Powerwolf: „Nie jesteśmy fanatykami”

Powerwolf jedno trzeba przyznać – ten zespół wie, jak zainteresować sobą potencjalnych słuchaczy. Chwytliwe melodie, wilcze nawiązania w czasach, gdy to wampiry przeżywają swój renesans, czy religijny image. Pewne jest to, że niemiecko-rumuńska grupa, mimo krwi, krzyży, ołtarzy i zakonnic, jest kolorowym i interesującym ptakiem na power metalowej scenie. W podobnym, przebojowym, ale i metalowym klimacie utrzymany jest również najnowszy album Powerwolf, „The Sacrament of Sin” – na moje pytania o koncept albumu, komponowanie ballad czy rolę języka w muzyce odpowiadał gitarzysta i założyciel zespołu, Matthew Greywolf.

Alicja Sułkowska: Od kilku dni rozmawiacie z prasą – jak dziennikarze reagują na Wasz nowy album?

Matthew Greywolf: Jak na razie odzew jest naprawdę fantastyczny, co oczywiście bardzo nas cieszy. Jednocześnie jednak czekamy z niecierpliwością na najważniejszą dla nas reakcję, czyli tę ze strony naszych fanów (śmiech). Na razie jednak wszystkim album się podoba, z czego jesteśmy bardzo dumni.

Nie będę więc szczególnie oryginalna, mówiąc, że i mnie „The Sacrament of Sin” przypadł do gustu. Jednocześnie jednak miałam wrażenie, że jest to płyta bardziej różnorodna i złożona w porównaniu z Waszymi poprzednimi dokonaniami. Czy nagrywaniu nowego albumu towarzyszyła jakaś myśl przewodnia?

Nie jestem pewien, czy nazwałbym album bardziej różnorodnym, choć rzeczywiście, mieliśmy takie założenia podczas prac nad nim. Właściwie główną inspiracją było dla nas nasze własne podejście do „Blessed & Possessed”. Nagraliśmy wtedy nowe wersje naszych ulubionych heavy metalowych utworów wszech czasów. Te aranżacje Ozzy’ego Osbourna czy Gary’ego Moore’a, choć skupiały się na różnych aspektach muzyki metalowej, po dodaniu klawiszy i wokali wciąż brzmiały dokładnie jak Powerwolf. Wtedy zaczęliśmy się zastanawiać, czy podczas pisania materiału na kolejny album nie powinniśmy być bardziej otwarci na inspiracje z innych gatunków. Wydaje mi się, że dobrze udało się nam przenieść te pomysły na nowe utwory.

Twoim zdaniem możemy zatem mówić o „typowym” Powerwolf?

Nie jestem do końca pewny. Nie ma konkretnego algorytmu, który sprawia, że Powerwolf brzmi jak Powerwolf. Brzmienie konkretnego zespołu jest wypadkową charakteru i sposobu podejścia do muzyki ze strony poszczególnych jednostek. Głos Atilli jest charakterystycznym czynnikiem, do tego kościelna estetyka, symfoniczne sample i wysoka dramaturgia kompozycji z pewnością mają swój udział w budowaniu naszego brzmienia. Zaryzykowałbym więc stwierdzenie, że jesteśmy dość rozpoznawalnym zespołem.

Niektóre utwory na „Sacrament of Sin”, jak „Nighttime Rebel”, prezentują dość tradycyjne podejście do power metalu, podczas gdy inne zmierzają w bardziej symfonicznym i epickim kierunku. Czy ta wspomniana otwartość uczyniła z nowego albumu zbiór kontrastów i przeciwieństw?

Na pewno, choć nie było to zamierzone działanie. Naszym celem nie było wprowadzanie jak największej ilości kontrastów, choć efekt końcowy może temu przeczyć. Jak już mówiłem, chcieliśmy być otwarci. Dlatego też na tym albumie umieściliśmy naszą pierwszą balladę, „Where the Wild Wolves Have Gone”, skomponowaną na klawisze i wokal. Z drugiej strony jednak, sam utwór tytułowy bazuje na klasycznym speed/power metalu – wydaje mi się, że to właśnie ta różnorodność przyczyniła się do powstania tych kontrastów. To słowo jest dobrym opisem i dobrze oddaje tego „odkrywczego”, otwartego na nowe doświadczenia ducha „The Sacrament of Sin”.

Skoro mówimy już o „Where the Wild Wolves Have Gone” – w jakich okolicznościach zaczęliście prace nad tym utworem?

Szczerze powiedziawszy, tylko czekałem na odpowiedni moment (śmiech)! Osobiście jestem wielkim fanem klasycznych rockowych i metalowych ballad. Kilka lat temu po raz pierwszy wspomniałem o tym Atilli i okazało się, że on również zawsze był zafascynowany takimi kiczowatymi utworami. Postanowiliśmy, że napiszemy kiedyś podobną balladę dla Powerwolf, nieważne za jaką cenę. Wcześniej jednak jakoś nie nadarzyła się odpowiednia okazja. Na „Blessed & Possessed” mieliśmy co prawda „Let There Be Night”, swoistą prawie-balladę, ale nawet wtedy nie był to moment na taką kiczowatą kompozycję z prawdziwego zdarzenia. Tym razem jednak, znów pamiętając o otwartości na nowe wpływy, poczuliśmy, że powinniśmy wykorzystać tę okazję. Mieliśmy w głowie tytuł i melodię, co nie było zresztą najprostszym wyborem – nie da się po prostu usiąść jednego wieczoru i napisać dobrej ballady, wszystkie te elementy muszą współgrać ze sobą. Do tego dodaliśmy tekst otwarty na interpretację i gotowe – po tych wszystkich latach planowania.

Praca nad tym utworem różniła się więc od pisania innych?

Zdecydowanie! Pomijając kwestie formalne, gitary również schodzą w naszej balladzie na dalszy plan, pozostawiając miejsce na wiele innych składników jak np. sample, które też konstytuują utwór. To było dla nas szczególne przeżycie!

Nawiązując do tytułu utworu, sądzisz, że można stwierdzić, że wraz ze zdobywaniem doświadczenia Powerwolf pozostało tą „dziką watahą”?

Bardzo podoba mi się twoja interpretacja, pierwotnie jednak chodziło nam o coś innego (śmiech)! Chcieliśmy, żeby ten utwór mierzył się z tym podstawowym i uniwersalnym pytaniem, co dzieje się po śmierci. To miejsce, w które odchodzą wilki jest mistyczne i symboliczne – miałem przed oczami wilki znikające w mglistym lesie, biegnąc w miejsce, którego nie znamy. Założyłem, że to samo dzieje się z ludźmi po ich śmierci, zacząłem więc pytać: dokąd odchodzą? Tytuł jest więc symbolem życia po śmierci, gdzie przyjaciele i rodzina spotykają się ponownie. Albo i nie – chodzi właśnie o to, że nikt tak naprawdę nie wie, co się wtedy dzieje.

Z tego, co powiedziałeś, może wydawać się, że nadprzyrodzone elementy są stałą częścią naszego życia…

Jestem przekonany, że bez względu na wyznanie czy osobistą filozofię życiową, każdy człowiek zadaje sobie pytania dotyczące własnego losu, staramy się dojrzeć to, czego na razie nie możemy zobaczyć. Niektórzy mówią w tym kontekście o religii, ja jednak nazwałbym to filozofią albo duchowością.

Co również ciekawe, w Waszej twórczości te religijne/duchowe aspekty często łączą się z tymi popkulturowymi, jak w „Demons Are A Girl’s Best Friend” czy „We Drink Your Blood”. Jaką rolę odgrywa to połączenie?

Każdy element tej układanki jest ważny. Przede wszystkim, często opowiadamy o religii, grzechu, co wynika w znacznej mierze z tego, że prywatnie jesteśmy zafascynowani tymi tematami i lubimy o nich czytać. Przychodzi więc to stosunkowo naturalnie. Ta druga, popularna strona, jak w „Demons Are A Girl’s Best Friend” czy „Resurrection by Errection”, pomaga nam w zakomunikowaniu, że nie jesteśmy fanatykami i że nasza muzyka nie niesie za sobą żadnego konkretnego religijnego przesłania. To dla mnie szczególnie ważne, zwłaszcza, że niektórzy słuchacze zakładają, że Powerwolf jest albo z religią związane, albo też że ją krytykuje. Prawda tymczasem jest zupełnie inna, przede wszystkim dlatego, że duchowość jest kwestią bardzo osobistą. Nie odważyłbym się nigdy dyktować komuś, co jest dobre, a co złe, ani wydawać sądów o poszczególnych wyznaniach. To humorystyczne podejście ma więc na celu uświadomienie innym, że jesteśmy artystami, nie kaznodziejami.

Wspomniałam już o „Demons Are A Girl’s Best Friend” – muszę przyznać, że gra słów i nawiązanie są tu naprawdę świetne. Przypominasz sobie może, jak wpadliście na ten pomysł?

Chyba już sam nie pamiętam (śmiech)…

Tak to już jest z dobrymi pomysłami (śmiech)!

Prawda! „Demons Are A Girl’s Best Friend” to jeden z tych utworów, których napisanie przyszło dość łatwo i dodatkowo było świetną zabawą. Już wtedy czuliśmy, że ten kawałek ma ogromny potencjał koncertowego hymnu – dlatego też wybraliśmy go na nasz pierwszy singiel i teledysk.

To, czego nie sposób przeoczyć w Powerwolf, to Wasz charakterystyczny wizerunek sceniczny. Podczas gdy niektóre zespoły obierające podobną ścieżkę nudzą taką jednostajnością i siebie, i publiczność, Wam udaje się zachować oryginalność – jakie aspekty się na to składają?

Cały czas rozwijamy to, co lubię nazywać uniwersum Powerwolf, na które składa się zarówno muzyka, jak i kwestie wizualne. Porównując wizerunek zespołu sprzed 10 lat i ten dzisiejszy, łatwo zwrócić uwagę na tę ewolucję. Trzymamy się konkretnego kursu, który obraliśmy na początku, bo jesteśmy nim zafascynowani. Pozwalamy sobie jednak na pewną dowolność. Przykładowo, to, w jaki sposób wykonujemy makijaż na koncertach, nie jest żadną żelazną regułą, dostosowujemy go do indywidualnych preferencji. Te zmiany są i będą na porządku dziennym i jednym z powodów, dla których nasz wizerunek nie staje się nudny czy monotonny, jest to, że za wizerunkiem stoją ludzie z krwi i kości, oraz że jest on trwale związany z nami, a więc filarami zespołu. Na początku fani i dziennikarze nie do końca wiedzieli, o co w tym wszystkim chodzi – a, w takim razie gracie black metal, tak? Mieliśmy konkretną wizję i pozostajemy jej wierni, cały czas ją rozwijając. Wydaje mi się, że słuchacze to wyczuwają i reagują pozytywnie.

Swego rodzaju „mottem” Powerwolf jest „Metal is Religion”. W jaki sposób odnosi się to do warstwy tekstowej na „Sacrament of Sin”?

Najlepiej jest to widoczne już w samym tytule. Nawiązuje on to konceptu w katolicyzmie, według którego człowiek rodzi się grzesznikiem. Z założenia człowiek jest grzeszny, dopóki nie zostanie ochrzczony (śmiech). Ten grzech można przemóc tylko życiem według chrześcijańskich zasad. Neutralnie rzecz ujmując, uznaliśmy to za dość ciekawy konstrukt. Pamiętam, że w wieku siedmiu lat okazało się nagle, że muszę wyznać swoje grzechy. Nie miałem pojęcia, co powiedzieć, a wszyscy tego ode mnie wymagali – trochę niezręcznie (śmiech). Ten koncept był bazą pod nasze teksty, choć „Sacrament of Sin” w żadnym wypadku nie jest concept albumem. Wiele utworów jednak traktuje o takich tematach jak grzech czy przebaczenie.

Na „Sacrament of Sin” nie zabrakło również niemieckojęzycznego akcentu w postaci „Stossgebet”. W tym utworze, podobnie jak na kilku poprzednich albumach, pojawiają się teksty w różnych językach: po niemiecku, angielsku czy łacinie. Czy użycie konkretnego języka zależy od jakiegoś kontekstu?

Powiedziałbym raczej, że to wolność artystyczna. Każdy język ma swoje indywidualne brzmienie czy estetykę. Tym razem nie planowaliśmy nagrania niemieckiego utworu, przez przypadek jednak natknąłem się na sformułowanie „Stossgebet”, które w niemieckim bywa dość dwuznaczne. Wydało mi się idealnym kandydatem na utwór, do którego należałoby napisać niemiecki tekst. Samo brzmienie jest już inne, może ze względu na to, że do niemieckich utworów tworzę inne riffy niż zrobiłbym to w innym przypadku (śmiech). Myślę, że od czasu do czasu dobrze jest zmienić język i nagrać coś nowego i innego. Podobnie z łaciną. Myślę, że tajemnicą poliszynela jest to, że korzystamy z niej dość swobodnie, rzadko przestrzegając reguł gramatycznych (śmiech). Używanie różnych języków jest jednak jak malowanie słowem – brzmienie łaciny przykładowo znakomicie buduje napięcie i tworzy atmosferę.

Okładka „The Sacrament of Sin” też jest dość wyjątkowa, choć jest utrzymana w klimacie poprzednich. Czy w przypadku Powerwolf tworzą jakąś serię czy cykl, jak w Iron Maiden?

To dosyć ciekawe, bo kilka razy pytano nas już, czy nasze okładki to swojego rodzaju ukłon w stronę Iron Maiden. Powiem tak – nie było to zamierzone, ale nie mam nic przeciwko takim skojarzeniom! Iron Maiden to zespół, który zainteresował mnie metalem ogólnie, kiedy miałem 11 lat – i to nie tylko sama muzyka, ale i kwestie wizualne. W przypadku „Sacrament of Sin” wszystkie szczegóły na okładce są bardzo ciekawe, za samym projektem zresztą stoi interesująca historia. Artystka, która wykonała projekt, to Zsofia Dankova, młoda dziewczyna ze Słowacji. Nasza współpraca też rozpoczęła się w dość nietypowy sposób – któregoś dnia opublikowała na naszej stronie na Facebooku film, w którym malowała do jednego z naszych utworów. Spodobało się to nam na tyle, że zaprosiliśmy ją na koncert i zapytaliśmy, czy nie chciałaby zaprojektować jakichś motywów na koszulki. Bardzo ucieszyła się z tej propozycji i dostarczyła naprawdę fantastyczne pomysły. To było cztery lata temu, a teraz zaprojektowała okładkę naszej płyty (śmiech)! To bardzo optymistyczna historia, bo pokazuje, ile kreatywności drzemie w scenie metalowej, i że czasami wcale nie potrzeba wielkich firm i nazwisk, by nawiązać kontakt z fantastycznymi twórcami.

Powiedziałbyś, że fani czynią Wasz wizerunek kompletnym?

Na pewno! Cały ten koncept nie budowałby całości, gdyby nie zaangażowanie fanów. I mówiąc „fani”, nie mam na myśli tylko tych, którzy kupują nasze płyty, ale tych, którzy dzielą z nami tę samą pasję do metalu. To dla nas najlepsza motywacja i momenty, które wspominam najlepiej, na przykład, kiedy podczas jednego z koncertów widzę 12-latków, którzy świetnie się bawią dzięki naszej muzyce. To naprawdę niezwykłe przeżycie, zwłaszcza że doskonale pamiętam pierwsze koncerty, na których sam byłem. A teraz to my jesteśmy na scenie, umożliwiając innym dobrą zabawę. Z pewnością więc publiczność i słuchacze kompletują to doświadczenie z naszą muzyką.

Wracając do wilków – wilkołaki, do których dość często się odwołujecie, to istoty zakorzenione zarówno w tradycji horroru, jak i folkloru. Która z tych stron jest Wam bliższa?

Zdecydowanie ta druga, zważając na to, że nie przepadam za horrorami. Fascynują mnie przede wszystkim wilkołaki w podaniach ludowych i w literaturze. Ciekawe jest zwłaszcza to, że podania o wilkołakach można spotkać na całym świecie, praktycznie w każdym kręgu kulturowym. Dodatkowo zazwyczaj znaczą coś niezrozumiałego i tajemniczego – jak dziką naturę zwierząt czy nawet tak skomplikowane koncepty jak życie po śmierci.

Pomówmy o bonusowej płycie, na której inne zespołu grają własne wersje Waszych utworów. Jak narodził się pomysł tego projektu?

Cóż, ten pomysł narodził się dość spontanicznie pod wpływem strumieni piwa (śmiech). Byliśmy na trasie z Epiką w 2017 i któregoś wieczoru zagrali „Sacred and Wild” podczas sound checku. Spodobało się nam to na tyle, że zapytaliśmy ich później, czy nie zechcieliby tego nagrać, na co zareagowali bardzo entuzjastycznie. Wtedy wciąż podchodziliśmy do tego jak do spontanicznego fajnego projektu, ale ten dalej się rozwijał.  Kiedy wróciliśmy z trasy, rozważyliśmy zaproszenie do współpracy naszych przyjaciół z innych zespołów czy też wykonawców, z którymi świetnie bawiliśmy się podczas festiwali. Szczerze powiedziawszy, dopóki całość nie ujrzała światła dziennego, nikt chyba nie przypuszczał, że coś z tego będzie! Najciekawsze w tym wszystkim było to, że każdy z nich stworzył swoją indywidualną wariację na temat naszego utworu. Powiedzieliśmy im: „Wybierzcie jeden utwór Powerwolf i zmieńcie go nie do poznania”. Muszę przyznać, że popisali się kreatywnością – Eluveitie przetłumaczyło nawet tekst, żeby nadać mu tego indywidualnego charakteru!

Zdarzyło się tak, że nie poznałeś własnego utworu (śmiech)?

Jest taki jeden, właściwie jeden z moich ulubionych, w przypadku którego prawie dwie minuty zajęło mi zorientowanie się, że chodzi o nasz kawałek – i mówię to w jak najbardziej pozytywnym sensie! Caliban nagrał własną wersję „Kiss of the Cobra King” z jednego z naszych pierwszych albumów i zmienili go w ten fantastyczny utwór metalcore’owy. Świetnie było zobaczyć, że odwrócili tak wszystko do góry nogami (śmiech).

Myśleliście o formie rewanżu?

Nie, ale na pewno nie jest to zły pomysł (śmiech)! Zapamiętam to i zobaczymy – może bonusowy krążek przy kolejnym albumie to będzie właśnie to!

Ostatnie pytanie będzie nieco pozamuzyczne. Nie wiem, czy słyszałeś o tegorocznej edycji MET Gala…

Nie miałem okazji, o co chodziło?

Aktorzy i muzycy pojawili się w kreacjach inspirowanych katolicyzmem. Gdybyś został zaproszony, w co byś się ubrał?

Naprawdę trudne pytanie (dłuższe milczenie)… Myślę, że po prostu byłbym księdzem, ten sposób zachowywana się to kawał dobrej zabawy (śmiech)

Sądzisz więc, że ta teatralność jest nierozłącznie związana z byciem na scenie?

Zdecydowanie tak. Nie powiedziałbym, że jest to ważne w ogóle, ale w naszym przypadku z pewnością. To jeden z wielu aspektów, które lubimy wplatać do swojej twórczości. Nie robimy tego więc tylko dlatego, że czujemy taką potrzebę, albo dlatego, że jest to część konceptu, a raczej że taki sposób wyrazu najzwyczajniej w świecie sprawia nam frajdę!

 

Dziękuję za rozmowę!

Alicja Sułkowska

Alicja Sułkowska

Wyrośnięty wampir emocjonalny o wątpliwym guście muzycznym.
Alicja Sułkowska

Latest posts by Alicja Sułkowska (see all)

Tagi: , , , , , , .