JitterFlow: „Powiedzieć pogięty hardkor to za mało”

(…) nie gramy metalu, wg. naszej percepcji, choć rzeczywiście ciężar niektórych numerów może pozornie wkraczać na metalowe manowce. Zawsze, jak ktoś nas pyta, co gramy, to trudno jest to zdefiniować i szczerze mówiąc, bardzo nas to cieszy”. JitterFlow to jeden z tych zespołów, które się kocha bądź nienawidzi. Od razu. Bo albo się ten zespół rozumie, albo powinno się pozostać na etapie słuchania płyt typu „The best of rock”. Jitterflow, to projekt totalny, jak widać najbardziej aktywny w głowach trójki jego członków, który skroplił się dźwięk po dźwięku w album „Selx_X” – konieczny do przesłuchania i ocalenia.

Jak wygląda historia zespołu JitterFlow?

10 lat łojenia w podziemiach domu Babci Jani. Miliony godzin improwizacji i poszukiwania unikalnych rozwiązań muzycznych: aranży, brzmień, wokali. Z jednej strony bardzo dużo inspiracji, a z drugiej trochę zamknięcie na świat i skupienie się na sobie. Budowa własnego studia, rok ustawiania mikrofonów, oraz samodzielna rejestracja materiału na pierwszą płytę. Trochę koncertów w całej Polsce, ale mogłoby być ich więcej. Szóste albo siódme miejsce w II edycji festiwalu Emergenza w 2012 r. oraz trochę koncertów w całej Polsce, kilka z Flapjackiem jako saport. Dwie zmiany perkusistów, które wycięły nam z życiorysu masę czasu, ale ostatecznie jesteśmy przeszczęśliwi ze składu, który teraz mamy. Ogólna niechęć do prowadzenia działań promocyjnych zespołu, zwłaszcza jeśli chodzi o fejsbuka. Może być taka historia?:)

Musi 🙂 Z historią, jak i z muzyką: można szukać gatunkowych ram dla Waszej twó®czości, wskazując na metal maczany odpowiednio w jazzie, swingu, łamany pozornie chaotycznymi tempami… ale – jak Wy określacie swoją muzykę? Czego w niej poszukujecie i co znajdzie tam słuchacz?

To niesłychanie miłe, że pytanie zawiera takie ładne stwierdzenia jak „jazz” czy „swing”. Nieśmiało na pewno moglibyśmy ich użyć odpowiadając na to pytanie. Nie lubimy jednak słowa „metal” – nie gramy metalu wg naszej percepcji choć rzeczywiście ciężar niektórych numerów może pozornie wkraczać na metalowe manowce. Zawsze jak ktoś nas pyta co gramy, to trudno jest to zdefiniować i szczerze mówiąc, bardzo nas to cieszy. Czasami używamy stwierdzenia „pogięty hardkor”, ale mamy nadzieję, że to nie wystarczy, żeby opisać naszą muzę. Poszukujemy w niej przede wszystkim fanu, odskoczni oraz samospełnienia. Musze przyznać, że fan był i jest zawsze – nawet bez alkoholu czy innych przygód. Chodzi o chemię i magię osób grających w jednym pomieszczeniu – komplementarność krążącej wspólnej energii i jej przeżywanie jest wspaniałą odskocznią od spraw życia codziennego. Jeśli chodzi o samospełnienie to też jest, ale zdecydowanie za mało gramy live. Nie mamy wielkich wymagań, po prostu chcielibyśmy raz na jakiś czas podzielić się tą naszą energią z drugim człowiekiem. Nasze koncerty są dla nas zawsze super doznaniem, również jeśli chodzi o reakcję ludzi. Są to wydarzenia bardzo ekscytujące, uczące, ale też często nobilitujące i wzruszające, zwłaszcza, jak ktoś się odważy, podejdzie do nas po sztuce i powie co o tym myśli. Dla takich chwil warto żyć.

Myślę, że każdy słuchacz znajdzie trochę coś innego. Muzycznie, marzymy o tym, żeby dawać tak samo: ekstremalny fan i przyjemność ze słuchania. Z drugiej strony, czyli merytorycznie, czyli jeśli chodzi o teksty, bardzo byśmy chcieli żeby ktoś kiedyś się w nie wkręcił i żeby mu pomogły, w życiu. Tym lub tym drugim.

Dlaczego każdy muzyk powinien choć raz w życiu przesłuchać album Fredrika Thordendala „Sol Niger Within”?

Bo jest Przełomem. Bo kopie z buta w sam środek mózgu. Jest zjawiskiem obok którego tylko głuchy przejdzie obojętnie. Jest szwedzkim dziwadłem ekstremalnie nowatorskim i totalnie kreatywnym. Nie powiela żadnych schematów. Jest zaprzeczeniem jakiejkolwiek kopii czegokolwiek. Jest to bardzo żywa i wściekła muzyka, ale też melancholijna i zadumana. To jest po prostu jedna z tych płyt, którą warto znać, nawet jak się nie słucha czy nie tworzy ciężkiej muzy. Jeśli się jest muzykiem to mamy po prostu większą gwarancję zajarania się tą płytą. Dla nas ta płyta to największa inspiracja wszech czasów, ponieważ jest dowodem, że zawsze można stworzyć coś czego jeszcze nie było, bo możliwości są nieskończone. Nie możemy się doczekać wydania drugiej części, ale Fredrik strasznie z tym zwleka.

Od niedawna macie nowego perskusistę, jak się zgrywacie? Czy new guy ma jakiś wpływ na nowe brzmienie JitterFlow czy raczej ma się podporządkować? 😉

Zgrywamy się zajebiście i nieskończenie wspaniale – jakby tak nie było to nie byłby on naszym nowym perkusistą. Z uwagi na nasz model tworzenia – czyli granie dużych ilości improwizacji, rejestrowanie wszystkiego a potem wyiskiwywanie tych momentów, które są wyjątkowe – trzeba powiedzieć, że tak, oczywiście, że ma😊 Ponieważ improwizujemy we trzech, każdy ma taki sam wpływ na to, co stworzymy oraz współkreuje brzmienie całości. Nawet jeśli chodzi o uczenie się starych numerów to może zmieniać i grać tak jak mu wygodniej, byleby tylko ogólna idea kawałka była utrzymana. Nie spinamy się że musi być 1:1 tak jak na płycie. W ogóle jakiekolwiek „podporządkowywanie” nie jest dobre dla zespołu, który chce być prawdziwy i niepodważalny.

W połowie bieżącego roku wydaliście płytę „Self_X”.  Z jakim przyjęciem tego albumu się zetknęliście? Gdzie można go jeszcze sprawdzić?

My przyjęliśmy go świetnie, natomiast z tego co wiemy, niewiele osób poza nami go przyjmowało. Wrzuciliśmy płytę na wszystkie digitalowe źródła muzyki, a płytę w sensie płytę w pudełku na empik.com. Do tego teledysk na YT i kilka postów o tym, że jest płyta. Ale feedback jest znikomy. Staramy się ogarnąć jakąś promocję, ale to trudny temat, a my nie mamy do tego głowy. Chcemy grać, a nie pisać posty. Oczywiście gdzieś tam czasem pojawi się jakiś fajny komentarz czy recenzja, która zawiera bardzo przyjemne wnioski, ale obawiam się, że to jeszcze nie jest „przyjęcie”😊. Zapraszamy na Jutuby, Spotifaje, iTjunsy oraz na empik.com.

Gdzie nagrywaliście „Self-X”? Sami zajmowaliście się produkcją?

Płytę nagrywaliśmy w naszym własnym studiu. Produkcję postanowiliśmy już wypchnąć na zewnątrz, ponieważ to byłoby niezdrowe, jakbyśmy dalej się w tym sami grzebali.

Czy planujecie już nowy materiał?

Jasne! Zawsze! Codziennie! Na każdej próbie dużo improwizujemy, ponieważ po prostu to kochamy. W czasie rzeczywistym wybieramy najfajniejsze fragmenty, oznaczamy je w sesji (ponieważ każdą improwizację rejestrujemy) i gromadzimy tym samym patenciki i pomysł na nowy materiał. Mamy dużo planów, myślę, że z naszym nowym perkusistą będą możliwe do szybkiego zrealizowania. Jeszcze nie wiem co, ile i w jakiej formie, ale na pewno wrzucimy coś w szeroko pojęty eter w przyszłym roku.

Jak wygląda Wasza sytuacja koncertowa? Dużo graliście w tym roku? Gdzie planujecie następne występy?

Nie chciałbym, żeby nasze wypowiedzi wybrzmiały jakoś smutno, ale my bardzo mało gramy koncertów ostatnio. To było związane też ze zmianą perkusisty, ale też tym, że JitterFlow nie bardzo ma możliwości na granie – to jest w Polsce ciągle ciężki temat, zwłaszcza jeśli chodzi o rewiry takiej muzy. Szczerze mówiąc nie wiemy co trzeba zrobić, żeby więcej grać. Wydaliśmy płytę, staramy się zgłaszać na różne festiwale, ale różnie to wygląda. W tym roku graliśmy tylko kilka koncertów w ramach festiwalu Emergenza oraz planujemy to również na przyszły rok, bo atmosfera jest super, a my uwielbiamy grać live.

Zaczynamy podsumowywać rok 2017: najważniejsze Waszym zdaniem płyta/płyty w tym roku w Polsce i na świecie?

Nie wiem, nie jestem na bieżąco. Nic mi nie przychodzi do głowy na tę chwilę.

Dziękujemy za rozmowę – ostatnie słowo należy do JitterFlow!

Eeetam słowo, niech zagra hałas!

 

 

Tagi: , .