Maszyny i Motyle: „Krzywizny są płynniejsze”

Maszyny i Motyle. Już na dzień dobry mamy dziwną nazwę zespołu, bo kto zestawia żyjątko z czymś industrialnym? W środku też łatwo nie jest.
Znajomym przedstawiam ten muzyczny twór, jako ten grający muzykę „dziwną”.
Z MiM jest jak z Arcturus i tym podobnymi zespołami, awangardę się kocha albo nienawidzi.
Ja Maszyny i Motyle pokochałem oraz z nimi porozmawiałem.

 

Cześć! Po trzech latach dostajemy nowy krążek duetu Maszyny i Motyle. Jednak zanim przejdziemy do meritum rozmowy chciałbym zadać proste i prozaiczne pytanie. Jaka jest geneza nazwy zespołu? Kto ją wymyślił? Jest ciężka do zinterpretowania oraz nietypowa i przyciągająca.
Grzesiek: Nazwa powstała jeszcze w czasach grania w piątkę z wokalem i żywym bębniarzem. Teraz gramy we dwóch z automatem i ten kontrast w nazwie chyba lepiej pasuje. Chodziło o przeciwstawne skojarzenia, o technologię i naturę w krótkiej formie. Miało być po polsku i miało zastanawiać, choć to drugie nie było takie pewne.
Gustaw: Było wówczas wiele propozycji nazwy. Tą nazwę wymyślił Radek Kreczmański.

Słuchając już debiutanckiego Panoptikon, miałem problem z nadaniem Wam konkretnej muzycznej naklejki. Alternatywa, tudzież muzyka eksperymentalna to chyba najbezpieczniejsze określenie. A jak Wy definiujecie to, co gracie?
Grzesiek: Mamy tak, że jako słuchacze staramy się nie ograniczać gatunkowo. Z instrumentami w rękach tym bardziej. Nie ma założeń, żeby zagrać w jakimś stylu. Chyba nawet jest odwrotnie. Jeśli mamy pomysł podobny do czegoś, co znamy, to puszczamy sobie ten pierwowzór, a pomysł trafia do kosza. Pewnie sporo w tym naiwności, że da się nie powtarzać. Ale cóż, próbujmy.
Gustaw: Gdy znajomi mnie pytają, co gra mój zespół, i gdy odpowiadam, że muzykę alternatywą lub eksperymentalną, to często słyszę komentarz „… a to coś jak na Warszawskiej Jesieni”. Te dwie szufladki są bezpieczne, ale mogą czasem prowadzić do niewłaściwych skojarzeń.

Na poprzednim wydawnictwie MiM było triem, a teraz jesteście duetem. Co się stało z Radkiem?
Grzesiek: Z Radkiem nagraliśmy debiutancki Panoptikon. To był okres, gdzie u niego działo się bardzo dużo. I rodzinnie, i zawodowo. Wspólnie podjęliśmy decyzję o rozstaniu.
Gustaw: To był bardzo trudny dla nas okres. Dodatkowo materiał z Panoptikonu musieliśmy trochę przearanżować, by na koncercie dwie gitary zagrała jedna.

Grając dość pokręconą i trudną w konsumpcji muzykę, świadomie spychacie się do głębokiego podziemia. Chyba że to Wasza droga do bycia oryginalnym w przysłowiowym „każdym calu” i sekundzie utworu.
Grzesiek: Próbujemy jedynie nie naśladować. To szukanie własnych ścieżek jest dla nas ważne. Ale też nie mamy złudzeń. Osobiście to głębokie podziemie specjalnie mnie nie uwiera. Wierzę, że z czasem nie będzie takie głębokie.
Gustaw: Kolejnym bardzo ważnym kryterium jest to, że muzyka, którą gramy ma nam się podobać i sprawiać nam radość ze słuchania oraz grania.

Zarówno na Panoptikon, jak i Czas, partie perkusji są programowane, jednak nie można powiedzieć, że brzmią plastikowo, jak słaby automat, który często można usłyszeć w black metalowych projektach. Jak uzyskaliście taki efekt?
Grzesiek: Brzmienie ma dla nas znaczenie. Lubię, gdy gitara zabrzmi w mniej oczywisty sposób. Lubię też szukać połączeń brzmień zwykłych bębnów z mniej typowymi przeszkadzajkami. Zdarzało nam się opierać rytm na oddechach czy stukaniu w klawiaturę komputera. Brzmienie bębnów to duża zasługa Jacka i Gosi z Hagal Studio, gdzie nagrywaliśmy obie płyty.

Śmiem twierdzić, że na Waszym miejscu nawet bym nie szukał żywego perkusisty. Byłoby do podziału mniej tantiemów (śmiech). Ta sztuczna perkusja zwyczajnie pasuje do całokształtu.
Gustaw: -:) Cieszy mnie twój komentarz, ponieważ początkowo komputer zamiast człowieka chyba najbardziej mnie uwierał.

W swojej muzyce na nowej płycie nie raz używacie nietypowych – jak dla muzyki gitarowej – instrumentów. Mam tu na myśli akordeon, cymbałki, flet. Kto jest pomysłodawcą takiego stanu rzeczy oraz jakie instrumenty chcielibyście wpleść w swoją muzykę w przyszłości?
Grzesiek: Muszę się przyznać, że to moja wina. Mam pewną słabość do muzyki folkowej. Tyle, że miałem ją wcześniej, także przy nagrywaniu pierwszej płyty. Ale dopiero teraz to wyszło. Zrobiliśmy Inercję, która otwiera nowy album. Zaczęło się od rytmu. Niby na pięć, ale jakoś czuliśmy, że można to rozwinąć. Miałem chęć, żeby na płycie o tytule Czas była jakaś wycieczka w przeszłość. Inercja po staropolsku pewnie nazywałaby się Inercyja. Spróbowaliśmy zrobić taką starą wersję tego utworu ze starszym instrumentarium. Tytuł Inercyja zawiera w sobie słowo „cyja”, czyli inną nazwę akordeonu. Instrument został wybrany. Tylko trzeba było chwili, żebym jako ochotnik nauczył się wydobywać z niego dźwięki.
Gustaw: Początkowo sceptycznie byłem nastawiony do Inercyji. Teraz uważam, że jest to jeden z najlepszych momentów na płycie i bardzo dobry utwór na zakończenie rozmyślań o czasie.

Również na tej płycie pokusiliście się o dodanie warstwy wokalnej. Czy to wynik tego, że przekazywanie wyłącznie uczuć za pomocą muzyki to za mało?
Grzesiek: Lubię płyty instrumentalne. Wymagają nieco innej koncentracji. Wokal często nieświadomie zmusza słuchacza do skupienia się tylko na nim. U nas ten wokal traktuję jako kolejny instrument. Właśnie nie chciałbym, żeby zasłonił to, co pod spodem. Nie ma u nas kalkulacji, czy wokal być musi, czy mu nie wolno. Uprzedzając pytania: nie wiem jak to u nas będzie z wokalem na kolejnych płytach.

A jak powstają Wasze kompozycje? Nie mają one standardowej struktury. Czy wszystko rodzi się na drodze improwizacji?
Grzesiek: Jest tu dużo przypadkowości i szukania. Często punktem wyjścia jest zabawa rytmem lub brzmieniem.
Gustaw: Ja mam bazę riffów i brzmień gitarowych, która ciągle się rozrasta. W rzeczywistości rzadko okazuje się przydatna przy wspólnym tworzeniu w MiMie, ponieważ kolejne pomysły rodzą się poprzez indukcję, inspirację oraz rywalizację o to, kto wymyśli lepszy pomysł.

Kilka lat temu wpadłem na zespół Siła, który mnie totalnie pozamiatał. Potem ujawnił mi się Wasz duet, kiedy to graliście koncert w Poznaniu. Nie tak dawno Krzta wydała kapitalne wydawnictwo. Jak oceniasz realne możliwości połączenia sił i zagranie w takim składzie koncertów? Czy macie już zaplanowane koncerty pod kątem promocji nowej płyty?
Grzesiek: Obie kapele są nam bliskie. Z Krztą kiedyś graliśmy, z Siłą mamy za sobą mini trasę. Kamil z Krzty jest autorem okładki Czasu. Razem te trzy zespoły jeszcze nie grały, ale myślę, ze kiedyś do tego dojdzie. Na razie startujemy z graniem po wakacjach. Jesienią odwiedzimy m.in. Trójmiasto. Szczegóły będziemy podawać na naszej stronie.

Słuchając Waszej muzyki zadaję sobie pytanie, czy grając utwory na żywo jesteście w stanie ją odegrać w 99% idealnie, tak jak na płycie?
Grzesiek: Nie. Jestem zdania, że koncert to nie płyta. Mimo sztywnej perkusji, zawsze dzieją się nowe rzeczy. Chyba że pytasz, czy damy radę na żywo z niełatwym materiałem. Przed studiem sporo czasu ogrywaliśmy go na próbach, więc nie mam obaw.
Gustaw: Koncert to kolejny etap ewolucji. Podobnie było z materiałem z Panoptikonu.

Pytam dlatego, ponieważ dźwięki przez Was generowane mają połamane frazy, dają złudzenie, że są tak jakby „krzywe”.
Grzesiek: Rzeczywiście są krzywe. Tak, jak lubimy. Ale mam wrażenie, że na nowej płycie te krzywizny są płynniejsze. Ogólnie chodzi o rytmy nieparzyste. Na pięć lub na siedem. To w nas siedzi. Lubię, gdy metrum nie jest oczywiste i potrafi zaskoczyć.
Gustaw: Mnie zawsze podobały się utwory Soundgarden, zwłaszcza z tym mniej popularnym podziałem. Dla mnie od zawsze brzmiały naturalnie. Uważam, że na bazie nieparzystych rytmów można stworzyć naprawdę ciekawy i pobudzający puls.

Jakbyście mogli sobie wybrać możliwość zagrania na letnim festiwalu w Polsce, to co by to było? Gdzie najlepiej by pasowała Wasza muzyka? Śląski OFF?
Grzesiek: Podoba mi się OFF. Duża różnorodność. Tak, jak lubię. Podobnych emocji dostarcza mi Mgła, japoński Goat, czy nasze Lautari i Hańba. Ale chętnie zagrałbym ponownie na Fląder Festiwal. Choć to raczej niemożliwe, bo nie gra się tam dwa razy.
Gustaw: Ja chciałbym zagrać na Woodstock i Openerze.

Czym jest dla Was słuchanie i granie muzyki? Osobistą terapią czy bardziej realizacją hobby?
Grzesiek: Pewnie pasuje tu słowo „hobby” czy „pasja”. Dla mnie to bardzo istotna sprawa. Czasem słyszę, że z grania się wyrasta. U mnie to tak nie działa.
Gustaw: Ja mam podobnie.

Na koniec, jak byście w kilku słowach zareklamowali nową płytę Maszyny i Motyle komuś, kto nie zna Waszej twórczości?
Grzesiek: Nie wiem, czy dam radę w kilku słowach. Zamiast słów polecam obejrzeć klip „Inercja”.
Gustaw: Ja raczej bym ostrzegał: Uważaj!!! Płyta Czas Maszyn i Motyli zakrzywi twoją czasoprzestrzeń!!!

Piotr

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Latest posts by Piotr (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .