielu rytuałach. Jak sądzisz, co czyni go tak wyjątkowym?

Po prostu coś w nim jest (śmiech). Ma bardzo głębokie brzmienie, jest jednocześnie jednak bardzo delikatnym instrumentem. Każdego wieczoru, kiedy na nim gram, muszę odpowiednio nacierać go wodą. Jeżeli będzie jej za dużo, będę musiała go suszyć… Ten bęben to nie tylko ładny przedmiot, który może stać w kącie, wymaga ciągłej pielęgnacji, właściwie jak dziecko. To dzięki temu wytwarza się ta swoista więź między człowiekiem a bębnem. Poza tym niektórzy ludzie, ze mną włącznie, po prostu lubią bębny (śmiech)!

Dziękuję za rozmowę!

Alicja Sułkowska

Alicja Sułkowska

Wyrośnięty wampir emocjonalny o wątpliwym guście muzycznym.
Alicja Sułkowska

Latest posts by Alicja Sułkowska (see all)

Tagi: , , , , , .