Maciej Kamuda: „Rozwój to proces, który będzie trwał aż do śmierci.”

Jego prace coraz częściej pojawiają się na okładkach płyt polskich, ale także zagranicznych zespołów. Grafik, ilustrator, absolwent krakowskiej ASP. Nie ustaje w rozwijaniu swoich umiejętności, co owocuje różnorodnymi pracami, od okładek płyt po komiksy, od najmłodszych lat w towarzystwie ciężkiego grania. Twórca artworków dla tegorocznych wydawnictw m.in. Stillborn oraz Labyrinth Entrance. Zapraszam do rozmowy z Maciejem Kamudą.

Cześć! Co u Ciebie? Nad jakim projektem ostatnio pracowałeś?

Cześć. U mnie wszystko w porządku, tradycyjnie jestem zawalony pracą. Projektów jest bardzo wiele, jednym z fajniejszych, jakie niedawno ukończyłem jest okładka i layout dla Labyrinth Entrance. Ukończyłem też okładkę na nadchodzące wydawnictwo Stillborn. To tylko niewielki ułamek tego, nad czym obecnie pracuję. Poza tym staram się realizować swoje prywatne projekty, a przynajmniej staram się znajdować na nie czas. Z tym jest dość ciężko.

Kiedy utwierdziłeś się w tym, że grafika to Twój sposób na życie?

Właściwie jeszcze będąc na studiach, wiedziałem już, że tym chcę się zajmować, ilustrować, rysować. To był prosty wniosek, po prostu to jest to, co potrafię robić najlepiej i nie widziałem innej opcji. Oczywiście zawsze, odkąd tylko zacząłem bazgrać coś na kartkach, chciałem wiązać z tym swoją przyszłość, ale dopiero na studiach wyklarował mi się konkretny kierunek. Miałem wtedy duże zlecenie, pierwsze moje poważne pieniądze, ilustracje do książki dotyczącej filmów i ikon popkultury. Mi przydzielono zilustrowanie rozdziału o ikonach horroru, więc idealnie. Książka ostatecznie nigdy się nie ukazała, a przynajmniej nie w takiej formie, w jakiej planowano, ale dla mnie to było świetne doświadczenie i pierwsza poważna lekcja pracy z wymagającym klientem. Wtedy skumałem, w jaki sposób powinienem wykorzystywać swoje umiejętności. Chociaż robić okładki płyt chciałem odkąd tylko zajarałem się muzyką.

A jak wyglądały początki, zanim Twoje prace wstąpiły do świata muzyki?

No właśnie rysowałem dużo różnych rzeczy, ilustracje do książek, starałem się też robić swoje koszulki, sprzedawać swoje prace w oryginałach lub w formie wydruków, tworzyłem undergroundowe komiksy. Przyjmowałem zlecenia różnego rodzaju, nie da się ukryć, że aby mieć w ogóle co jeść, to musiałem robić strasznie gówniane rzeczy. Założyłem działalność jako jednoosobowe studio graficzne i imałem się wszystkiego, co wpadło. Trochę się też biedowało, gdyby nie wsparcie bliskich, rodziny, to pewnie wylądowałbym na ulicy albo w jakiejś pierwszej lepszej pracy niezwiązanej z rysowaniem i wszystko by przepadło. Dużo jest takich przypadków zwłaszcza wśród studentów ASP. Wiem to po wielu swoich znajomych z roku, duża część z nich nie ma dziś nic wspólnego ze sztuką w ogóle. Zresztą nawet w świecie muzyki, kiedy zaczynałem, to musiałem brać wszystko, co się dało, żeby w ogóle coś robić i zarobić. Należę do osób upartych i postawiłem wszystko na jedną kartę. Nie myślałem nawet o tym, żeby robić cokolwiek innego, więc przyjąłem na klatę fakt, że będzie ciężko. Były momenty, że już chciałem rezygnować. Jakoś się jednak udało. Tu jednak muszę zaznaczyć, że okładki, branża muzyczna jest tylko dodatkowym źródłem dochodu. Nie chciałbym tworzyć iluzji, że z tego da się wyżyć. Zlecenia są, ale kasa jest bardzo różna i często nie wystarczy na to, żeby żyć jak człowiek. To się robi bardziej z pasji, niż dla pieniędzy. Ja to lubię, to mi sprawia przyjemność, a że się przy okazji coś zarobi, czasem więcej, czasem mniej, to tylko dodatkowy plus. Wiadomo, to jest też praca, mam swoje stawki, za darmo nikomu czasu poświęcać nie będę, bo mogę wtedy robić inne, własne projekty. Ale nie oszukujmy się – jest jak jest, zespoły i labele na kasie nie śpią i często muszą dokładać. Co innego duże zespoły, duże labele, ale to już inna bajka . Ja na życie zarabiam, robiąc inne rzeczy, chociaż wciąż jest to ilustrowanie i projektowanie.

Można powiedzieć, że to muzyka zdeterminowała taki, a nie inny wybór ścieżki kariery?

Chyba tak. Jak mówiłem wcześniej, odkąd tylko zajarałem się metalem, to chciałem robić okładki. Jako dzieciak wychowywałem się na komiksach, uwielbiałem Simona Bisleya, a ten typ pracował też z metalowymi kapelami. To jego prace, m.in. dla Danziga, sprawiły, że zrozumiałem, w jakim kierunku chcę iść. A potem to już wiesz, przegrywałem kasety lub nagrywałem własne składanki i rysowałem sobie do nich okładki. Szkoda, że nic z tego nie przetrwało, były tam niezłe perełki. Pamiętam, jak kolorowymi flamastrami rysowałem jakiś zakrwawiony krzyż na okładkę kasety któregoś Kreatora, to było niezłe dzieło. Kolegom też robiłem okładki do kaset (śmiech). Chyba masz rację, muzyka jarała mnie tak bardzo, że mocno chciałem robić coś, co byłoby z nią związane. Muzyk ze mnie żaden, ale nieźle rysuję, także…

To znaczy, że kiedyś próbowałeś tworzyć muzykę?

No, ale nie ma o czym gadać (śmiech). Talentu do instrumentów nie mam, trochę mordę darłem. Niech każdy robi swoje, to co umie najlepiej (śmiech)

A skąd wzięło się zainteresowanie taką muzyka?

No tu żadnej ciekawej historii nie ma. Starszy brat słuchał, miał stosy kaset, więc ja gdzieś powoli podłapywałem, dźwięki albumów Pantery czy Madball zaczynały mocno do mnie docierać, sporo sobie podsłuchiwałem jak brata nie było w domu, aż mając 9-10 lat, więc to musiało być około ’97 roku, wciągnęła mnie Metallica. To był czas Reload, więc zacząłem w sumie od dupy strony (śmiech). Ze Slayerem było podobnie, bo w ’98 roku kupiłem swoją pierwszą kasetę tego zespołu, Diabolus In Musica. No to nie były najlepsze albumy tych kapel, ale dla takiego gówniaka, jakim wtedy byłem, to robiło robotę. Potem człowiek poznawał i się uczył, a gust się zmieniał. Do tej muzyki ciągnęła mnie przede wszystkim energia i ciężar, cały ten ładunek agresji i brutalności, to mnie brało z jakiegoś powodu. Jak nikogo nie było w domu, to puszczałem muzykę na maksa, biegałem z rakietą do tenisa i udawałem, że gram, rozbijając się często o meble i wkurwiając sąsiadów z dołu. Żadna inna muzyka tak na mnie nie działała.

Jak ewoluowały Twoje prace na przestrzeni czasu?

Bardzo. Mam tę cechę, że po jakimś czasie moje prace przestają mi się podobać, zaczynam myśleć, że mogłem to narysować lepiej, zwłaszcza technicznie. I staram się poprawiać błędy przy kolejnym rysunku. Dzięki temu nie stoję w miejscu, a przynajmniej tak mi się wydaje. Patrząc na swoje starsze prace i na te najświeższe, widzę postęp, zmieniło się moje myślenie o rysunku, zacząłem szukać nowych rozwiązań. Staram się rozwijać, ciągle ćwiczę, szkicuję, uczę się, więc siłą rzeczy ma to odzwierciedlenie w moich pracach. Mam też dzisiaj większe doświadczenie, to też ma duży wpływ na moją twórczość. Ten rozwój to proces, który będzie trwał aż do śmierci, nie ma chyba takiego punktu, w którym mówisz sobie „ok, osiągnąłem maksa, lepiej się już nie da, mogę teraz zająć się zbieraniem znaczków”. Ewoluuje mój styl, technika, moje rozumienie rysunku i sztuki jako takiej, więc ewoluują też moje prace. I mam nadzieję, że będą ewoluować i za parę lat będę śmiał się ze swoich najlepszych obecnych prac.

Ponieważ studiowałeś na ASP w Krakowie, był to dla Ciebie ważny moment w rozwoju umiejętności?

Nie powiedziałbym. Zawsze to mówię, że rola ASP w moim życiu nie była aż tak duża, jak mogłoby się wydawać, tak naprawdę wszystkiego nauczyłem się sam. Zrozumiałem to po latach, z perspektywy czasu, kiedy mogłem to już na chłodno ocenić. Jeśli chodzi o ASP, to podziękować mogę tylko pojedynczym profesorom, osobom, które faktycznie wpłynęły na moje myślenie (co przełożyło się na umiejętności), ale takie osoby mogę wyliczyć na palcach jednej ręki i zostałyby mi jeszcze dwa wolne palce. Fajnie było tego doświadczyć, poznać kilka niezwykle mądrych osób, zdobyć wiedzę i wyciągnąć wnioski, ale koniec końców, ASP było tylko etapem. Studia ukończyłem w 2011 roku, od tamtego czasu mocno się rozwinąłem, nie tylko technicznie, i to, co dziś oglądasz w moich pracach, to efekt mojej własnej walki ze sobą, prób i błędów, nauki na własną rękę i ciężkiego zapierdalania. Ale imprezy na studiach były epickie.

A jak profesorowie zapatrywali się na Twoje zmagania z „kartką i tuszem”? Nie było nacisku na bardziej abstrakcyjne dzieła?

Na ASP raczej nie ma wielu okazji, by robić „swoje”. Na zajęciach z rysunku rysujesz albo akty, albo martwe natury, ewentualnie dostajesz rysunkowe zadania na zaliczenie, typu „narysuj wodę, powietrze i kamień”. Na malarstwie było to samo. Na zajęciach z projektowania książki, ilustracji itp., mogłem się czasem wyżyć. Na grafice warsztatowej faktycznie robiłem swoje rzeczy, ale nie przykładałem się do tego szczególnie. Profesor Zbigniew Bajek, który przygotowywał mnie do egzaminu na ASP, z którym na studiach co prawda nie miałem już zajęć, ale utrzymywaliśmy sporadyczny kontakt, któremu wiele zawdzięczam, jeśli chodzi o rozumienie sztuki i jej postrzeganie, sam na początku mi wyraźnie powiedział: „swoje rzeczy będziesz robił po studiach”. Więc profesorowie zwyczajnie nie mieli dużej szansy poznać tego, co lubię robić. Może to i dobrze, bo z miejsca by mnie wypieprzyli z uczelni.

Patrząc na Twoje prace, mam wrażenie, że nie popadasz w rutynę, robiąc artworki podobne do siebie wzajemnie, a eksperymentujesz z kolorystyką, narzędziami. Wynikiem czego jest takie podejście?

To fajnie, że to dostrzegasz, bo wśród wielu osób funkcjonuje opinia, że ja to tylko komiksową kreską wszystko robię. A to przecież bzdura, wystarczy spojrzeć na okładkę „dwójki” Weedpecker, okładkę Warfist czy najnowszą Labyrinth Entrance. Technicznie to jest dalekie od tego całego „komiksu”. Ale nie obrażam się, nie każdy musi dostrzegać te różnice.
Zgadza się, staram się unikać rutyny, ale to jest dla mnie czysto naturalna sprawa. Ja po prostu ocipiałbym, jakbym miał wszystko rysować tak samo. Lubię wyzwania, lubię zrobić coś inaczej niż zwykle, poszukać innych rozwiązań, pokombinować z kolorystyką, techniką, narzędziem. To mnie jara, to jest też ten istotny element rozwijania się, o czym rozmawialiśmy wcześniej. Powtórzę – nie chcę stać w miejscu. Inna sprawa, że to, w jaki sposób zrobię dany artwork, w dużej mierze zależy też od oczekiwań klienta. Niektórzy po prostu oczekują ode mnie takiego, a nie innego stylu. Na szczęście moja „oferta” jest szeroka i jest w czym wybierać. Ostatnio nawet zrobiłem pracę totalnie dla mnie nietypową, czyli okładkę na trzeci album Weedpecker. I dobrze się przy tym bawiłem.

Jak wiele czasu potrzebujesz do wykonania pracy od zarysu do ostatecznego widoku?

A to już zależy, rysunek rysunkowi nie równy. Czasami, kiedy pracuję nad czymś bardzo wymagającym, to potrzebuję na to dużo czasu. Inne rzeczy powstają szybciej. Nie podam Ci jednak konkretów, godzin, dni, miesięcy, bo ciężko to zsumować, kiedy wykonuje się dużo projektów na raz. Musimy też pamiętać, że przy zleceniu duży wpływ na czas wykonania pracy ma klient, bo to z nim muszę konsultować każdy szkic i etap. A jak w zespole panuje demokracja i 5 członków musi się wypowiedzieć, to wtedy już w ogóle rozciąga się to w nieskończoność. Ale dobra, niech będzie, np. okładkę dla Kingdom robiłem w kilka dni (format CD niestety nie odda ilości detali tego rysunku), długo rysowałem Labyrinth Entrance, bo był to wymagający rysunek, tworzony czasochłonną techniką. Ale np. okładkę (jeszcze niepublikowaną) Stillborn trzasnąłem, można powiedzieć, w jeden dzień. To dlatego, że to znowu nieco inna okładka, oszczędna, ale bardzo mocno symboliczna. Czas pracy więc jest zależny od projektu, pomysłu i techniki.

To, w jakim stylu projektujesz, jest odzwierciedleniem tego, z jaką muzyką czujesz się najlepiej?

Pewnie tak. Ja lubię diabła, a diabeł lubi metal. Dogadaliśmy się.

A więc musi paść pytanie, czyje albumy królują na Twojej playliście?

O kurde, nie będzie łatwo, bo słucham muzyki na potęgę, właściwie od rana do wieczora podczas pracy, z przerwami na filmy i seriale (też podczas pracy, to fajna praca). Staram się być na bieżąco, więc dużo nowości słucham. Ostatnio mocno zajeżdżam najnowszy album Desolate Shrine, dużo w tym roku męczyłem Spectral Voice, Tchornobog, Iron Monkey, Power Trip, Mutoid Man, Mastodon, Body Count, Bell Witch, Phrenelith, Pig’s Blood, Anima Damnata i dużo więcej. Ostatnio przyszła do mnie najnowsza płyta All Pigs Must Die „Hostage Animal” i teraz ją katuję, także podczas tego wywiadu. To tylko część tego, czego słucham obecnie. Nie ma jednego zespołu, którego albumy królują, chociaż często wracam do Pantery (sentyment), Slayer, Electric Wizard, Crowbar, Eyehategod. Przykra wiadomość o śmierci Warrela Dane’a sprawiła, że wróciłem do dawno niesłuchanej „This Godless Endeavor” – jaka to jest doskonała płyta. Z innej bajki, dużo też słuchałem w tym roku Algiers, często wracam do zeszłorocznej płyty Darkher „Realms”, mógłbym tak wymieniać w nieskończoność. Za mało słuchałem nowej Chelsea Wolfe, ale chyba nie robi mi ta płyta jednak.

Istnieje zespół lub zespoły, z którymi chciałbyś nawiązać współpracę?

Cała masa. Nie będę wymieniał, bo nie starczy nam miejsca. Mam nadzieję, że wszystko jeszcze przede mną.

Jesteś maniakalnym kolekcjonerem płyt/kaset?

Oj tak, płyty kupuję na potęgę, ostatnimi czasy doszły do tego winyle, bo wreszcie kupiłem sprzęt do ich słuchania. No i wpadłem, bo winyle tanie nie są, a kolekcjonerstwo to choroba i nic się z tym nie da zrobić (śmiech). Kaset kupuję mniej, ale trochę zacząłem kupować. W samochodzie mam możliwość słuchania kaset i tylko tam ich słucham, więc odświeżam starą kolekcję, czasem kupię jakąś nowość. W domu, podczas pracy słucham tylko CD i winyli, więc te przede wszystkim zbieram. Do tego równie maniakalnie kolekcjonuję komiksy, kupuję dużo książek. Są trzy problemy – kasa, wiadomo, a poza tym znaleźć na to wszystko miejsce i czas, zwłaszcza na czytanie książek i komiksów. No ale kolekcjonerstwo to trochę cierpienie (śmiech).

Skoro jesteśmy w temacie komiksów, myślałeś może o wydaniu swoich komiksów lub artbooka?

Nie tylko myślałem, ale myślę. Obie te rzeczy są w planach. Obecnie pracuję nad komiksem, a jakieś jego urywki staram się od czasu do czasu publikować na swoim fanpage’u. Można je znaleźć w albumie „Saints”, bo taki wstępnie jest tytuł tego komiksu. Jednocześnie chcę zacząć pracować w nowym roku nad artbookiem, ale chciałbym podejść do tego inaczej, niż to się przyjęło. Nie chcę publikować rzeczy, które już wszyscy gdzieś widzieli na okładkach, czy gdziekolwiek. Mam zamiar wypełnić go pracami premierowymi, przygotowanymi specjalnie pod kątem tego artbooka, a więc będą to rzeczy nigdy wcześniej nie publikowane i będzie można je zobaczyć tylko w tej publikacji, przynajmniej do momentu, aż się wyprzeda (śmiech). Rzeczy, które już są znane będą jedynie skromnym uzupełnieniem artbooka.

Chciałabym jeszcze zapytać Cię o współpracę z Godz ov War, ponieważ w ostatnim czasie zaprojektowałeś kilka okładek dla tej wytwórni.

Można powiedzieć, że współpraca z Gregiem jest stała, od 2016 roku działamy i nie wygląda na to, żeby miało się coś zmienić. Greg odzywał się do mnie z propozycją współpracy nawet wcześniej, chyba w 2015, ale wtedy coś nie pykło. Potem wpadło mu kilka zleceń na okładki, nie pamiętam co było pierwsze, Kingdom czy Warfist. Bo pierwszą okładką w ogóle było Misanthropic Rage, ale tę robotę zlecili mi chłopaki z zespołu, a potem okazało się, że Greg to wyda. Na początku to była czysta współpraca, nazwijmy to „zawodowa”, nie znaliśmy się w ogóle, więc rozmawialiśmy ze sobą jak grafik z klientem. To tak poszło naturalnie, od okładki do okładki. Grzegorz, jak i chłopaki z zespołów byli bardzo zadowoleni z efektów, ja też uważam, że udało mi się stworzyć jedne z lepszych moich prac, więc działaliśmy dalej. Okazało się, że dobrze się z Gregiem dogadujmy, rozumiemy się bardzo dobrze, dzięki czemu współpraca trwa i będzie trwać, bo już mamy kolejne plany na nowy rok. Zaraz mnie pewnie pogoni do roboty (śmiech). Nie robię tylko okładek, często też odpowiadam za koszulki, niekiedy przygotowuję layouty (np. Persecutory), jakieś mniejsze rzeczy. Bardzo lubię kapele Godz Ov War, więc tym bardziej ta współpraca mi odpowiada. No i najfajniejsze jest to, że z reguły mam wolną rękę co do ilustracji okładkowej, rzadko kiedy dostaję jakieś konkretne wytyczne. Zazwyczaj dostaję jedynie drobne wskazówki co do kierunku lub słowa „klucze”, teksty do utworów i muzykę, jaka znajdzie się na płycie, żebym mógł poczuć klimat. To w zupełności wystarczy, a ponieważ nie mam narzuconych wizji, to mogę się w pełni wyżyć. Np. z Warfist było tak, że poza udostępnieniem mi muzyki, dostałem krótkie wskazówki w stylu „ma być krew, metal i cycki”, czy coś takiego. Także.. fajnie jest (śmiech).

Jak widzisz przyszłość sztuki tworzonej na potrzeby muzyki?

Dobrze. Dziś znów przykuwa się do tego uwagę, był taki okres, że chyba wszyscy mieli w dupach okładki, powstawała cała masa koszmarków robionych w komputerach. Na szczęście te czasy minęły, no może nie u Morbid Angel (śmiech). Pamiętasz te okładki do płyt dodawanych do Thrash’em All? Okropieństwa. Ale był taki okres, że komputerowo projektowane okładki rządziły, a tak naprawdę niewielu twórców robiło to i robi naprawdę dobrze i ciekawie. Dziś jest inaczej, wrócił na dobre rysunek, malarstwo, pojawiają się ciekawi artyści z własnym stylem, my sami, na naszym rodzimym podwórku mamy ich sporo. Do tego obecne czasy Internetu, mediów społecznościowych sprawiają, że artyści nie są już anonimowi, można ich śledzić, obserwować. Ujawnianie grafiki okładkowej przed premierą płyty stało się już normą w zakresie promocji i nakręcania fanów. Wydaje mi się, że może być już tylko lepiej. Bo jest fajnie, różnorodnie i powstaje dużo świetnych, wartościowych ilustracji. Podobnie z koszulkami. Cieszę się, że już minęły te okrutne czasy koszulek i bluz z kwadratowymi okładkami na klacie. Zespoły teraz chcą mieć fajną grafikę, zaprojektowaną specjalnie na potrzeby merchu. Zobacz też na plakaty – coraz częściej są ilustrowane, ciekawie ogarnięte, wyglądające jak dzieła same w sobie. Nawet Metalmania ma już zajebisty rysunek na plakacie, przykuwa się do takich rzeczy uwagę. To dużo lepsze niż plakat z jakimś randomowym tłem i napaćkanymi na pałę logówkami. Jest dobrze i będzie jeszcze lepiej.

Możesz nam zdradzić, co wyjdzie spod Twojej ręki w nadchodzącym roku?

Poza wspomnianym Stillborn, to nic więcej zdradzić nie mogę. Spora część z tych rzeczy nawet nie została jeszcze oficjalnie zapowiedziana. Tak naprawdę to muszę trzymać gębę na kłódkę do momentu, aż sam zespół lub wydawca ujawnią info.

Ostatnie słowo należy do Ciebie:

Dzięki wielkie za ten wywiad i zainteresowanie, do następnego!

Dziękuję za rozmowę!

Tagi: , , , , , , , , .