Michalina Malisz: „Wacken? Brutal? Bardziej stresowałam się w szkole muzycznej”

Od jej „przejścia” prosto z youtube’owego kanału do jednego z najbardziej rozpoznawalnych folkmetalowych zespołów minęło półtora roku. Od tego czasu z Eluveitie zagrała już ponad 80 koncertów na największych festiwalach metalowych oraz w klubach w całej Europie. O muzycznych korzeniach, nabieraniu koncertowej ogłady i pewności siebie, życiu w trasie i współpracy z zespołem porozmawialiśmy z Michaliną Malisz przed koncertem w rodzinnym Krakowie (20 grudnia 2017).

Muzyka. Kiedy oddałaś jej swoją duszę? W jakich okolicznościach podpisałaś ten cyrograf?

Wszystko zaczęło się w sumie jeszcze przed… moimi narodzinami. Mój tata jest muzykiem, gra na trąbce, prowadzi orkiestrę miasta Jaworzna, więc muzyka towarzyszyła mi od początku. To dzięki tacie jako 7-letnie dziecko poszłam do szkoły muzycznej. Grałam najpierw na pianinie, potem na flecie, poznawałam różne gatunki muzyczne, aż w końcu trafiłam na metal. Zaczęłam słuchać ciężkiej muzyki w 5-6 klasie podstawówki.

Czego konkretnie?

Pamiętam, że w gimnazjum słuchałam Metalliki, Slipknota, miałam „fazę” na Guns N’ Roses. Później zaczęłam słuchać też folk metalu – oprócz Eluveitie lubię Finntrolla. Bardzo lubię też Amon Amarth, a ostatnio dużo słucham metalcore’u i death core’u.

A pamiętasz, w jakich okolicznościach pierwszy raz usłyszałaś Eluveitie?

Pamiętam dokładnie. Byłam na koncercie Children of Bodom w warszawskiej Stodole. Jako jedną z piosenek przed ich występem puścili Thousandfold Eluveitie i… ekstaza. To było to. Od razu mnie ujęło. Wróciłam do domu i zaczęłam słuchać. Totalnie pochłonęła mnie ta muzyka.

Byłaś na koncercie Eluveitie przed przystąpieniem do zespołu?

Dwa razy. Pierwszy raz na Metalfeście, potem w Fabryce w Krakowie. Raz grali też z Epicą, ale wtedy nie poszłam, bo… Epica mnie w ogóle nie interesuje (śmiech). To nie moje klimaty, więc odpuściłam ten koncert. Chociaż poprzednią trasę graliśmy z Amaranthe i to w sumie podobny nastrojowo zespół, a jakoś ich polubiłam. Fajnie grają.

A jak wymyśliłaś, żeby grać na tej całej lirze korbowej? Toż to jakiś nieznany, podejrzany, diabelski instrument.

Eluveitie. Początkowo, jak wpadłam po uszy w ich twórczość, nie wiedziałam, że grają tam na tym instrumencie. Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że mają lirę korbową. Zainteresowało mnie brzmienie, takie unikatowe, nie znałam go wcześniej. Po pewnym czasie wpadłam na szalony pomysł – nauczę się na tym grać. Mniej więcej rok, dwa po tym jak zaczęłam słuchać Eluveitie, zamówiłam moją pierwszą lirę korbową. To był pewien wysiłek, bo te instrumenty robi się na zamówienie, na ich wykonanie trzeba długo czekać, nawet do dwóch lat, jeśli chcesz lirę z najwyższej półki. Na szczęście, ja czekałam na nią tylko pół roku. A wykonał ją pewien muzyk folklorystyczny, grający głównie folklor beskidzki, jeśli to kogoś interesuje. Nazywa się JanMalisz. Nie, to nie mój wujek, ani tata. Robiliśmy kiedyś dochodzenie, czy nie ma żadnych więzów rodzinnych między nami, ale wyszło nam, że w żaden sposób nie jesteśmy spokrewnieni.

Fajny zbieg okoliczności. No i co z tą lirą? Jakie były początki?

Pamiętam to dobrze. Przyszła paczka na Wielkanoc 2014. Zaczęłam uczyć się grać. I to tak na serio. Ćwiczyłam dzień i noc, jak tylko miałam chwilę czasu to grałam. Początki były dramatyczne, bo nie tak łatwo obchodzić się z tym instrumentem. Ręce wykonują zupełnie inne czynności, jedna naciska klawisze, druga jest na korbie. Trochę czasu zajmuje, żeby nauczyć się tych ruchów i skoordynować dłonie tak, żeby lira brzmiała, żeby dało się tego słuchać, żeby nie skrzypiało, ani nie piszczało. Mi przyszło to raczej szybko, na pewno pomogło mi trochę to, że wcześniej grałam na innych instrumentach. Mam też dobry słuch muzyczny, więc mogłam sobie sama przygotować i nastroić lirę. Uczyłam się gry właśnie na piosenkach Eluveitie. No, a dwa lata później dostałam zaproszenie do zespołu.

Szaleństwo! Ale nie byłoby tego bez kanału na YouTubie. Miałaś jakiś cel, kiedy go zakładałaś?

Kanał założyłam po trzech miesiącach nauki gry na lirze. Po co? Nie pamiętam dokładnie, czy miałam jakiś konkretny cel. W Internecie było i jest pełno gitarowych coverów najróżniejszych piosenek. A lira korbowa? Nie ma tego dużo. Oczywiście przez myśl mi nie przeszło, że mogłabym dzięki temu dołączyć kiedyś do mojego ulubionego zespołu. Chciałam umieścić w Internecie swoje covery, pokazać jak gram. Gdybym tego nie zrobiła, to nigdy nie zostałabym zauważona. Takich przypadków, kiedy nieznany człowiek, wstępuje do mniej lub bardziej znanego zespołu, dzięki dzieleniu się swoją twórczością czy umiejętnościami w Internecie, jest coraz więcej.

A jak dokładnie „dopadło” Cię Eluveitie?

Po jakimś roku od wystartowania z kanałem, założyłam fanpage’a na Facebooku. Powolutku zbierał sobie jakieś lajki, coś tam się kręciło, aż pewnego dnia skontaktował się ze mną Chrigel [Glanzmann]. Napisał w wiadomości prywatnej, że podobają mu się moje filmiki – tyle. I aż tyle, bo zatkało mnie wtedy. Po chwili cieszyłam się jak dziecko – „ojej, napisał do mnie!”, „Jezus Maria, jak to w ogóle możliwe?!”. Po jakimś czasie pojawiła się w mediach informacja, że trzy osoby odchodzą z zespołu. Wtedy połączyłam wątki i… NIE MOŻE BYĆ!

A jednak stało się! Jak wyglądało pierwsze spotkanie z zespołem?

Spotkaliśmy się tydzień przed pierwszym wspólnym koncertem. Byłam nieco w pewnym sensie zdeprymowana i poddenerwowana, bo to była specyficzna sytuacja – to przecież mój ulubiony zespół! Nie wierzyłam, że to się dzieje, kiedy się z nimi spotkałam. Wszyscy byli super mili od samego początku – i starzy członkowie, i nowi muzycy. Przyjęli mnie normalnie, jak swoją, nie jak osobę z zewnątrz, bardzo profesjonalnie i przyjacielsko. Przez tydzień graliśmy próby i potem koncert.

Stresik był?

Troszkę stresiku było, ale to szybko minęło. W sumie, kiedy gram koncert, to w ogóle się nie stresuję, bo byłam po drugiej stronie i wiem, że obojętnie, co się stanie na scenie, to zespół i tak będzie pozytywnie przyjęty, choć reakcje publiczności mogą się trochę różnić w poziomie entuzjazmu. Na przykład w Polsce zespół jest raczej popularny i lubiany. Wiem, co czują fani i słuchacze. Dzięki temu w ogóle się nie stresuję, serio. Dużo bardziej stresowałam się przed… występami w szkole muzycznej.

A coś więcej o tym pierwszym koncercie?

Były spore emocje, podekscytowanie. To był Rockfels w Niemczech. Graliśmy w takim amfiteatrze. To jest dla Eluveitie miejsce-klątwa, bo za każdym coś tam nie wypala. I wtedy nie było inaczej. Było trochę chaosu, ja nie grałam wcześniej z „uszami”, jedynie przez ostatni tydzień na próbach. Trzeba je założyć przed wejściem na scenę. Niby wszystko ok, ale mamy zaczynać grać, a słuchawki nie działają. Dopiero po chwili się pozbieraliśmy, wszystko ruszyło.

A jak czułaś się na scenie?

Nie występowałam wcześniej z zespołami metalowymi, grając na lirze korbowej. W trakcie pierwszych występów uczyłam się „bycia” na scenie, wyglądu, ruchu z lirą w rękach. Po pierwszym koncercie, kiedy zobaczyłam później, jak wyglądam na filmiku… Co tu dużo mówić? Wrażenia były okropne, serio, było tragicznie. Wstydziłam się siebie oglądać. Tak jak mówiłam – wielkich nerwów nie było, ale na pewno brakowało mi swobody. Co mam zrobić, jak się ruszać, w którym momencie się przesunąć? Wstydziłam się, ale oglądałam siebie, bo dzięki temu wiedziałam co źle wygląda, co trzeba zmienić. Z czasem jednak zyskałam trochę więcej scenicznej ogłady i było coraz lepiej, czułam się swobodniej.

Ile koncertów zagrałaś już z Eluveitie? Teraz na scenie jesteś już inną Michaliną?

Dwa sezony festiwalowe i trzy trasy klubowe. Około 70, może więcej? (87 koncertów do końca 2017 roku, 84 – stan na dzień koncertu w krakowskim Kwadracie – przyp.red.). Teraz czuję się zdecydowanie pewniej i swobodniej. Już jest dobrze, ale wiem, że trzeba siebie oglądać, bo czasami wydaje się, że coś wygląda fajnie, a okazuje się, że wcale tak nie jest, że jakiś ruch wygląda idiotycznie. Trzeba zmieniać, kombinować, eksperymentować, ale potem dobrze to weryfikować.

Teraz sytuacja jest już jasna, ale po Twojej pierwszej letniej trasie festiwalowej z Eluveitie nie było to takie pewne, że zostaniesz w zespole.

Przez lato w zespole szukali kogoś, kto mógłby mnie zastąpić, bo sytuacja nie była taka łatwa. Z Polski jest trochę daleko, więc wiadomo – koszty podróży, kwestie organizacyjnie. A, oprócz Matteo (Sisti – przyp.red.), to cała reszta zespołu jest ze Szwajcarii. Jednak cel ich poszukiwań był bardzo ambitny i trudny do realizacji. Potrzebna była wokalistka, która gra na lirze korbowej – głównie chyba ze względów finansowych. Poszukiwania takiej osoby nie powiodły się. Zostałam. Wszystko wyjaśniło się chyba we wrześniu. W październiku poznałam na koncercie Fabienne Erni (wokalistka – przyp. red.), która wkrótce do nas dołączyła. Z jednej osoby zrobiły się więc dwie, ale myślę, że to dobrze wpłynie na rozwój Eluveitie.

Dużo koncertujecie, więc na pewno masz wiele wrażeń z występów na żywo. Co było najbardziej spektakularnym wydarzeniem dla Ciebie?

Mój największy koncert. To był mój występ numer 10 z Eluveitie. Pamiętam dokładnie, bo to było potężne Wacken! Morze ludzi. Niesamowity widok. Każdy moment na tej scenie był niezwykły – w kółko powtarzałam w myślach „nie wierzę, skąd ich tyle?” (śmiech). I wszyscy patrzyli na nas. To samo było na Greenfield Festivalu w Interlaken. Ogromny tłum.

A jakaś szalona sytuacja z koncertu?

W klubach jest szaleństwo, ale umiarkowane. Za to na festiwalach jest inaczej. Ludzie przynoszą ze sobą różne dziwne rzeczy, np. śmieszne przebrania. Zdarza się czasem nagi crowdsurfing.

Trasa metalowego zespołu to chyba nie przelewki. Fizycznie wyrabiasz?

Tak, bez problemu. Lubię sport, dużo ćwiczę na siłowni, chcę być cały czas w dobrej kondycji, więc pod tym względem jestem przygotowana do życia w trasie. W ogóle prowadzę zdrowy tryb życia, nie palę, nie piję, jedynie przy wyjątkowych okazjach, typu urodziny, skuszę się na szampana, czy jakieś winko. W trakcie trasy nie imprezuję bardzo długo. Mimo to, po dwóch tygodniach koncertowania można zauważyć lekki spadek formy, ale to chyba normalne i nieuniknione. Przecież gra się czasem codziennie, ja za każdym razem chcę dać z siebie maksa. Na pewno jest łatwiej dzięki dobrym warunkom, które mamy. Nie musimy się martwić podróżami, wsiadamy do nightlinera, mamy swoje koje. Jest część sypialna i część codzienna, taki „salon”, widać go czasem w wywiadach z zespołem. Jest wygodnie. Każdy ma swój prywatny kąt. Ponadto w klubach czy na festiwalach zawsze wszystko jest przygotowane. Mamy zapewniony catering. Dzięki takim dobrym warunkom lepiej znosi się trudy trasy. Czasami można się też trochę zrelaksować, wyjść na miasto, coś zwiedzić. Żyjemy normalnie, tyle że w trasie i chyba trochę nieco intensywniej niż przeciętny człowiek.

A headbanging? Można machać głową dzień za dniem bez uciążliwych skutków ubocznych?

Wiesz co, paradoksalnie lepiej codziennie to robić niż raz na jakiś czas. Po pojedynczym koncercie mięśnie faktycznie mogą boleć, ale jak regularnie, codziennie machasz głową, to szyja chyba się przyzwyczaja. Teraz, na tej trasie w ogóle nie odczuwam żadnego dyskomfortu z tego powodu.

Dobra rada. Od teraz będą chodził na kilka koncertów z rzędu, a nie od święta.

(Śmiech) Nie no, ten ból jest fajny w pewnym sensie. Wstajesz rano i mówisz „Ała! Boli!”, ale po chwili przypomina ci on o świetnym koncercie, na którym byłeś dzień wcześniej.

Racja. Wracając do koncertowania, jak Wam się żyje razem w trasie? Po pewnym czasie nie ma jakichś zgrzytów?

Atmosfera jest bardzo dobra. Nie było do tej pory żadnych poważnych problemów między nami. Zespoły grające z nami też były ok. Nikt nie był uciążliwy. Kultura pracy jest zachowana, trzymamy się ogólnych zasady dobrego „tourowania”. Jak czasem komuś zdarzy się świrować, to zaraz reszta przywraca go do porządku. Rozumiemy, że czasami możemy być już sobą zmęczeni. Staramy się wtedy nie przeszkadzać sobie. Każdy stara się być w porządku w stosunku do reszty.

Rozmawiacie ze sobą tylko po angielsku?

Ja z resztą komunikuję się w sumie tylko po angielsku. Znam jeszcze niemiecki, ale nie bardzo przydaje mi się na co dzień. Dla Szwajcarów hoch Deutsch brzmi śmiesznie, jest dziwny. Ja powoli zaczynam osłuchiwać się ze szwajcarskim niemieckim, trochę rozumiem, ale do nauczenia się mówienia w tym języku jeszcze daleka droga.

A z kim z zespołu spędzasz najwięcej czasu? Z kimś kumplujesz się bardziej niż z resztą, czy wszyscy trzymacie się razem?

Wszyscy są spoko, ale ja kumpluję się najbardziej z moją koleżanką Fabienne (śmiech). Mamy swoje „dziewczyńskie” sprawy. Malujemy się razem przed koncertami. To w sumie świeża przyjaźń, bo Fabiennie dołączyła do zespołu rok temu. Na początku było tak zwyczajnie, ale z czasem bardzo się polubiłyśmy.

A Chrigel [Glanzmann]? Jaki on jest?

Szef?

Jest władcą?

Jest szefem, ale traktuje swoje szefostwo bardzo demokratycznie. Nie jest autorytarny w żaden sposób. Razem podejmujemy decyzje. Jeśli jest jakiś problem, to rozmawiamy i dochodzimy do wspólnych wniosków. Jest przesympatyczny, bardzo miły. Od samego początku taki był.

A wiesz może skąd on ma tyle energii?

Nie wiem (śmiech). Ale to jest pasjonat, całe życie poświęcił TEMU. Eluveitie to dzieło jego życia. Kiedy dopiero dowiedziałam się o ich istnieniu, zespół grał już tyle lat. Chrigel bardzo wiele poświęcił dla Eluveitie, włożył ogromny wysiłek, żeby wprowadzić zespół na ten poziom. Tak samo reszta osób z poprzedniego składu. Ja przyszłam na gotowe, do zespołu, który świetnie prosperuje, jest na bardzo wysokim poziomie. Na każdym poziomie trzeba jednak pracować dalej, więc działamy!

No właśnie. Jeździcie, działacie, płyty nagrywacie. Twój pierwszy album z Eluveitie – Evocation II – ukazał się latem 2017 roku. Jak wyglądało nagrywanie tej płyty z Twojej perspektywy?

Ja nagrywałam w studiu w Polsce – w Lubrzy. Chrigel przyjechał do mnie w pierwszy dzień, żeby wszystko przygotować, ustawić, dał mi wskazówki ogólne i… pojechał. Byłam sama, więc nagrywałam według swojego uznania. Chrigel miał do mnie na tyle zaufania, żeby mnie zostawić z tym, żebym nagrała to, jak czuję. Miałam dużo swobody. Reszta nagrywała w Szwajcarii, u Tommy’ego Vetterlego, który jest tam bardzo cenionym i poważanym producentem. Ma sprzęt z najwyższej półki. Warunki były świetne.

Jaki jest Twój ulubiony utwór z nowej płyty?

Myślę, że Lvgvs. Bardzo dobry kawałek. Fajny do grania na żywo, jest dobrze przyjmowany przez publiczność. Świetny jest też Tarvos II. Na tej trasie fajnie wypada Epona. Do tego Artio śpiewane przez Fabienne jest super.

A co najbardziej lubisz grać na żywo?

Inis Mona – to wiadomo. Zawsze jest szał. A moje ulubione kawałki to Nil i Tegernakô.

Ile masz lir?

Na własność dwie. Z jedną z nich nagrywałam wszystkie filmiki na YouTube. Z drugą nagrywałam Evocation II. Korzystam też z czarnej, koncertowej liry, ale ona należy do zespołu, była kupiona z zespołowych pieniędzy. W Eluveitie działa to tak, że jeśli przychodzi nowa osoba do zespołu, to przejmuje lirę od poprzednika. W sumie to zrozumiałe – to dosyć kosztowny instrument. O zespołową lirę dbam, jak umiem.

A liczyłaś kiedyś, ile instrumentów w sztukach jest na scenie w trakcie koncertu Eluveitie?

Fletów jest z dwanaście, bo do każdej tonacji jest jeden. Do tego dwie pary dud, gitary po trzy dla każdego gitarzysty, basy. Gdzieś ze… 120. Na pewno jakiś rekord jest pobity.

Na pewno. Rekordy, ale w ilości koncertów Eluveitie na koncie, biją też członkowie polskiego fanklubu.

Świetna grupa. Sami się organizują, działają prężnie, mają świetne pomysły, plany, nawiązują współpracę z innymi fanklubami. Dają nam dużo energii. Poza tym często otrzymujemy od nich różne prezenty. To miłe.

Z innej beczki. Umiesz śpiewać?

Nie umiem i nie śpiewam. Próbowałam się przekonać i nauczyć, chciałam, angażowałam się, ale nie poszło. Nie moja rzecz. Postępu nie było, więc po pewnym czasie stwierdziłaem, że to nie dla mnie.

Zajmujesz się jeszcze jakimiś innymi muzycznymi projektami?

Pomagałam krakowskiemu zespołowi Netherfell nagrywać pierwszego longplaya. Grali z nami jeden koncert w Katowicach później. A tak to raczej skupiam się na grze w Eluveitie.

A czego słuchasz ostatnio? Poleć mi proszę jakąś płytę.

Proszę bardzo. Nowy album metalcore’owego zespołu Polaris z Australii, rewelacja. Płyta wyszła ostatnio (The Mortal Coil, listopad 2017 – przyp. red.autor). Trochę starsza historia, bo z początku tego roku – nowy album wydał Northlane (Mesmer – przyp. red.autor). Po prostu miazga. Niewiarygodne co się dzieje na tej płycie. Ogólnie, w zespołach sceny metalcore’owej bardzo podoba mi się ogrom energii, którą niosą swoim graniem. Na przykład While She Sleeps. Graliśmy z nimi na Brutalu [Brutal Assault]. Moc emanująca ze sceny była niesamowita. Niewiarygodne przeżycie. Polecam bardzo. Tym bardziej że w tym roku ten zespół uwolnił się od wytwórni i z pomocą fanów wydał genialny album.

A poza metalem czego słuchasz?

Trochę muzyki filmowej, no i oczywiście, od czasu do czasu, muzyki klasycznej. To zależy od okoliczności. Jak idę na trening, to słucham czegoś innego, niż kiedy odpoczywam w domu. W zależności od nastroju. Nie jestem zamknięta na Iron Maiden i Slayera (śmiech).

Na ludzi z zewnątrz chyba też jeszcze nie musisz się zamykać? Po bułki możesz normalnie wyjść rano? Sława umiarkowana?

Jest spokojnie. Nie ma problemu. Nie zdarzyło mi się, żeby ludzie mnie tak spontanicznie rozpoznali i zaczepili na ulicy. Poza tym nie wyglądam też tak, jak na zdjęciach czy na scenie. Na co dzień noszę okulary, a to bardzo dużo zmienia. Ludzie nie są w stanie mnie rozpoznać. Generalnie, mam spokój.

Zmierzam ku końcowi, czyli kilka pytań o przyszłość. W sumie dopiero wydaliście nową płytę, więc zapytam – kiedy kolejna nowa płyta?

(Śmiech) 2018 nie sądzę, ale 2019 jak najbardziej.

A koncerty?

Na początku 2018 roku gramy w Japonii i Rosji. To będą w sumie moje pierwsze koncerty poza Europą, bo choć grałam już w Turcji i Rosji, to były to europejskie części tych krajów. Potem festiwale.

Do Polski wpadniecie?

Raczej nie. Nie ma takich planów w tegorocznej trasie.

A jakie są Twoje indywidualne plany muzyczne na bliższą i dalszą przyszłość?

Oczywiście, skupiam się na grze w Eluveitie. Zapowiada się wiele owocnych lat.

Dzięki za tak długą rozmowę. Wszystkiego dobrego i spełnienia kolejnych marzeń.

Tomek Bilewicz

Tomek Bilewicz

Woodstalker, koncertowicz, fan marketingu muzycznego, języków obcych, relaksu festiwalowego, MDM i NDH
Tomek Bilewicz

Tagi: , , , , , , , , .