Kipikasza: „Tak naprawdę nie wiadomo czy jesteśmy wiedźmami czy strzygami.”

Karolina Balmas jest aktywnym członkiem dwóch projektów muzycznych. Pierwszy z nich, Kipikasza, to wyjątkowy kobiecy duet, który odtwarza zapomniane już często słowiańskie pieśni, aranżując je na nowo, z wykorzystaniem całej gamy ciekawych sposobów oraz instrumentów. Kolejny, Dziadowski Projekt, powstał przy okazji współpracy z niejakim Snowidem, człowiekiem interpretującym folklor w bardziej hardkorowy sposób, z wykorzystaniem techno bitów i syntezatora. Jak można połączyć folklor i techno, dlaczego kotom obcina się ogon, a także co oznacza muzyczny recykling, tego wszystkiego i wielu innych fascynujących rzeczy dowiedziałem się od Karoliny, pijąc herbatę i wsłuchując się w poniższą historię.

Na początek chciałbym spytać o to, jak rozpoczął się projekt i skąd wzięła się ta nazwa, bo to brzmi naprawdę ciekawie.

Jeszcze będąc w liceum, a nawet w gimnazjum z Olą, drugą połową zespołu Kipikasza, założyłyśmy zespół punkowy w mieście, z którego pochodzimy, w Sandomierzu. Były tam elementy hard rocka, trochę metalu, to się tak rozwijało. Był to babski zespół, który istniał jeszcze w czasie naszych studiów w Lublinie. Działał przez dwa lata, nazywał się Introfobia, nawet są gdzieś jeszcze empetrójki w Internecie (śmiech). Byłam tam gitarzystką, nie śpiewałam, broń-boże, w ogóle nie śpiewałam. Ola była perkusistką. Nastał moment, że zaczęłam się interesować muzyką tradycyjną, rozpoczęłam naukę białego śpiewu w Rozdrożach i tak się zaczęło. Zaczęłam to przemycać do kapeli i z naszego punkowego zespołu zrobił się folk-rockowy zespół. Dalej była gitara i bas, i trochę piosenek wzorowanych na muzyce tradycyjnej. Później zostałyśmy same we dwie z Olą. Myślałyśmy, że zespół się rozpadnie, ale uznałyśmy, że rzucamy gitary, chrzanić to! Będziemy śpiewać. Zaczęłyśmy śpiewać we dwie, było fajnie, zaczęły pojawiać się instrumenty. Na początku chciałyśmy grać na totalnym minimalu, pobawić się, powygłupiać. Grałyśmy na jakichś pudełkach kartonowych, zabawkach itp. W końcu pojawiły się melodyjne instrumenty. W sumie bardzo mi się podobał ten zespół, brałyśmy jeden instrument pod pachę i szłyśmy grać. Teraz już niestety musimy pakować się do samochodu, bo znowu mamy ich dużo. 

Nazwa Kipikasza to taki przypadek. Był taki epizod w naszym graniu, kiedy zaczynałyśmy jako zespół folkowo-rockowy i szukałyśmy różnych muzyków w Lublinie. Miałyśmy koleżankę, Agatę Kopycką, która grała na bębnach. Pewnego razu przyszła ze swoich lekcji bębniarskich i mówi: „Nauczyłam się super rytmu: kipi kasza”. My to od razu z Olą potraktowałyśmy „kipi kaszę” jako jakieś dziwne słowo, nie kipiącą kaszę, słowo całkowicie wyrwane z kontekstu, może jakiegoś stworka. Spodobało nam się i zostało (śmiech).

Dlaczego muzyka słowiańska? Byłyście tym zafascynowane i tak zostało, czy zaczęłyście to śpiewać i zaczęło się Wam coraz bardziej podobać?

Zaczęłyśmy śpiewać i jeździć na tabory muzyki tradycyjnej, gdzie uczyłyśmy się grać i śpiewać od najstarszych muzykantów, do tej pory zresztą to robimy. W pewnym momencie zaczęłyśmy z Olą zbierać pieśni. Realizowałyśmy niezależne stypendia od ministra kultury (Pieśni Odnalezione i Przekazane). Polegały na podróżowaniu po Lubelszczyźnie i  Świętokrzyskim, poszukiwaniu i rejestrowaniu za pomocą kamery i rejestratora dźwięków, starych archaicznych pieśni Lubelszczyzny. W moim przypadku wyglądało to tak, że jeździłam z moim mężem Kacprem od wsi do wsi, chodziliśmy od domu do domu i pytaliśmy, czy tu jakaś pani nie śpiewa, bo zbieramy pieśni, które nie zostały jeszcze zarejestrowane i chcemy to zapisać i opublikować w Internecie. Ola też prowadziła taki projekt, niedawno skończyła go realizować. Znamy tych pieśni multum, Ola prowadzi warsztaty z pieśni tradycyjnych we Wrocławiu, też prowadziłam swego czasu u mnie na wsi. Siedzimy w tym po prostu cały czas, poznajemy to środowisko i cały czas brniemy, grzebiemy w tych wszystkich historiach, także w tych naszych piosenkach i w zespołach Kipikasza i Dziadowski Projekt wykorzystujemy te pieśni zebrane, tylko oczywiście hardkorowo je przerabiamy (śmiech). Piszemy piosenki stylizowane na piosenki ludowe, o babie, która odgryzła chłopu ucho, albo o południcach. Wiele czerpałyśmy z historii zasłyszanych od naszych babć, albo też z wierzeń słowiańskich jak np. Południca, która siała postrach w południe na polach.

Jeśli chodzi o kwestie rodzimowiercze, u Was w muzyce pojawia się mnóstwo rytuałów, odniesień do przedchrześcijańskiej, słowiańskiej kultury, ogólnie do mistycyzmu. Czy Wy to w jakiś sposób praktykujecie, czy chodzi jedynie o muzykę?

Nie jesteśmy rodzimowiercami, chociaż ja na przykład wyznaję kult natury. Kocham i ogromnie szanuję przyrodę. W muzyce nie nawiązujemy do rodzimowierstwa, po prostu fascynuje nas to jak ludzie kiedyś postrzegali zwykłe zmiany zachodzące w przyrodzie, jak opisywano historie i jaka była ich przyczyna. Te wszystkie potwory, demony odpowiadały za zmiany zachodzące w przyrodzie już teraz zostały wykluczone z codziennych opowieści poprzez naukę. Krążą jeszcze w babcinych chatach bajkowe historie o południcach, topielicach i dziadach. Babcia mówiła, że przed zmrokiem trzeba koniecznie schować wietrzącą się na polu kołdrę bo dziady do niej wejdą, a jak będą w kołdrze to będzie się źle spało, można zachorować. Chodziło po prostu o wilgoć, zachodzi zmrok, wilgotność się zwiększa i kołdra przechodzi wilgocią, a potem dziady dokuczają.

Ostatnio przytaczam wielu moim znajomym historię o obcinaniu ogonów kotom. W niektórych miejscach w Polsce, również na Lubelszczyźnie kilkadziesiąt lat temu wierzono, że w kocich ogonach mieszka diabeł. Obcinano im te ogony, bo twierdzono, że mieszkający w nich diabeł albo choroba, po kilku latach zaatakuje domowników. Ogon jest niesforny, kot śpi, a ogon się majta, więc coś jest nie tak! Kot mruczy łasi się, a ogon się wścieka, nie można go dotknąć! Jest też historia zasłyszana niedawno o diabłach pasiecznych. W każdej pasiece mieszkają diabły, które strzegą pszczół, a zimą te diabły są na strychu w domach i ludzie muszą je dokarmiać, wynosząc garnek z kaszą. Jak ta kasza jest słona, to diabły się strasznie wkurzają i rzucają garnkiem o ścianę, mogą też zabić pszczoły, może im się coś złego stać, więc trzeba diabłu tę kaszę dać. Okazało się, że to aktualne wierzenie, znajomy rodziny, nie dokarmia diabłów na strychu, ale wierzy, że tam jakaś siła jest, która się pszczołami opiekuje, jakieś tam zaskrońce podkłada pod ule, żeby strzegły uli, także ludzie jeszcze liczą się z mocą przyrody.

Macie interesujący wizerunek sceniczny w Dziadowskim Projekcie, bo prezentujecie się w koszulach nocnych, co wywołuje żywe reakcje wśród męskiej części publiczności. Niecodziennie widzi się dwie piękne kobiety tańczące i śpiewające na scenie. Kiedy zobaczyłem po raz pierwszy, jak zdejmujecie te czarne szaty, zrobiło to na mnie wrażenie.

Nie miałyśmy oczywiście na celu pokazywania naszych ciał. Poznałyśmy Adama, który tworzy jako Snowid, a przedstawiał się nam zawsze jako pan i władca ciemności, lasu i wszystkich zwierząt. Stwierdziłyśmy, że musimy mu dorównać i będziemy mrocznymi zjawami wyrwanymi ze snu. Tak naprawdę nie wiadomo czy jesteśmy wiedźmami czy strzygami. I tak jakoś wyszło. To było bardzo spontaniczne. Nasz zespół w ogóle spontanicznie powstał. Poznałyśmy się z Adamem na festiwalu Kakało, który organizujemy z Olą w Sandomierzu, zaprosiłyśmy go jako Snowida, bardzo się zaprzyjaźniliśmy, po czym zaprosiłyśmy go na festiwal muzyki tradycyjnej Na Rozstajnych Drogach, który jest co roku organizowany na Roztoczu. Tam zaczęliśmy kombinować jak połączyć tę muzykę tradycyjną z techno. Było bardzo zabawnie. Później spotkaliśmy się na festiwalu Fama w Świnoujściu, na który jeździmy z Olą już od wielu lat, tam padł pomysł, że Adam przerobi kilka piosenek Kipikaszy na elektronikę i wystąpimy. Załatwiliśmy sobie taki spontaniczny koncert w Klubie Centrala, koncert w ogóle nie zapowiedziany. I stwierdziliśmy, że będziemy w koszulach nocnych, on założy swoje leginsy, i tak się zaczęło. Wystąpiłyśmy w tych naszych piżamkach jak dziewki wyrwane ze snu (śmiech).

Jakie dźwięki najbardziej na Was wpłynęły? Mówiłaś, że chodziłyście od domu do domu, zbierając pieśni, ale może są jeszcze jakieś inne dźwięki, które wpłynęły na obecny kształt waszej muzyki?

Na pewno wpłynął na nas udział w festiwalu Kody. Brałyśmy udział w takim projekcie, który polegał na odtwarzaniu dzieła The Great Learning Corneliusa Cardew, nieżyjącego już awangardzisty, który stworzył 7 partytur zawierających teksty Konfucjusza. Dzieło niezwykle intrygujące, zagadkowe, przeznaczone dla amatorów, nie muzyków i często nie do przełknięcia dla zwykłego zjadacza chleba. To był występ w ramach festiwalu Kody 2013 roku w Galerii Labirynt. Towarzyszyły temu oczywiście długie próby, sam koncert trwał około dziewięciu godzin. Został rozdzielony na dwa dni. Nie brałyśmy udziału we wszystkich paragrafach, ale udział w tym przedsięwzięciu zmienił całkowicie nasze myślenie o muzyce, o podejściu do dźwięku. Było tam dużo eksperymentów muzycznych, awangardy, były graficzne partytury, trzaski, szurania, dysonanse i co najważniejsze dla nas – nowa definicja muzyki. To była po prostu rewolucja w naszych głowach. Od tego czasu zaczęłyśmy całkiem inaczej podchodzić do muzyki, powstała Kipikasza. Mnie osobiście na tyle ta sytuacja zainspirowała, że pisałam nawet pracę magisterską w nawiązaniu do działań performatywnych, na podstawie twórczości Corneliusa Cardew. To był taki przełom w naszej twórczości, oczywiście też muzyka tradycyjna, wpływy tego czego każda z nas lubi słuchać itd. to wszystko się ładnie splotło. Ze swojej strony mogę powiedzieć, że kocham muzykę Filipa Glassa i czasami próbuję przemycić w tych moich nieszczęsnych klawiszach klimat nawiązujący do jego twórczości.

A czego słuchacie na co dzień?

Każdy czegoś innego, ja na przykład słucham wszystkiego. Od etiopskiego jazzu przez awangardę po Fasolki. Także wszystko.

Trzeba przyznać, że Wasza muzyka bardzo dobrze komponuje się z tym, co robi Snowid. Razem tworzycie fajne trio. Nie myślałyście, żeby przemycić więcej elektroniki nawet bez udziału Snowida do samej Kipikaszy?

No właśnie niekoniecznie, chociaż chodziły nam takie pomysły po głowie, stąd też się wziął mikrokorg w naszej muzyce, instrument klawiszowy o nieco elektronicznym brzmieniu. Ale nie, nie chcemy grać elektroniki. Swego czasu byłyśmy zespołem akustycznym w stu procentach, dopiero później pojawił się prąd, który był potrzebny do klawiszy. Raczej chciałybyśmy zostać w takim surowym klimacie, w jakim tworzymy dzisiaj.

Jak wygląda wsparcie mediów dla Waszej muzyki? Ostatnio coraz więcej ludzi wykazuje zainteresowanie słowiańskimi tematami, coraz więcej ludzi zaczyna zdawać sobie sprawę ze swoich prawdziwych korzeni. Nie wiem, czy można użyć tego słowa, ale mam wrażenie, że wytworzyła się pewna moda na takie sprawy i jest to bardziej promowane ostatnimi czasy.

Może masz rację, chyba tak właśnie teraz jest, zaczęło się to od Donatana, prawda? (śmiech). Hm, ciężko powiedzieć, chyba jest dobrze, miałyśmy problem z Dziadowskim, bo na początku myśleliśmy, że znajdziemy wydawcę do naszej płyty, ale wytwórnie do których wysłaliśmy nagranie się nie odezwały, dlatego będziemy w końcu sami wydawać płytę. Wydaje mi się, że jest spore zainteresowanie naszą twórczością, bo ciągle gramy, dajemy wywiady radiowe, nasze koncerty są promowane. To jest fajne, chociaż jak wiadomo, mogłoby być trochę lepiej (śmiech). Powiem szczerze, że ostatnie nasze koncerty i Dziadowskiego i Kipikaszy, były dla nas bardzo ważne, publiczność była niesamowita i czuliśmy się wyśmienicie na scenie. Na koncertach Kipikaszy czasami rozgrywa się kabaret na scenie, ludzie albo się bawią i śmieją z nami, albo siedzą zażenowani (śmiech), a z Dziadowskim raczej nie nawiązujemy kontaktu z publicznością, tylko jesteśmy we własnym świecie, ale ludzie się zawsze bawią, zawsze jest ich mnóstwo pod sceną, często zdarza nam się też bisować po kilka razy. Jest coraz lepiej, na początku tak nie było, trochę się już ograliśmy i obyliśmy ze sceną. To dodaje pewności nam i naszym występom.

Jeśli chodzi o fanów to nas wspierają, piszą mejle i też czasami dostaniemy jakiś prezent, np. książkę o wierzeniach słowiańskich itp. Jest bardzo fajny odzew. Zapominam o zespole, kiedy jestem w domu, dopiero na koncercie okazuje się, że sala jest zapełniona, ludzie pytają o płyty, ktoś chce zrobić sobie z nami zdjęcie, i wtedy sobie myślę: „Kurde, warto to robić, bo jednak ktoś tego słucha, kogoś to cieszy”.

Widać to po Waszych tańcach. Ma to swój urok i komponuje się dobrze z Waszą muzyką.

Zdecydowanie nie są to układy choreograficzne (śmiech).

Jak wygląda scena folkowa od środka? Zespoły wspierają się wzajemnie przy jakichś okazjach?

Bierzemy udział w różnych festiwalach związanych z folkiem i muzyką tradycyjną zawsze nawiązują się fajne znajomości z przeróżnymi zespołami, znajomości, które później owocują. We wrześniu 2016 Mieliśmy okazję wystąpić z Dziadowskim i Kipikszą w Turnieju Muzyków  Prawdziwych w Szczecinie. Poważny koncert w Filharmonii, zjechali się muzycy z całej Polski grający muzykę tradycyjną i folkową z różnych regionów. Były tam zespoły folkowe, śpiewacze, soliści, kapele ludowe te mocno wiekowe – babcine i te młode, byliśmy również my, z Dziadowskim Projektem, jako techno-dziwolągi. O dziwo zostaliśmy świetnie odebrani przez wszystkich uczestników, mimo naszych obaw. Zdobyliśmy nawet wyróżnienie.

To musiał być dla nich szok, zwłaszcza kiedy zobaczyły Snowida.

Tak, ale naprawdę odzew był super, wszystkim się strasznie podobało, choć szczerze mówiąc, trochę się stresowaliśmy tym, jak zostanieodbierana nasza mieszanka przez środowisko związane z muzyką tradycyjną. Staramy się traktować tradycję z szacunkiem, nie jesteśmy muzykami oderwanymi od korzeni, którzy kiedyś usłyszeli jakąś piosenkę o Kasi i Jasiu i stwierdzili, że będą robić techno folk. Każdy z nas ma doświadczenie, wiedzę i przebytą jakąś Kolbergowską ścieżkę. Mimo to czasem ktoś spojrzy na nas krzywo, przez nasze luzackie podejście do muzyki tradycyjnej.  Zdarzają się takie spojrzenia, ale dość rzadko, bo jednak jest wzajemne wsparcie, przyjaźnimy się z wieloma zespołami, kapelami. Jest dobrze.

Jak jest z rozpoznawalnością na ulicy? Zdarzyło Ci się kiedyś, że ktoś poprosił o zdjęcie albo autograf?

Nie, nie mam takiego problemu (śmiech). Prędzej Ola może mieć z tym problem, bo jest bardziej charakterystyczna przez rude włosy. Zdarzyło mi się zostać rozpoznaną na wernisażu, ktoś poprosił mnie o zdjęcie, to było bardzo miłe. Godzinę po koncercie w klubie, kiedy mam pomalowane ręce ludzie mnie rozpoznają, kiedy je umyję i założę sukienkę w kwiatki – już nie. Ale wiadomo, żeby być zaczepianym na ulicy, trzeba trafić do mainstreamu, nie wystarczy kilka tysięcy wyświetleń na YouTube, tylko kilka milionów.

Co jest najlepsze w tym, co robicie jako artyści, jako muzycy?

Chyba swoboda wypowiedzi, tego jak to robimy i tego, że tak naprawdę nie mamy żadnych ograniczeń, przynajmniej my ich nie czujemy. Poza ograniczeniami technicznymi, z których na przykład robimy atut w zespole Kipikasza. Posługujemy się tymi określeniami dziadowskiego grania, które jest dwuznaczne, bo Dziadowski Projekt i dziadowskie pieśni na lirę korbową, i jesteśmy też dziadowskimi muzykami, dosłownie. Tak naprawdę na niczym nie umiemy grać, ale staramy się grać na tyle, na ile jest nam to potrzebne w naszej muzyce. Mamy instrumenty śmietnikowe.

Na przykład w utworze „Nie wiadomo co to było” był taki interesujący instrument klawiszowy.

To była melodyka. Takie mamy instrumenty, zaczęło się od śmieci, mam też klawisze kupione gdzieś na giełdzie w Elizówce za 20 zł, Ola ma blachę ze złomu, na której gra, także to jest właśnie najlepsze. Nie mamy ograniczeń, nie ogranicza nas to, że nie potrafimy zagrać jakiejś wypasionej solówki. Nie. Jest radość z tego, że robimy to tak jak robimy, możemy się przebrać na koncercie na lisa, papugę albo wiedźmę i jest w porządku. Gramy jak umiemy i bawimy się tym.

To trochę taki recykling robicie. Muzyczny, chociaż może bardziej instrumentalny.

Tak, i to jest też nawiązanie do tych pieśni, które też są recyklingiem. Przerabiamy to co już istnieje, aranżujemy na nowo.

Jak ludzie reagowali, kiedy im pukaliście od domu do domu? Nie myśleli na początku, że to Świadkowie Jehowy? (śmiech).

Pewnie myśleli, ale w sumie to zawsze otwarcie nas odbierali. Nie zdarzyło się tak, żeby ktoś nas odesłał z kwitkiem. To nie było też tak, że poszukując pieśni i śpiewaków, pukałyśmy cały czas ludziom do domów. Kontaktowałyśmy się z różnymi stowarzyszeniami, domami kultury, etnografami. Pojechałam do jednej szkoły na Roztoczu z pytaniem czy pozostały w okolicy jeszcze jakieś śpiewaczki. Trafiłam do wójta i okazało się, że kiedyś było wiele znakomitych śpiewaczek, ale kilka o których słyszałam wcześniej, już zmarło, niektóre nie są w stanie lub nie chcą już śpiewać. Byłam odsyłana do kolejnych osób. Powstał łańcuszek kontaktów. Sporo pieśni udało się „wygrzebać”, szczególnie dużo zarejestrowała Ola w ramach Projektu Przekazane. W moim wypadku (Pieśni Odnalezione) projekt zatrzymał się chwilowo w miejscu, bo rozpoczęliśmy z Kacprem nowy projekt rodzinny o nazwie ”Budowa domu własnymi rękami”

Wróćmy do sceny. Jest jakiś koncert, który szczególnie utkwił Ci w pamięci?

Tak, 3 września 2016 roku graliśmy z Dziadowskim Projektem na Festiwalu Teatralnym w Szczecinie jako gwiazdy wieczoru. To był koncert na Zamku Szczecińskim i była niesamowita atmosfera, tyle ludzi, po prostu pełen dziedziniec zamkowy. Wszyscy z nami śpiewali i tańczyli, znali nasze piosenki. Wchodziliśmy na bis cztery razy i było naprawdę super! Ostatnio również z Kipikaszą miałyśmy fajny koncert we Wrocławiu.  koncert, który niesamowicie wspominamy, miałyśmy wspaniały kontakt z publicznością. Wszyscy płakaliśmy ze śmiechu, i my na scenie, i oni pod sceną.

Co jest dla Was największą motywacją?

Chyba po prostu z radość tworzenia i to, że widzimy, jak ludzie nas doceniają i cieszą się naszą muzyką. To jest nasza największa motywacja, kiedy widzimy ludzi na koncercie, którzy z nami śpiewają, to jest chyba najlepsze, co może spotkać muzyka.

A jest ktoś, z kim szczególnie chciałybyście zagrać, znaleźć się na scenie?

Nie mam pojęcia, musiałabym zapytać innych, sama się specjalnie nad tym nie zastanawiałam. Na pewno są festiwale, na których chciałybyśmy wystąpić, na przykład Przystanek Woodstock. Dwa lata temu nagraliśmy EP-kę i był nabór dla zespołów i z tych zgłoszeń, które rzekomo dotarły, wybrano dwadzieścia zespołów, wśród których byliśmy jako Dziadowski Projekt. Później były mniejsze koncerty w Krakowie, we Wrocławiu. Tam wybierano zespoły, trzy czy cztery przeszły i mogły zagrać, ale nam się niestety nie udało. Szkoda, ale wszystko przed nami.

Jakie są Wasze plany na najbliższą przyszłość?

Planujemy też trasę koncertową Dziadowskiego wiosną, tylko jeszcze nie wiemy dokładnie kiedy. Kipikasza zagra 18 marca w Zielonym Talerzyku w Lublinie w ramach Festiwalu Watch Docs. Na pewno będziemy grać w maju we Wrocławiu na Juwenaliach.

Na koniec prosiłbym Cię o kilka słów do naszych czytelników.

Bądźcie zdrowi, rośnijcie duzi!

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , .