Samael: „Robienie błędów to część życia”

Lada moment szwajcarski Samael wystąpi jako główna gwiazda powracającego po kilku latach nieobecności festiwalu Metalmania. Grupa zaprezentuje z tej okazji specjalny set, złożony głównie z utworów z początkowego okresu. Wraz z Vorphem, wokalistą i gitarzystą Samael, powspominaliśmy więc trochę historii. Napomknęliśmy także o nowej płycie, której premiera już niebawem.

Niedawno czytałem rozmowę o black metalu w latach 90. i pojawiło się pytanie o początki popularności tego gatunku w Polsce. Padło takie zdanie, że zaczęło się od Samaela.

Miło mi to słyszeć. To wielka przyjemność, kiedy dowiadujesz się, że to, co robisz, ma pozytywny wpływ na ludzi. Ktoś może się oczywiście spierać, czy słowo „pozytywny” jest na miejscu, ale ja postrzegam muzykę jako coś, co pomaga w życiu. Pozwala uwolnić uczucia, które my jako ludzie często w sobie chowamy. Tak widzę rolę sztuki. Wspaniale jest mieć możliwość wyrażania siebie poprzez nią.

Zawsze tak to widziałeś? To był główny powód, dla którego 18-letni Michael Locher sięgnął po gitarę, przybrał pseudonim Vorphalack i zaczął grać muzykę złą i mroczną?

Nie, powód był bardziej prozaiczny. Byłem po prostu fanem metalu na długo przed tym, kiedy sięgnąłem po gitarę. Bardzo lubiłem zespoły,które ocierały się o wirtuozerię, jak na przykład Iron Maiden, ale najważniejsze było dla mnie, że metal to nie tylko muzyka, to były także emocje! Weź na przykład Black Sabbath, Venom czy Hellhammer. To były proste dźwięki, ale takie, które miały duszę. Zapragnąłem wtedy sam grać, choć nie miałem żadnych umiejętności. Chwyciłem jednak za gitarę i krok po kroku zacząłem się uczyć. Nie stała więc za tym jakaś wielka ideologia. To było proste uczucie- podoba mi się muzyka, chcę ją grać, więc to zrobię.

Trudno sobie wyobrazić Samael bez Ciebie albo bez Twojego brata (Alexandre „Xy” Locher- dop. red.), od wielu lat stanowicie filary tego zespołu. Ale kiedy startowałeś z kapelą, grałeś z innym perkusistą, Patem Chavretem.

Tak, Pat był moim kumplem. Graliśmy razem przez około rok. Jeszcze wcześniej grałem także z innymi ludźmi, byłem nawet basistą przez jakiś czas. Koniec końców nic wtedy nie nagraliśmy, mieliśmy inne priorytety. Niektórym zależało tylko na zabawie, ja traktowałem granie bardziej poważnie. Chciałem komponować, nagrywać płyty, grać koncerty. Wtedy właśnie połączyłem siły z Patem, bo patrzyliśmy podobnie na wiele spraw. Nagraliśmy razem nawet kilka taśm, zagraliśmy parę koncertów. Pat jednak w pewnym momencie zrezygnował, bo miał w życiu coś ważniejszego niż muzykę.

Zastanawiam się jednak dlaczego na samym początku nie chciałeś grać z własnym bratem?

To nie tak, że nie chciałem. On jest młodszy niż ja. Cztery lata różnicy to niby nie tak dużo, ale pamiętaj, że gdy ja miałem lat 18, on dopiero skończył 14. Poza tym miał swoje towarzystwo, swoich przyjaciół, którzy także grali i to z nimi tworzył muzykę. Grał wtedy na gitarze. To, co nas ostatecznie zbliżyło do siebie, to śmierć naszego ojca, który zmarł w latach 80. Ja i Xy potrzebowaliśmy w tamtym czasie być bliżej siebie i wtedy zrodziła się także chęć wspólnego grania, aby wyrazić to, co wtedy czuliśmy.

Jak wspominasz te stare czasy i samą muzykę, jaką wtedy tworzyliście? Masz chęć opowiedzieć coś więcej o Waszych pierwszych płytach?

Jasne.

To zacznijmy od Worship Him.

To debiut, co od razu słychać (śmiech). Jeśli chodzi o kompozycje, to mieliśmy już trochę utworów, niektóre ukazały się wcześniej na EPce. Nie bardzo wtedy wiedzieliśmy jak działa muzyczny biznes, jak powinien wyglądać nasz następny ruch po wypuszczeniu wspomnianej EPki, nie mieliśmy wytwórni. Stąd też nasza decyzja, by nagrania pierwszej płyty sfinansować samemu. Brzmi dumnie, choć tak naprawdę wyglądało to tak, że moja mama wzięła pożyczkę w banku na ten cel (śmiech). Dopiero z nagranym materiałem zaczęliśmy szukać wydawcy, co nie było takie łatwe, bo zainteresowanie było mizerne. Wysyłaliśmy nasz album do różnych wytwórni, ale brak było pozytywnych odpowiedzi. Byliśmy tym podłamani. Otrzymaliśmy jednak list od przyjaciela, Herve`a Herbauta, który napisał, że bardzo mu się podoba nasza płyta, i że nie ma co prawda swojej wytwórni, ale ją założy i wyda Worship Him. Takie były początki Osmose Production. Herve zaproponował zwrot połowy kosztów nagrania, więc szybko spłaciliśmy 50% pożyczki, resztę w ciągu sześciu miesięcy pokryliśmy ze sprzedaży albumu. Bardzo chcieliśmy wtedy grać trasy koncertowe, ale okazało się to szalenie trudne. Udało nam się wtedy jednak dojechać do Polski. Pamiętasz to?

Graliście nawet w moim mieście, ale byłem wtedy kilkuletnim dzieciakiem, więc znam to tylko z opowieści innych.

Żałuj, graliśmy wtedy świetne koncerty z Napalm Death (śmiech). Wracając jednak do tematu, granie koncertów było dla nas bardzo ważne, dlatego też zdecydowaliśmy się na przejście do większej wytwórni, Century Media, bo wiedzieliśmy, że zespoły przez nich wydawane grają regularne trasy. Pamiętaj, że pochodzimy z małego miasteczka w Szwajcarii, nie mieliśmy tu nic do roboty. Naszym marzeniem było wyrwać się stąd i grać koncerty na całym świecie. Przejście do Century Media było dobrym pomysłem, mimo że nie byli jakoś bardzo zachwyceni naszą muzyką. No, przynajmniej nie tak, jak Herve (śmiech). Podczas nagrywania drugiego albumu, Blood Ritual, pracowaliśmy z Waldemarem Sorychtą, po raz pierwszy mieliśmy więc producenta. To był początek naszej wieloletniej współpracy.

Pojawiły się wtedy pierwsze głosy, że się sprzedaliście, bo Wasza muzyka jest bardziej czytelna.

Szybko się nauczyliśmy nie przejmować tego typu krytyką. Zarzuty o sprzedaniu się słyszeliśmy już przy okazji Worship Him. Może nie były one częste, ale pojawiały się takie głosy, tylko dlatego, że to już nie był tape trading, tylko profesjonalnie wydana płyta, na dodatek dostępna w sklepach. Dla niektórych to było świadectwo, że nie należymy już do undergroundu i nie będą nas wobec tego wspierać. Dla nas jednak nie miało to znaczenia. Od samego początku istnienia naszego zespołu było dla nas jasne, że chcemy tworzyć muzykę i grać koncerty. Marzyliśmy o tym, by żyć z muzyki. A co do uczynienia naszej muzyki bardziej czytelną, jak to nazwałeś, to sprawa jest prosta – w końcu mieliśmy producenta, który na dodatek rozumiał metal. Nie doszło przecież do zmiany stylu, tylko lepiej wyeksponowaliśmy dźwięki, które gramy. Jestem bardzo zadowolony z Blood Ritual. Nawet dziś, kiedy słucham tego albumu, bardzo mi się podoba.

Według mnie zmiany na Waszych pierwszych albumach są jednak zauważalne, tylko że nazwałbym je ewolucją. Natomiast rok 1996 i album Passage, to już była rewolucja.

Wiesz co, podoba mi się Twoja opinia, bo w przypadku Worship HimBlood RitualCeremony of Opposites widzisz jak naturalnie następny album wynikał z poprzedniego. Natomiast Passage było już faktycznie zauważalną zmianą. Zrezygnowaliśmy z żywych bębnów na rzecz automatu perkusyjnego, pojawiło się więcej elektroniki, piosenek zorientowanych na klawisze, większą rolę odgrywała atmosfera. Myślę, że wraz z wydaniem Passage nasz styl stał się bardziej rozpoznawalny, trudno nas było pomylić z kimś innym.

Wspominasz, że w tamtym czasie Twój brat porzucił bębny i skupił się na klawiszach. Czy podczas poprzedniej trasy, kiedy graliście w całości Ceremony of Opposites, czy teraz przed Metalmanią, kiedy pojawi się trochę numerów z debiutu i z dwójki, nie kusiło Was, aby wrócić do tej starej konfiguracji z Xy grającym na perkusji?

Nie, w ogóle nie kręci mnie ten pomysł. Oczywiście rozmawialiśmy o tym raz czy dwa, ale podoba mi się to, jak brzmimy z automatem. Jest chłodniej i bardziej perfekcyjnie. Ustalasz tempo i jedziesz, bez litości. To jak przed bitwą- ustalasz plan i później perfekcyjnie realizujesz scenariusz. Lubię ten brak niespodzianek. Zresztą gramy z automatem już przeszło dwadzieścia lat, można powiedzieć, że to część naszego brzmienia. Mój brat także nie narzeka. Ma okazję pograć od czasu do czasu na bębnach w swoim drugim zespole, który założył z przyjaciółmi.

Przez te wszystkie lata nie tylko Twoja muzyka ewoluowała, ale także Ty sam jako osoba. Przeszedłeś ciekawą drogę- od mroku, zła i diabła, do mówienia o takich tematach, jak konieczność respektowania praw mniejszości, wegetarianizm czy sztuka.

Tak, to naturalne. Chyba każdy z nas odbywa taką podróż, każdy z nas się rozwija. Przynajmniej taką mam nadzieję. Z drugiej strony, czy zmieniłem się aż tak bardzo? Wciąż mam tych samych przyjaciół co trzydzieści lat temu. Swoją drogą zmiany często wymuszane są przez samo życie, które wrzuca nas w środek wydarzeń czy problemów, z którymi musimy się konfrontować. To nas rozwija, bo po przejściu jakiegoś kryzysu nie jesteśmy już tacy sami.

Zakładałeś zespół trzydzieści lat temu…

Nie wypominaj mi, że jestem już tak stary (śmiech).

Nie miałem takiego zamiaru (śmiech). Zastanawiam się jedynie, czy możliwe jest zrobienie podsumowania wszystkich dobrych i złych rzeczy, jakie zrobiłeś jako lider Samael przez ten czas.

Nie patrzę na to w ten sposób, nie rozpamiętuję swoich pomyłek. Robienie błędów to część życia, na dodatek bardzo ważna, bo pozwala się nam rozwijać. Kto wie, może dałoby się rozważyć, czy pewne rzeczy mogliśmy zrobić lepiej, ale w sumie po co? Mogę myśleć „gdybym mógł się cofnąć w czasie”, ale jeśli to by było możliwe i coś bym zmienił, może już by mnie nie było na świecie? A może byłbym kimś zupełnie innym? Nie chciałbym niczego zmieniać z przeszłości, mimo że doświadczyliśmy także sporej ilości problemów. Kto ich jednak nie doświadcza? Czy jesteś fryzjerem, prawnikiem czy muzykiem, każdy ma swoje wzloty i upadki. Trzeba nauczyć się to akceptować.

Dużo mówimy o zmianach, ale w temacie składu zespołu akurat nie było ich aż tak dużo. Jak byś opisał relacje między Waszą czwórką?

Jesteśmy ze sobą dość blisko. Zresztą zawsze tak było, nawet w poprzednich składach. To ważne, aby była między nami chemia. Zresztą kiedy ty sam jesteś na koncercie pod sceną na pewno czujesz, jeśli w zespole jest jakaś wspólna energia między muzykami. To jest coś, czego nie da się udawać, fani to czują. U nas ta chemia jest, mimo zmian składu. Największa zmiana to na pewno odejście Masa (Christophe „Mas” Mermod, basista w latach 1991-2015 – dop. red.), który dwa lata temu zdecydował się zostać oświetleniowcem. Od tamtego czasu jest z nami Drop (Thomas „Drop” Betrisey – dop. red.) i to uczyniło nasz zespół jeszcze silniejszym. Drop jest od nas młodszy i jest niesamowicie zmotywowany. Pozytywnie wpłynął na naszą muzykę, bo z nim na pokładzie bardziej się na niej skupiamy. Nie to, że wcześniej tak nie było, ale Mas był naszym przyjacielem, więc naturalnie nie tylko dźwięki nas pochłaniały, ale także mnóstwo innych spraw. Z Dropem znaliśmy się wcześniej i lubiliśmy, ale nie wiedzieliśmy o sobie wszystkiego, więc to muzyka stała się centralnym punktem naszej relacji.

Pomówmy więc trochę więcej o teraźniejszości, tym bardziej że niebawem wydajecie nowy album. Co możesz o nim powiedzieć?

Niewiele. Tylko tyle, że jesteśmy podekscytowani (śmiech). Niedawno słyszeliśmy parę utworów już zmasterowanych, bardzo nam się podobało, daliśmy więc zielone światło na zrobienie reszty. Można więc powiedzieć, że sprawy są na ukończeniu. Powoli rozkręcamy promocję. Jak wiesz mamy nową wytwórnię, Napalm Records, która zajmie się dystrybucją na świecie. To ekscytujący moment. Jeszcze przed premierą usłyszycie dwa numery, zagramy je podczas Metalmanii. Być może uda się jeden z nich wrzucić do sieci jeszcze przed festiwalem.

W jakim kierunku poszliście na nowej płycie?

To będzie logiczny krok w naszym rozwoju, cokolwiek to znaczy (śmiech). Na pewno nie będziemy powtarzać tego, co nagraliśmy na Lux Mundi (z 2011 roku – dop. red.). To był dobry album, ale mało zaskakujący. Bardziej patrzę na niego jak na miks wszystkiego tego, co Samael robił w przeszłości. Tym razem bardziej patrzę w przyszłość, na coś nowego. Jak inaczej można udanie uczcić tę trzydziestą rocznicę zespołu, o której rozmawialiśmy? Tylko nowym, świeżym wydawnictwem.

W notce prasowej padło stwierdzenie, że to będzie Wasz najważniejszy album. Naprawdę tak myślisz?

Ja tak powiedziałem? Jeśli tak, to zdecydowanie powtórzyłbym to jeszcze raz! Choćby dlatego, że minęło już sześć lat od ostatniej płyty, to najdłuższa przerwa wydawnicza w naszej historii. Mieliśmy skomponowanych trochę utworów, ale porzuciliśmy pracę nad albumem na jakiś czas, aby nabrać odpowiedniej perspektywy i dodać do nowych piosenek tego, czego potrzebowały.

Nie baliście się milczeć tak długo? Czasami sześć lat to już inna epoka w muzyce.

Byliśmy zajęci, więc nie myśleliśmy o strachu. Xy miał projekt, który był dla niego bardzo ważny (Sedenum, muzyka skomponowana przez Xy dla miasta Sion, nagrana przez Praską Orkiestrę Symfoniczną – dop. red.). Od zawsze chciał zrobić coś takiego i temu poświęcił sporo czasu. Praca przy tym projekcie miała także wpływ na kształt nowego albumu Samael, wyraźnie słychać te inspiracje. Jako zespół też przecież nie milczeliśmy, graliśmy wspomnianą trasę, na której zaprezentowaliśmy w całości nasz trzeci album. Poza tym musieliśmy się także „dotrzeć” w nowym składzie. Wracamy jednak zwarci i gotowi.

Mogę spytać o tytuł nowej płyty?

Pewnie, że możesz spytać, ale ci nie odpowiem (śmiech). A poważnie, to myślę, że mamy gotowy tytuł, ale już dwukrotnie go zmienialiśmy, więc nic nie powiem dopóki wytwórnia go nie pozna.

Co z datą premiery?

Nie jestem pewien, ale myślę, że się uda jeszcze przed końcem lata.

Nie mogę się doczekać.

Ja także! Szczególnie momentu, kiedy będę mógł sobie włączać nową płytę, jadąc autem. To jest taki wiarygodny test albumu, czy dobrze się go słucha w samochodzie (śmiech).

 

Autorem zdjęć koncertowych jest Piotr „Bobas” Kuhny 

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , .