Kuba Sokólski (Merkabah): „Rzeczywistość jest iluzją”

Ubiegły rok dość bogato obfitował w festiwale plenerowe, wznawiane edycje zapomnianych metalowych imprez oraz niszowe, zamknięte przedsięwzięcia. Był to również świetny czas dla promocji sztuki ilustracji i rysunku. Z pewnością każdy zapamiętał wyróżniający się z tłumu plakat do pierwszej edycji Prog In Park, a od niedawna również drugą edycję festiwalu zdobi mocno charakterystyczna grafika. Nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności z rozmowy z młodym i zdolnym – grafikiem, ilustratorem, autorem kolekcji ubrań, muzykiem – przed Państwem Kuba Sokólski. Zapraszamy!

Interview with Kuba Sokólski in English version


Cześć! Zacznijmy od tendencyjnego pytania, jak Ci minął 2017 rok? Dużo się działo, m.in. wraz zespołem Merkabah wydaliście dobrze przyjętą płytę Million Miles, ponadto pracowałeś nad artworkami dla rynku muzycznego. Zdaje się, że ten czas był dla Ciebie bardzo owocny?

Zdecydowanie tak, choć pod wieloma względami był to też jeden z najcięższych okresów, jakie pamiętam. Natłok pracy, plus tzw. życióweczka mocno dały mi w kość. Ale na szczęście ten rok zapowiada się znacznie bardziej obiecująco, choć chyba jeszcze bardziej pracowicie (z czego oczywiście się bardzo cieszę).

Wróćmy więc do Twoich początków w sztuce. Potrafisz podać konkretny moment, w którym pojawiło się zainteresowanie szeroko pojętą grafiką, rysunkiem?

Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale w zasadzie od zawsze było wiadomo, że tym się będę zajmował. Mój ojciec był artystą (tworzył biżuterię), także jak tylko zacząłem przejawiać zainteresowanie sztuką, od razu robił, co mógł, by tę pasję we mnie pielęgnować (dostawałem przybory do rysowania, albumy z obrazami, itd.). Także od najmłodszych lat dużo rysowałem: najpierw komiksy i fantastykę, a potem, jeszcze we wczesnej młodości, odkryłem twórczość mojej Wielkiej Trójcy: Beksińskiego, Gigera i Starowieyskiego, od których na dobre zaczęła się moja fascynacja surrealizmem. Potem już było z górki.

A jak było z muzyką? To dla Ciebie po prostu inna forma sztuki? A może nierozerwalna więź z rysunkiem, czy wręcz przeciwnie?

Raczej wręcz przeciwnie. Muzyka to dla mnie przede wszystkim żywioł. Podchodzę do niej bardziej emocjonalnie, traktuję wręcz jak “zabawę”. Rysunek to poniekąd warsztat, rzemiosło, którego konsekwentnie się uczę od małego, i o którym posiadam wystarczające pojęcie, by móc z czystym sumieniem brać za swoją pracę pieniądze. Ba, mam nawet na to papier! (śmiech). Oczywiście aspekt artystyczny tej działalności jest równie istotny (jestem niezwykle wdzięczny, że dane mi jest (przynajmniej chwilowo) utrzymywać się z pracy kreatywnej, która przynosi mi tyle satysfakcji i spełnienia), ale jednak jest to mój zawód, więc oczekuję od siebie w tej dziedzinie jakiegoś minimum profesjonalizmu. Artystyczną masturbację muszę umieć czasem odłożyć na bok (śmiech).

A jak duży wpływ na Twoje zainteresowanie muzyką mieli rodzice? To Twój tata zaszczepił w Tobie tę pasję?

Sam jej nie zaszczepił, ale potem jak najbardziej ją wspierał. Otworzył mnie m.in. na jazzowych perkusistów, typu Art Blakey czy Billy Cobham, pokazał Tangerine Dream i Jana Garbarka, który pozostał jedną z moich wielkich inspiracji. Pierwotnie jednak moja pasja do muzyki zaczęła się jakoś w podstawówce, gdzie z kolegami odkrywaliśmy namiętnie nowe zespoły, czy to poprzez MTV, czy kupując na oślep kasety, czy poprzez starszego brata mojego przyjaciela, który indoktrynował nas, puszczając nam grunge czy metal.

Kiedy postanowiłeś połączyć swoje umiejętności i zainteresowania, czego wynikiem są między innymi projekty plakatów i okładek płyt, skupione wokół metalowej sceny?

Pierwszą okładką, jaką zrobiłem był chyba projekt dla zespołu Lethal Dose, bodajże w 2005 roku (na jego gruzach zresztą powstał później Lostbone, z którym również miałem przyjemność współpracować), choć nie wiem, czy przypadkiem wcześniejsza nie była współpraca z Hunterem przy layoucie TELI… Nie jestem pewien. W każdym razie potem z większych rzeczy był m.in. projekt debiutu Żywiołaka. Ogólnie tak się złożyło, że zawsze trzymałem się z bardziej muzycznym towarzystwem, także poznawało się różnorakich ludzi (fanów, muzyków, promotorów) na koncertach (na które chodziłem maniakalnie), i jak padał temat moich rysunkowych poczynań, to pojawiały się też pierwsze okazje do współpracy. Także wyszło to dość naturalnie.

Okładka Dom Zły "Dom zły" autorstwa K. Sokólskiego

Okładka Dom Zły „Dom zły” autorstwa K. Sokólskiego

Jaki projekt sprawił, że wzrosło zainteresowanie Twoimi pracami ?

Oj, nie mam bladego pojęcia… Mam wrażenie, że z prawie każdą publikowaną pracą pojawia się jakieś tam drobne poruszenie i w miarę regularnie wpływają kolejne projekty, ale ciężko mi powiedzieć, czy którakolwiek z nich była dla mnie „przełomem”. Chociaż może box set dla wytwórni Hell Comes Home odbił się nieco szerszym echem? Był to na pewno najbardziej złożony i wymagający projekt, nad jakim wówczas pracowałem. No i w wyniku tej kolaboracji nawiązała się późniejsza współpraca z zespołem Scientist (ex-Yakuza), która zresztą trwa po dziś dzień, także na pewno niektóre późniejsze sukcesy zawdzięczam właśnie temu projektowi.

W swoich pracach unikasz posługiwania się opatrzonymi czaszkami czy podobnymi elementami, sporo natomiast u Ciebie dziwacznych gadów, robaków czy owadów. Świadomie zrezygnowałeś z korzystania z symboliki utożsamianej z metalem czy przyszło Ci to zupełnie naturalnie?

Nigdy mnie specjalnie nie jarało rysowanie czaszek (może czasem miewam słabość do niektórych zwierzęcych, ale ludzkich faktycznie raczej unikam). Zawsze mi się wydawały oklepane i banalne. I choć w pracach innych artystów kompletnie mi nie przeszkadzają, tak u siebie wolę sięgać po mniej oczywiste motywy. Ze straszydeł zawsze bardziej ciągnęło mnie do body horroru, czy motywów lovecraftowskich. Później za to nieco górę nad potworami wzięła miłość do starych rycin, ezoteryki i psychodelii. Nigdy zresztą nie chciałem, by moje rysunki były typowo “mroczne”, czy “szatańskie”, (nawet czarnego koloru unikam (śmiech). Raczej zawsze stawiałem na organiczność, dziwność, “fakturowość”, itd.

Jesteś zwolennikiem wykonywania projektów ręcznie? Mógłbyś opowiedzieć, jak wygląda proces przygotowywania projektu od początku do końca?

Najczęściej zaczynam od komputerowego szkicu, który ma na celu ogólnie określić kompozycję, motywy, kolorystykę, itd. Jest to przede wszystkim szybkie i wygodne rozwiązanie pozwalające na swobodne poprawki, które, jak wiadomo, są nieuniknione przy pracy z klientami. Na tej podstawie robię nieco bardziej szczegółowy szkic ołówkiem (ręka jednak inaczej pracuje na papierze, niż na tablecie, więc to dopiero tu materia rysunku nabiera właściwego kształtu i faktury), który potem staje się bazą do finalnej ilustracji. Potem już tylko mozolne rzeźbienie właściwego rysunku rapidografem, tuszem i cienkopisami, no i na koniec obróbka cyfrowa, czyli czyszczenie i kolorowanie.

Zdarzają Ci się kryzysy twórcze? Jak sobie z nimi radzisz?

I to jakie! Ale nie mam niestety żadnej recepty na nie. Najczęściej oczywiście kryzysy dopadają mnie w fazie konceptualnej projektu, czyli klasycznie: niemiłosiernie przeciągający się brak weny, wściekłe bazgranie po kartce, długie godziny spędzone na bezcelowym researchu, frustra, itd. Ale najgorsze chyba są kryzysy, które dopadają mnie w późniejszym etapie pracy, gdzie zaczynam kwestionować swoje decyzje i stoję przed ryzykiem, że cała moja dotychczasowa praca jest do wyrzucenia. Czasem, pracując już nad finalnym rysunkiem, analizuję go niepotrzebnie na 100 różnych sposobów, i gdy coś mi się nie klei, zaczynam całość obmyślać na nowo, zmieniać koncepcję, poprawiać, usuwać

Inspirujesz się pracami innych artystów?

Oj tak. Ale, jako że dzięki potędze internetu niemal w każdym tygodniu odkrywam ich przynajmniej kilkoro, to chyba nawet nie będę próbował wszystkich wymienić. Mam oczywiście swoją stałą, niezachwianą od lat czołówkę (min. Ernst Haeckel, David D’Andrea, Business For Satan, Lauren Marx, Karmazid, Kilian Eng, Rotten Fantom, Viral Graphics, Aaron Horkey, Moebius i pierdylion innych), ale każda dłuższa wizyta na Pintereście, Instagramie czy Behance to kolejne nowe odkrycia.

Czy w projektowaniu dla innych zespołów muzyka odgrywa ważną role w przygotowaniu koncepcji?

Niekoniecznie. Bardziej mnie interesuje, czy mówimy tym samym językiem, czy w taki sam sposób myślimy o danej koncepcji, i czy rozumiemy się estetycznie. Zdarzało mi się pracować z kapelami, których muzyka nie była do końca moją bajką, ale wiedzieli dokładnie czego ode mnie oczekują, także współpraca układała nam się bardzo gładko.

Łatwiej Ci się pracuje, kiedy dostajesz wytyczne od zespołu, czy kiedy masz tzw. wolną rękę w tworzeniu artworków?

Zazwyczaj jest gdzieś pomiędzy i tak chyba lubię najbardziej. Czyli dostaję parę słów-kluczy, jakiś zarys konceptu stojącego za płytą (jeśli taki jest), może teksty do inspiracji, parę graficznych referencji i tyle.

 

Plakat do I edycji Prog In Park

Plakat do I edycji Prog In Park

Po raz drugi przygotowałeś zjawiskowy plakat na festiwal Prog In Park. Jak zaczęła się Twoja współpraca z organizatorami festiwalu? To spore wyróżnienie, zdaje się na światowym poziomie.

Nie mi to oceniać, szczerze mówiąc, ale oczywiście jestem mega wdzięczny, że mogłem pracować na tym projektem, i za tak ciepły odzew na te plakaty.
Co do samej współpracy z organizatorami, to przed laty zdarzyło mi się zrobić plakat na koncert The Ocean i Burst, za którym stało Show No Mercy, czyli kolektyw, w którym działali ludzie związani później z Knock Out Productions. A jako że światek muzyczny jest mały, to udało się podtrzymać względnie znajomość, mijając się regularnie na koncertach, itd. I tak któregoś razu w ramach kolejnego small talku zaczął kiełkować temat jakiejś ponownej współpracy, co zaowocowało właśnie rzeczonymi plakatami na Prog in Park.

 

Plakat tegorocznej edycji Prog In Park II

Plakat tegorocznej edycji Prog In Park II

 

Czy – a właściwie kiedy – współpraca z klientami bywa trudna?

Ogólnie to moi klienci raczej nie bywają kłopotliwi, ale zdarzyło mi się pracować nad projektem, gdzie klient miał bardzo konkretną, rozbuchaną wizję projektu, ale nie rozumiał niestety ograniczeń wynikających z formatu czy techniki, w której pracuję. W ogóle oferując mi zlecenie, nie do końca wiedział jak działam i jak tworzę swoje rysunki, co skończyło się masą nieporozumień, a cały proces był piekielnie męczący. Nie dało mi się niestety niczego przetłumaczyć, do tego w pewnym momencie w całym procesie zaczęli czynnie uczestniczyć inni członkowie zespołu, przez co dostawałem maile od 3 różnych osób, każdy z innymi uwagami, często się wykluczającymi. Ostatecznie, dla świętego spokoju oraz własnego zdrowia psychicznego, musiałem po prostu zacisnąć zęby i doprowadzić projekt do końca. Na szczęście takie sytuacje są bardzo sporadyczne.

 

Nawiązując do Twojej działalności w Merkabah, w którym pełnisz funkcję perkusisty, czy to był pierwszy instrument, który zwrócił Twoją uwagę? Grasz jeszcze na czymś?

Tak, perkusja była pierwszym instrumentem, za który chwyciłem, choć trochę chyba z przypadku, o ile dobrze pamiętam. W podstawówce mój przyjaciel grał sporo na gitarze, więc któregoś dnia pojawił się pomysł założenia zespołu. Zadaliśmy sobie więc pytanie, co oprócz gitary i wokalu jest najpotrzebniejsze, by mieć kapelę, i padło na perkę.
Oprócz tego bawię się jeszcze trochę elektroniką. Czasem też poplumkam w domu na gitarze, czy pośpiewam gardłowo, ale perkusja jest jedynym instrumentem, na którym powiedzmy, że faktycznie “umiem” grać. Reszta jest raczej luźną zabawą (lub inaczej: jeszcze luźniejszą od mojej gry na bębnach).

Próbowałeś również swoich sił w tatuażu. Myślisz poważnie, by zająć się sztuką zdobienia ciała, czy stanowi to pewnego rodzaju odskocznię?

Nie chciałbym na pewno, by tatuowanie całkowicie wypchnęło moją pracę ilustratorską. Raczej, by obie te działalności były względem siebie w miarę równorzędne. Trochę czuję, że zastygłem w swojej niszy, a jako że przez lata byłem ze światkiem tatuażu nieco bliżej związany, to wydawało mi się to w miarę naturalnym krokiem. Zresztą ten pomysł dojrzewał we mnie już od lat, ale niestety dopiero teraz powstały (czy też powstają powoli) okoliczności, w których mogę zacząć na serio się w to wdrażać. Mam nadzieję, że się uda.

Okładka Dormant Ordeal „We Had It Coming” autorstwa K. Sokólskiego

Okładka Dormant Ordeal „We Had It Coming” autorstwa K. Sokólskiego

Ostatnio weszła do sklepów kolekcja koszulek z Twoimi projektami. Projektowanie dla firmy odzieżowej było dla Ciebie wyzwaniem? Jak różni się taki projekt od Twojej codziennej pracy?

Zdecydowanie było to wyzwanie. Wzorów do wykonania było naprawdę dużo jak na czas, który mi dano, więc wiele tygodni pracowałem na zwiększonych obrotach, by dotrzymać terminu. Plus – był to dla mnie kompletnie niezbadany teren. Nie wiedziałem do końca na co mogę sobie pozwolić, i jak konkretnie ugryźć temat. Podszedłem więc do tej kolekcji odrobinę bardziej zachowawczo, starając się mieć na względzie szeroki target tak dużej marki, jaką jest Medicine, ale jednocześnie sięgając po motywy typowe dla mojej twórczości. Mam nadzieję, że tymi wzorami udało się przemycić trochę mojego światka do mainstreamu bez zbytniego odstraszania klientów.

Jakiś czas temu zostałeś zaproszony do pokazania swoich prac na konwencie Filler w Mediolanie, który zgromadził artystów związanych ze sceną punk-hardcore-skate. Mógłbyś opowiedzieć o wrażeniach związanych z udziałem w tym wydarzeniu?

Był to dla mnie niezwykły zaszczyt, i pomijając niestety pewne organizacyjne niedociągnięcia, to sam wyjazd wspominam bardzo pozytywnie. Jednak dużym mankamentem całego festiwalu okazała się jego nietrafiona lokalizacja, gdyż klub, w którym odbywała się cała impreza był na obrzeżach Mediolanu. Odbiło się to bardzo mocno na frekwencji, także nastroje wśród artystów (zwłaszcza tych przybyłych z daleka) były dość niemrawe. Ale o dziwo trochę udało mi się tam posprzedawać, także nie wróciłem z poczuciem totalnej porażki. Plus – poznanie tylu świetnych artystów było na pewno warte całego zachodu.

Okładka splitu ARRM/Lonker See autorstwa K. Sokólskiego

Okładka splitu ARRM/Lonker See autorstwa K. Sokólskiego

Chciałabym wrócić na chwilę do Merkabah. Czujesz czasem rozbicie, że w pełni nie poświęcasz się jednemu projektowi? Nie brakuje Ci sił? Nie boisz się zbyt szybkiego wypalenia?

Wręcz przeciwnie. Ostatnio raczej żałuję, że nie starczy mi sił, by mieć WIĘCEJ projektów (śmiech). Nie żebym teraz miał ich jakoś zastraszająco dużo (żaden ze mnie Ziołek, Rumiński czy inny Nihil), ale jednak tli mi się w głowie trochę pomysłów (nie tylko muzycznych), które najczęściej giną gdzieś w odmętach nieświadomości, albo kończą jako luźne myśli rzucone gdzieś w rozmowie i nigdy nie doczekujące się realizacji. I to jest bardzo frustrujące. Może to już mój przedwczesny kryzys wieku średniego się odzywa, ale zdecydowanie bardziej boli mnie myśl, że mogę nie spróbować wszystkiego, czego bym chciał, niż, że np. nie zostanę najlepszy w którejś dziedzinie. Ciągnie mnie do nowych muzycznych kolaboracji, do nauki, do nowości, do mierzenia się ze sobą, itd. Nie chcę tu za bardzo polecieć jakimiś coachingowo-coehlo’wskimi banałami, więc powiem tylko tak: zdecydowanie większe ryzyko wypalenia widzę w tkwieniu w jednym punkcie i zamykaniu się we własnej bańce. Nowe projekty to dla mnie przede wszystkim perspektywa rozwoju i jest ona całkiem ekscytująca.

Okładka albumu Million Miles jest dość minimalistyczna w porównaniu do Twoich poprzednich projektów. To muzyka określiła taki kierunek?

Generalnie projektując dla Merkaby, staram się szukać nieco innych rozwiązań, niż jak realizuję zlecenia dla kapel. Nasza estetyka jest trochę bardziej rozstrzelona i mniej doprecyzowana, więc starałem się zrobić coś mniej typowego, bardziej enigmatycznego, niedopowiedzianego, co lepiej koresponduje z naszą muzyką. To dla mnie fajna odskocznia od bardziej figuratywnych, naćkanych prac, które robię na co dzień.

Okładka Merkabah "Million Miles" autorstwa K. Sokólskiego

Okładka Merkabah „Million Miles” autorstwa K. Sokólskiego

Jesteś w stanie powiedzieć, wskazać, co chcecie wyrazić za pośrednictwem muzyki, jaką prezentujecie w Merkabah?

Nie (śmiech). Nasza muzyka to wypadkowa 4 różnych wrażliwości, więc myślę, że każdy z nas dorzuca do kotła swój własny zestaw emocji, co nadaje jej pewnej dynamiki i różnorodności. Sam przekaz zresztą zmienia się z płyty na płytę. Ostatni album Million Miles to zdecydowanie muzyka podróży. Jest to materiał bardziej impresyjny, trochę wręcz ilustracyjny. Można go określić jako rodzaj opowieści, ale też nie chcemy z przekazem za bardzo popadać w pretensjonalność. Każda nasza płyta jest swego rodzaju concept albumem, ale zazwyczaj historia kryjąca się za muzyką jest czymś w rodzaju narracyjnej nakładki, która nie jest kluczowa dla zrozumienia danej płyty. Bardziej traktujemy to jako taką intertekstualną zabawę znaczeniami, motywami i odniesieniami, które można odkrywać lub nie.

To, co możemy usłyszeć na Million Miles to poskładany zapis Waszych poszukiwań, jak rozumiem?

Raczej jest to efekt pewnej swobody, jaką poczuliśmy po Molochu (trzecie wydawnictwo Merkabah (2014), wydane przez Instant Classic – przyp. red.) . Jest to muzyka, która wypłynęła z nas bardzo naturalnie, i której staraliśmy się w żaden sposób nie ograniczać. Zależało nam tylko na tym, by pojawiło się nieco więcej oddechu. Staraliśmy się więc operować innymi środkami wyrazu niż dotychczas, stąd zdecydowanie więcej tu myślenia w kategoriach brzmień, faktur, przestrzeni, itd. Na pewno jest to materiał bardziej przestrzenny od poprzedniego.

Z jakimi reakcjami spotykacie się w trakcie koncertów? Polska publiczność jest otwarta na doświadczanie Waszej muzyki?

Czasem mam obawy, że jest to muzyka dla nikogo, ale mimo wszystko trafiamy w pewną niszę odbiorców, a koncerty zazwyczaj odbierane są pozytywnie. Zresztą ilekroć mamy okazję zagrać dla nieco mniej typowej dla nas publiki, to zawsze znajdują się wśród niej ludzie, których nasza muzyka w jakiś sposób rusza, czy intryguje. To dla mnie strasznie cenne, bo znaczy to, że gdzieś w tym całym naszym muzycznym pierdolniku udaje się nam przemycić bardziej uniwersalne emocje, które może wyłapać nawet przypadkowy słuchacz, a to jest dla mnie znacznie bardziej wartościowe niż jakiś gatunkowy elitaryzm, czy techniczna masturbacja. Jeżeli swoją muzyką jestem w stanie poruszyć osobę, która się na niej kompletnie nie zna, to jest to największe wyróżnienie, jakie mogę sobie wymarzyć.

Macie już plany na kolejne wydawnictwo? Konwencja, w której zagraliście Million Miles będzie obecna czy stawiacie na swobodne eksperymentowanie?

Zdecydowanie eksperymentowanie. Jeszcze niewiele powstało nowego materiału, ale już mogę powiedzieć, że kolejna płyta będzie raczej zaskoczeniem.

Możesz zdradzić, co wyjdzie spod Twojej ręki w najbliższej przyszłości?

Trochę koszuleczek, trochę okładeczek, może za jakiś czas też jakiś plakacik.

Ostatnie słowo należy do Ciebie:

Rzeczywistość jest iluzją!

Dziękuję za rozmowę

 

Współautorką wywiadu jest Joanna Pietrzak; tłumaczenie opracował Marcel Szczepanik.

Zdjęcia pochodzą z oficjalnego profilu fb Kuby Sokólskiego.

Autorem zdjęcia Kuby Sokólskiego jest Konrad Kultys

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .