Łukasz Orbitowski: „Metal od dawna nie jest już muzyką ludzi prostych”.

Łukasz Orbitowski – pisarz, felietonista, od pewnego czasu także twórca, redaktor i prowadzący program telewizyjny, poświęcony przedstawicielom świata kultury. Sympatyk i (jak sam utrzymuje – niezamierzony) popularyzator muzyki metalowej. Przy okazji spotkania autorskiego w Toruniu, m.in. o podejściu do muzyki, kolekcjonowaniu bezużytecznych płyt, skazanych na porażkę intelektualnych zapędach metalowców, miłości do Celtic Frost oraz kondycji swojej szafy z t-shirtami opowiedział red. Synowi.

Witaj Łukaszu. Słowem wstępu – w stopce redakcyjnej periodyku, w którym ukazują się Twoje felietony (Noise Magazine przyp. red.), nazwany jesteś „metalowcem w stanie spoczynku”. Skąd to określenie? Co oznacza?

Nie jestem autorem tego opisu, więc ciężko mi się do niego odnieść. Na pewno nie czuję się metalowcem pozostającym w spoczynku, wręcz przeciwnie jestem słuchaczem bardzo żywym i pobudzonym. Słucham muzyki, chodzę na koncerty, moje życie towarzyskie w dużej mierze skupia się wokół metalu. Z pewnością nie myślę jeszcze o udaniu się na spoczynek, tutaj Łukasz Dunaj (naczelny Noise Magazine przyp. red.) chyba trochę przeszarżował (śmiech). Być może chodziło mu o to, że nie podejmuję żadnej aktywności w kontekście tworzenia muzyki. Dawniej pisywałem również do zinów, czego (poza Noise) dziś już nie praktykuję.

 

W jednym z wywiadów sprzed kilku lat stwierdziłeś stanowczo, że nie masz obecnie, w stosunku do muzyki, żadnych oczekiwań. Najciekawsze dźwięki zostały już bowiem Twoim zdaniem napisane, najlepsze płyty nagrane. Czy dziś wciąż podtrzymujesz tak zdecydowaną opinię? Czy może w ostatnim czasie pojawiły się w Twoim życiu zespoły/albumy, które przekonały Cię, że jeszcze nie wszystko stracone?

Zdarza się, że wpadają w moje ręce kapele, które potrafią mnie zaskoczyć, lecz efekt ten osiągają przestawianiem doskonale znanych klocków. Niech będzie to chociażby Bölzer, Venenum, Tribulation czy Portal. To są bandy, których słucham z ogromną przyjemnością, zdając sobie jednocześnie sprawę, że zajmują się one głównie podkolorowywaniem starych obrazów. Są trochę jak grupy rekonstrukcyjne. Oczywiście robią to w bardzo twórczy i fajny sposób (Portal jest moim zdaniem w tej grupie najbardziej samodzielny). Metal jest jednak muzyką sentymentu – trudno oczekiwać, że ktoś zdefiniuje go na nowo, będąc kolejnym Black Sabbath, Slayerem czy Burzum, nagrywającym nowe Paranoid, Reign In Blood czy Aske.

 

Skoro przy płytach już jesteśmy –kilka lat temu pokusiłeś się o stwierdzenie, że kompakt (w dobie wszechobecnej muzyki w formatach cyfrowych) stał się kompletnie bezużytecznym nośnikiem. Znam ludzi, którzy potrafili z tego powodu wyprzedać gromadzoną latami kolekcję, by później gorzko tego żałować. Czy w Twoim przypadku płyty wróciły może do łask, czy wciąż uważasz je za relikt przeszłości?

Trochę wycofam się z tego osądu, choć nie całkowicie. Podtrzymuję tezę, że kompakt jest czymś kompletnie bezużytecznym w sytuacji, gdy całą muzykę możesz umieścić na swoim telefonie komórkowym – i nic nie kurzy Ci się na półce. Z perspektywy radości kolekcjonowania, która pozwala uporządkować własną muzyczną świadomość (półka z płytami jest w końcu odbiciem półki w głowie i cennym magazynem wspomnień) płyty są jednak w swojej bezużyteczności piękne. Chcę je mieć, mimo że do niczego ich nie potrzebuję. Cudowny przykład odwróconego konsumpcjonizmu. Jak więc widzisz, kilka lat od publikacji wspomnianej wypowiedzi cofnąłem się do kompaktów, a dziś myślę już o winylach.

 

Obserwując Twoją aktywność związaną z krajową muzyką metalową (regularnie piszesz otwierające teksty do Noise’a, prowadzisz autorski program, w którym często gościsz muzyków metalowych, byłeś ostatnio gospodarzem powracającego po latach festiwalu Metalmania) można dojść do wniosku, że promocja metalu osobą Łukasza Orbitowskiego jest dziś w cenie. Kuszące jest podczepianie się pod nazwisko znanego i docenianego pisarza, który udowadnia, że metal nie jest dziś tylko domeną nieokrzesanych troglodytów. W podobnej roli zdaje się występować dziś również wzięty grafik, Zbigniew Bielak.

Metal od dawna nie jest już muzyką ludzi prostych, wywodzących się z dzielnic robotniczych. Dziś jest domeną młodej inteligencji. Spójrz na to jacy ludzie tworzą składy takich kapel jak THAW czy Mgła – często są to osoby poukładane, z tak zwanych „dobrych domów”. Metal stał się także rozrywką ludzi dobrze sytuowanych – takich, których stać na płyty i właściwy sprzęt do odtwarzania. Na koncertach widzę masę 40-latków, ludzi prowadzących swoje firmy, czy uczących w szkołach, mających teraz czas, by celebrować muzykę. Sam jestem takim człowiekiem.

Nie czuję się ambasadorem muzyki metalowej, nie zauważyłem, żebym skupiał wokół siebie grupy followersów. Jeżeli takie zjawisko jednak faktycznie istnieje, to wyszło to kompletnym przypadkiem. Kiedy zacząłem pojawiać się w mediach, założyłem sobie, że nie będę się w tym celu stylizował i przychodziłem w tym, w czym chodzę na co dzień, czyli w koszulkach z logami kapel. Ludzie zaczęli to zauważać i mnie z tym kojarzyć, stwierdziłem więc, że jest to element image’u, który warto podtrzymać. Ma to zresztą jego cechy, chociażby dlatego, że muszę bardzo pilnować, by nie pojawić się dwa razy w tym samym t-shircie (śmiech). Prawie jak Paris Hilton. Ma to jednak dobre strony, dzięki temu mam mnóstwo koszulek – moja szafa dawno przestała się domykać (śmiech).

 

Wypowiadasz się o muzyce i środowisku metalowym w samych superlatywach. Chciałbym skonfrontować to z fragmentem Twojego niedawnego tekstu prasowego. Napisałeś w nim, że metal jest muzyką prostych, pierwotnych, niewyszukanych emocji, która nie powinna być łączona z intelektualnymi aspiracjami. Dostało się też Nergalowi za Gombrowicza, którego cytowanie uznałeś za pretensjonalny i nieadekwatny do konwencji zabieg.

Swoje zdanie podtrzymuję. Sam jestem wielkim fanem metalowej głupoty, która wyraża się w tekstach o diable, smoku, chlaniu – w tym metal jest dobry i autentyczny. Daleki jestem od mówienia co konkretni muzycy powinni robić, bo to ich sprawa. Uważam jednak, że ambicje intelektualne w metalu nie wypalają, to po prostu nie działa. Nergal jest świetny kiedy napierdala, kiedy interpretuje wokalnie teksty Krzysztofa Azarewicza dotyczące Thelemy. To pasuje. Ten Gombrowicz był natomiast zwyczajnie głupi, sam w sobie cytat nie jest zresztą specjalnie mądry, jest dużo lepszych. Są grupy, których teksty są przynajmniej intelektualnie… prowokujące – mam tu na myśli chociażby Mgłę. Są to jednak obrzeża. W większości zapał kończy się na takich ewenementach jak Ihsahn.. on jest takim mędrcem/hipsterem, którego kurwa nie da się ani czytać, ani słuchać i niespecjalnie wiadomo co z tym zrobić. Metal to dla mnie Sodom, który wychodzi na scenę, śpiewa o totalnych bzdurach – jednak to chwyta za serce.

 

Kontynuując temat cytatów, którymi mogłeś narazić się osobom bardzo poważnie podchodzącym do muzyki metalowej. Powiedziałeś, że niezmiennie bawi Cię wszechobecna mizantropia, nihilizm, bunt, negacja wartości wyrażana pokazowo przez sporą grupę, często podstarzałych przedstawicieli tego gatunku. Metal broni się dla Ciebie przede wszystkim jako konwencja, forma świadomie i wyraźnie rozgraniczona z życiem twórcy. Patrząc na zespoły typu Cannibal Corpse, Slayer czy Behemoth, faktycznie można się z takim wnioskiem zgodzić. Czy jednak o podobnym rozgraniczeniu możemy mówić w przypadku muzyków pokroju Thomasa Gabriela Fischera z Celtic Frost, czy Jona Nödtveidta z Dissection? Czy ich postawa i wartości wyrażane także pozamuzycznie są dla Ciebie równie teatralne i fasadowe?

To wszystko opiera się na wielkim kłamstwie. Przecież prawdziwy nihilista nie uprawia sztuki. Najbardziej szczery nihilizm oznacza totalną rezygnację. Więc coś z tym jest kurwa nie tak, prawda? Ja kocham Celtic Frost, uwielbiam Triptykon. Ogromny szacunek, którym darzę Gabriela Fischera pozwala mi przeboleć widok tego 50-letniego faceta, który nakłada czapkę na łysą głowę, robi sobie bohomazy pod oczami i groźną minę. I ja mu to wybaczam, choć nie da się ukryć, że jest to przecież zwyczajnie śmieszne. Ci wszyscy goście, którzy robią groźne miny są zabawni. Są groźni jak obrażone dzieci, jak banda przedszkolaków. Groźny to może być raper Sobota, on przynajmniej nie musi robić wrogich grymasów, żebyś się go bał. By nie było jednak wątpliwości, to o czym mówię, ten śmiech podbudowany jest moją ogromną miłością do Warriora. Nie ma w tym okrutnej ironii, to raczej sympatyczna drwina (śmiech).

 

Przejdźmy teraz do Twojego programu. Czy kluczem w doborze gości (szczególnie związanych ze sceną metalową) jest Twoja chęć zaspokojenia ciekawości drugim człowiekiem, czy konstruujesz program mając na uwadze przede wszystkim widza?

Przyznam się od razu, że bardzo pilnuję, by metalu w moim programie nie było za dużo. Jest w nim dużo mniej metalowców, niż mógłbym wziąć. Z tego jednak względu, że „Dezerterzy” nie są programem muzycznym, tym bardziej metalowym, zachowuję rozsądek.

Co do klucza w doborze gości – z tym jest bardzo różnie. Są to goście, których na pewno uważam za ważnych. Np. Anja Orthodox – tak jak nie cierpię gotyku i muzyki Closterkeller, tak postrzegam tę wokalistkę za prekursora pewnego podgatunku – stąd zaproszenie. Nihil – już w momencie nagrywania wywiadu był dla mnie kimś znaczącym (było to krótko po premierze ostatniej płyty Furii). Dziś jest jeszcze większy, a jego zespół przeciera szlaki w teatrze. Mogę mieć więc satysfakcję, że się nie pomyliłem. Romana Kostrzewskiego zaprosiłem w celu wyrównania czarciego pierwiastka po wizycie Tomasza Budzyńskiego. Po nagraniu wywiadu z liderem Armii, postanowiłem dla odmiany zaprosić do programu Diabła. Nie mogłem nie pomyśleć o najbardziej szacownym Diable w polskiej czeredzie szatańskiej – stąd wizyta Romana Kostrzewskiego.

 

Skąd w ogóle program w TV publicznej? W obecnym układzie politycznym TVP nie wydaje się bastionem pluralizmu, jednak odnalazłeś tam swoje miejsce. Co prawda w TVP Kultura, a nie głównym paśmie, ale to i tak coś znaczy.

Zacznijmy od tego, że takie miejsce w zupełności mi wystarczy. Nie mam bowiem ambicji robić kariery w TV. To nie wynika oczywiście z tego, że nie jestem głodny sławy i kasy, ale raczej z tego, że w większej stacji nie mógłbym z pewnością robić tego programu w takiej formie. Musiałbym dać się sformatować. Miałem nawet próby dla innych stacji, ale jako obie strony szybko pojęliśmy, że to nie zadziała. Dezerterzy związani są z osobą Mateusza Matyszkowicza, gościa o dość szerokich horyzontach. Jego wizją telewizji była platforma spotkań różnych figur, niekoniecznie związanych z polską prawicą. Telefon, bardzo spontaniczny szkic całości i to poszło.

 

Czy myślisz o tym, by zaprosić do programu Michaela Dennera? Podobno byliście sąsiadami w czasie Twojego pobytu w Kopenhadze.

Tak, to było przezabawne. Kiedy wprowadzałem się do mieszkania w Kopenhadze, na domofonie zobaczyłem dane muzyka Mercyful Fate i Kinga Diamonda. Byłem oczywiście przekonany, że to zbieżność nazwisk. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po krótkim czasie mijaliśmy się w klatce schodowej. Nie zawracałem mu głowy, w obawie przed wyjściem na psychofana z sąsiedztwa, ale kilka zabawnych epizodów pamiętam. Kiedyś zauważyłem go zalanego w trupa w pobliskim barze (w Danii wszyscy chleją, gość nie był wyjątkiem). Wytacza się więc nasz bohater chwiejąc się na wszystkie strony, w połowie drogi postanawia jednak zawrócić, bo w pubie – jak się okazało – pozostawił walizę z winylami. Także ciągle wierny (śmiech).

Jednak zupełnie poważnie, Michael Denner nie ma szans zagościć w moim programie, bo nie byłoby szansy porozmawiać po polsku, przez co rozmowa straciłaby dużo na spontaniczności.

 

Zdradź więc kogo z Polski zaprosisz w najbliższym czasie do Dezerterów.

Długiej listy nie mam, w planach umówione jest spotkanie z Arturem Rumińskim z THAW, Furii i ARRM. Będzie to ostatni odcinek przed wakacjami. Co będzie potem, zobaczymy.

 

W takim razie życzę powodzenia. Dzięki za rozmowę.

Również dziękuję.

Zdjęcie: Leszek Zych/Polityka 

Synu

Synu

Fan szeroko pojętej muzyki gitarowej. Bez szufladkowania i zbędnych etykiet.
Synu

Tagi: , , , .