Sautrus: „Mrówcza robota”

Sautrus na Pomorzu wzięli wszystko, co było do wzięcia już przy poprzednim albumie Reed. Wszystko wskazuje na to, że nowa płyta Anthony Hill pozwoli im wyjść jeszcze dalej w Europę. O graniu dla pełnych sal, mrówkach i korporacjach rozmawiamy z wokalistą Weno Winterem i perkusistą Piotrem Ochocińskim.

Anthony Hill to trochę inny materiał niż Reed. Jest mniej stonerowy, bardziej poukładany.
Weno: Nawet nie wiesz jak się cieszę, że w końcu ktoś to zauważył. Cały czas recenzenci piszą, że stoner i pustynia.
Piotr: Nie zamierzamy od tego stoner rocka uciekać. Z niego się wywodzimy, bo przecież są naleciałości i Sabbathów, i Kyuss… Mimo tego od samego początku odczuwaliśmy wewnętrzną potrzebę rozwoju i zwiększenia zakresu ekspresji. Reed powstał o wiele łatwiej – po prostu weszliśmy do studia, zajebaliśmy, wiele numerów po prostu poszło, więc sporo było tych elementów. A przy Anthony Hill było już komponowanie.
Weno: Siedzieliśmy z Michałem nad kompozycjami, ale inspiracje sięgały bardziej do muzyki folkowej niż stonerów. Kręciły nas klimaty folkowe, rock’n’roll lat 60-tych…

Byłem chyba na trzech ostatnich waszych koncertach w Trójmieście. Za każdym razem mieliście albo pełne sale, albo prawie pełne.
Piotr: Zgadza się. W Trójmieście nas znają.

Niby tak, ale przecież nawet pośród trójmiejskich kapel nie jest standardem, że kluby są pełne. A tymczasem wy brzmicie na tyle fascynująco, że ludzi to przyciąga. Skąd się to brzmienie wzięło? Weno, mówisz o folku, o latach 60-tych. Rzucisz jakieś konkretne nazwy i nazwiska?
Weno: Nie mógłbym zbyt dużo rzucać nazwami i nazwiskami, bo mogłoby się okazać, że tak jak Led Zeppelin ukradliśmy połowę materiału (śmiech). Jeśli chodzi o folk, to uwielbiam irlandzką muzykę ludową.

Może i słabo znam irlandzki folk, ale Sautrus jakoś mi się z nim nie kojarzy.
Weno: A tymczasem dużo takich elementów tam wtykamy.
Piotr: Najczęściej wszystko jest tak przearanżowane, że nie da się poznać. Chłopaki przynoszą pomysły na próbę, jakieś zaczątki, fundamenty i korzenie, od których zaczynamy. Są to właśnie elementy, które wyciągają choćby z tego folku czy jakichś innych fascynacji.

Chodzi o inne skale, melodykę?
Weno: Tak, o melodykę, o piosenkowość, o ogólny sposób patrzenia na muzykę. Wydaje mi się, że to, co ty nazywasz brzmieniem, jest tą naszą piosenkowością. Nie chcemy, żeby ono było mgliste, ciemne, mroczne, a żeby sama kompozycja opowiadała o tym, że takie jest. Brzmienie jest wypadkową.

Weno, stosujesz na scenie sporo ciekawych technik – poza czystym śpiewem śpiewasz też gardłowo, budujesz harmoniczne wokalizy przy pomocy efektów. Uczyłeś się gdzieś wcześniej śpiewać?
Weno: Zaczynałem od śpiewu w chórze. W moim liceum był facet, który zainicjował powstanie chóru. Okazało się, że odnieśliśmy sporo sukcesów, nawet na arenie międzynarodowej. Tam się uczyłem techniki śpiewu.

Ale gardłowego śpiewu nie uczą zazwyczaj w chórach.
Weno: To są inspiracje z muzyki ludowej – tybetańskiej, mongolskiej. Moim guru w wydawaniu tego typu dźwięków jest Gendos. Jara mnie to i jakoś weszło mi w krew. Tego rodzaju śpiewu nie postrzegam jako techniki, albo czegoś, co można wyćwiczyć. To musi wyjść z ciebie samo. Jeśli czujesz jakąś wibrację, masz dobry podkład i coś, co chcesz wyrazić w konkretny sposób, to twoja głośnia sama układa się w odpowiedni sposób. Tak było ze mną. Nie ćwiczyłem tego. Chciałem się tego nauczyć, ale nie trenowałem. Pamiętam, że na jednej z prób wałkowaliśmy w kółko jakiś motyw. Weszliśmy na jakieś odpowiednie wibracje. Byłem tak zjarany, że po prostu mi się to udało. Wychodząc z próby cały czas to powtarzałem, aż w końcu weszło mi w krew i mogłem nad tym pracować dalej.

Czyli nie było tak, że spotkaliście się na pierwszych próbach Sautrus i pomyśleliście: „kurde, musimy mieć jakiś wyróżnik”.
Weno: Nie. U nas wszystko wychodzi naturalnie.
Piotr: Kiedy już obraliśmy sobie taki, a nie inny kierunek, i takie, a nie inne formy brzmienia, choćby to, w jaki sposób Michał ustawia sobie gitarę, to daliśmy sobie autonomię. Nie chcieliśmy wygładzać brzmienia, jak robi sporo zespołów, żeby akceptowała ich większość ludzi. My uważamy, że to jest droga na skróty i efekty są bardzo krótkofalowe. Jeśli zaczynasz coś takiego robić to ludzie przestają cię szanować jako twórcę i odkładają cię na półkę. Często słyszymy z wielu stron jakieś pouczenia i sugestie, że tego powinno być więcej, tego mniej, wokal taki, a gitara taka. Okej, dzięki za radę, ale zostajemy przy swoim. Jeśli masz swój styl, siedzisz w nim konsekwentnie i świadomie, to zyskujesz szacunek ludzi, bo robisz coś innego, co może im się podobać. I to staje się tym wyróżnikiem.

Wiem mniej więcej jaki koncept stoi za albumem Anthony Hill, bo czytałem konkurencję i przyjrzałem się bliżej temu, co jest we wkładce. Ale googlowałem też to imię i nazwisko i wyskakiwały mi różne dziwne rzeczy.
Piotr: Wskazówka do rozszyfrowania zagadki jest dużo bliżej, niż ci się wydaje. Nie trzeba szukać historii. Już wcześniej pytano nas czy Anthony Hill to postać przypadkowa, fikcyjna, czy prawdziwa… Wyjaśniam, że imię i nazwisko nie jest przypadkowe, ale sama postać – tak.

Dlaczego jest to tajemnica?
Piotr: Nie chcemy zabierać nikomu frajdy.

Pojawiła się koncepcja, że chodzi o zniewalające nas korporacje i tego typu sprawy.
Weno: Wasza konkurencja rozpisywała się o tych korporacjach, a to wcale nie o to chodzi. Nie jest to clou sprawy. Samym sercem Anthony’ego Hilla jest on sam i jego wewnętrzny problem, a nie to, że pracuje w korporacji.
Piotr: Korporacja to tło. To modny temat, więc inni się go chwycili. Ale nie chodzi o jakąś ogólną krytykę takich przedsiębiorstw. Nie uciekniemy od nich. Ja pracuję w korporacji, nasz gitarzysta jest kierasem w supermarkecie, a to przecież też korpo. Nie będę ukrywał, że za pomysłem całej postaci Anthony’ego Hilla stał Weno. To on przyszedł z tym konceptem na próbę. Chodziło o pewne zależności i podobieństwa między światem ludzkim a zwierzęcym, a nawet owadzim.
Weno: Korporacja to nawiązanie do systemu działania w mrowisku. Mrowisko to scentralizowany układ, który ma działać na jakichś ściśle określonych zasadach. I tak właśnie działają korporacje. Nawet przedsiębiorstwa, które powstają w Stanach Zjednoczonych i zajmują się dystrybucją gazu ziemnego, są oparte na systemie, w którym funkcjonują mrówki, na systemie szlaku feromonów. Zasady działania mrówek, zdobywania pożywienia i przenoszenia go z powrotem do mrowiska przełożono na program komputerowy i okazało się, że świetnie się to sprawdza. Kiedy mrówki znajdą pożywienie, to wracając do gniazda zostawiają ślad feromonowy, po którym inne mrówki docierają do źródła pokarmu idąc dokładnie tą samą drogą. Kiedy pożywienie w tym miejscu się skończy, ostatnia mrówka wracająca do mrowiska nie zostawia już śladu. Dlatego też nazwaliśmy trasę koncertową Feromonowy szlak.

Skąd to wszystko wiesz?
Weno: Siedziałem nad tematem mrówek całą zeszłą zimę. Chciałem skończyć płytę, ale temat jest fascynujący. Mrówki, kiedy zakładają sobie zdobycie pożywienia, mają prawie 100%-ową skuteczność w podejmowaniu dobrych decyzji.
Piotr: Żeby się o tym przekonać wystarczy wyrzucić czekoladę za łóżko.
Weno: NASA prowadzi też badania nad wystrzeleniem rakiety na tej samej zasadzie, na jakiej działają społeczności mrówek. Chyba za dwa lata ma zostać wystrzelona jakaś sonda, która wyjdzie w powietrze w konkretnym dniu, w konkretnej sekundzie, z konkretnego miejsca na ziemi. To wszystko zostało wyliczone na podstawie systemu działania mrówek amazońskich.

W tym pojawia się jednak czynnik, który u mrówek nie występuje. Ludzie mają tendencję do pomyłek. Ktoś może się machnąć w obliczeniach albo spóźnić do pracy, co spowoduje już opóźnienie prac albo reakcję łańcuchową w postaci szeregu pomyłek.
Weno: U mrówek też może się coś zdarzyć. Ktoś może przyjść i je rozdeptać. W nas może trafić kometa.
Piotr: Jesteśmy świadomi, jak mrówki działają dzięki feromonom, ale zapominamy, że my funkcjonujemy na podobnych zasadach. Podejrzewam, że naszym życiem w jakichś 95% rządzą podobne mechanizmy. Niektórzy mówią, że to szczęście, przypadek albo coś w tym stylu. A to pewnie właśnie albo feromony albo jakaś energia, którą nasze organizmy w jakiś sposób wychwytują.
Weno: Takie rzeczy po prostu wpływają na twoją zdolność do podejmowania odpowiednich wyborów. Cały ten temat mrówek polega na tym, żeby odnajdować te analogie pomiędzy ich światem, a naszym. Anthony Hill, czyli bohater naszej płyty, jest ich uosobieniem. Jego stan psychiczny odzwierciedla te analogie między ludźmi i mrówkami. Korporacja kontra indywidualizm.

Wróćmy do samej płyty. Komponowaliście kolejne utwory pod ten koncept, czy najpierw mieliście utwory, a potem dostosowywaliście je do ogólnej idei?
Piotr: Pierwszy był The Way. Potem Good Mourning. Pamiętam, że początkowo kwestia mrówek była pomysłem tylko na potrzeby The Way, ale Weno przyszedł i powiedział, że temat jest tak bogaty i interesujący, że warto się zastanowić, czy nie popłynąć z tym dalej. Szczerze mówiąc muza popłynęła sama, a Weno pracował nad warstwą tekstową. Jedno z drugim połączyło się idealnie.

Nie zastanawialiście się w trakcie pracy nad muzyką, czy ten konkretny riff odpowiednio oddaje na przykład marsz mrówek?
Weno: Mieliśmy riffy o określonym natężeniu emocjonalnym i dopasowywaliśmy je do odpowiedniego mrówczego tematu: jeśli mieliśmy bardziej agresywny riff to stwierdzaliśmy, że przyda się do opowiadania o tej bardziej agresywnej stronie mrówek. W ten sposób powstały po prostu numery, a resztę dopowiedziały teksty. Na początku skupiliśmy się na samej muzie, bo chcieliśmy, żeby wszystko było spójne.

Od początku założeniem było, że odchodzicie od tej „stonerowości”, z którą was wcześniej kojarzono?
Piotr: Powiedziałbym raczej, że nie płaczemy z powodu tego, że mamy ciągotki do robienia czegoś innego.

Ale wiecie, że i tak was w Polsce będą przyklejano do stonera, bo nie ma innej szufladki, w którą można by was wepchnąć?
Piotr: Spoko. Przez cztery lata mówiono, że Weno śpiewa jak Maynard. Potem, że brzmi jak Ozzy albo Dio.
Weno: Za chwilę będą mówić, że śpiewam jak Cugowski.
Piotr: Wolałbym, żebyśmy tego akurat uniknęli (śmiech).
Weno: Ludzie zawsze porównują cię do czegoś, co sami znają. Nie da się inaczej, zwłaszcza, że nasza muza jest ciężka do sklasyfikowania.

To prawda. Sam miałem problem z relacjami z waszych koncertów czy z recenzjami płyt. Używając słów, metafor i przenośni zrozumiałych szaremu Kowalskiemu, który kojarzy co najwyżej Black Sabbath i AC/DC, trudno jest opisać, co się dzieje na Reed albo Anthony Hill.
Weno: Nawiążę do tego, co mówiłeś wcześniej o tym gardłowym śpiewie. Nie planowaliśmy wtedy szukania czegoś, co nas wyróżni, tak po prostu wyszło. Tak samo jest z muzyką. Nie mamy tak, że chcemy grać stoner, albo chcielibyśmy żeby to było folkowe, więc powinniśmy zagrać to tak, a nie inaczej. Wszystko idzie naturalnie, nie ma w tym kalkulacji, której efektem miałoby być przypisanie nas do jakiegoś konkretnego gatunku.

Jak długo się znacie we czwórkę?
Piotr: Weno i Michał, gitarzysta, znali się pierwsi.
Weno: Założyliśmy ten zespół. Znaliśmy się jakieś 8 czy 9 lat.
Piotr: Potem podkupili mnie ze Struggle With God. Było to jakieś pięć lat temu. Młynek przyszedł za Buszmana jakieś dwa lata temu. Czyli we czwórkę znamy się mniej więcej od dwóch lat.

Zapytałem o to, bo zastanawia mnie jak długo trzeba się znać, żeby mieć taką swobodę o jakiej mówicie, żeby nie bać się rzucać nawet najdziwniejszych pomysłów.
Piotr: Moim zdaniem naszą największą wartością, wręcz unikatową, jest to, że my tak naprawdę się bardzo lubimy. Po części w wielu kwestiach jesteśmy jak rodzina. Jeździmy wspólnie na wesela i pogrzeby, przeżywamy razem różne pozytywne i negatywne sytuacje. Sam zespół Sautrus też jest w pewien sposób koncepcyjny. Niektórzy próbują się doszukiwać tego, że Weno jest szefem, bo jest bardziej z przodu i skupia na sobie uwagę…

   

Bo tak to wygląda!
Piotr: Oczywiście! Myślisz, że o tym nie wiemy? Ale taki jest właśnie cel! My specjalnie we trójkę tworzymy mu taką przestrzeń, żeby on mógł odprawiać swoją mszę z wiernymi. Staramy się mu w tym pomagać, nie przeszkadzać. Ma być do tego odpowiedni nastrój, odpowiedni podkład muzyczny. Wydaje mi się, że przesyt solówkowy, zmiany rytmów, jakieś galopujące tempa, zaburza tę mistyczną atmosferę. To, w jaki sposób mamy wszystko ułożone, to, że Weno jest z przodu i prowadzi tę rozmowę, wyszło w praniu, ale ma konkretną funkcjonalność. Każdy z nas wie, jaki ma cel. Nikt z nas nie chce indywidualizować siebie jako muzyka: „teraz moja solówka, bo za mało mnie na płycie”. Nic z tych rzeczy. Już w poprzednich wywiadach pytano nas, czy nam to nie przeszkadza, że Weno jest z przodu, że ma tę charakteryzację, że się wyróżnia. Absolutnie nie. Ta delikatna, mistyczna strona, gdzie Weno prowadzi mszę, a my jesteśmy akompaniującym zespołem, jest moim zdaniem najlepszą formą dla tego, co chcemy przekazać.
Weno: Nie ma czegoś, co się wyróżnia, jeśli nie ma dla tego dobrego tła. Wszystko musi ze sobą współgrać. A nasza swoboda wynika z tego, że nie traktujemy siebie przedmiotowo. Jesteśmy razem. Cały proces powstawania albumu, emocje, które są na nim zawarte, były przeżywane również wewnątrz zespołu. To bardzo ważne, bo sztuka polega przede wszystkim na tym, że masz się dzielić emocjami, a nie solówką, którą skomponowałeś albo ukradłeś. Jakie masz emocje, takie przedstawiasz, najbardziej jak się da. Ten język nie obejmuje tylko słów.
Piotr: Poza tym musisz to robić jak najszczerzej, żeby nie wyjść na kłamcę. Moim zdaniem osoba, która ogląda koncert, nie jest naiwniakiem, tylko podskórnie czuje, czy ten ktoś na scenie jest fałszywy, czy naprawdę wierzy w to, co robi.

Od widza wymaga to także pewnego rodzaju dojrzałości, wykształcenia jakiegoś aparatu do odbioru przekazywanych emocji. To przecież trudny do zrozumienia język. Łatwym do zrozumienia posługują się wykonawcy pop czy nawet disco-polo.
Weno: Większość ludzi to osoby niewymagające. Przeważająca część społeczeństwa nie ma jakiegoś rozbudowanego życia emocjonalnego i potrzeb wewnętrznych. W muzyce pop ten poziom emocji jest dla nich odpowiedni. Z nim się utożsamiają. A im głębiej drążysz, im bardziej myślisz, tym bardziej zawzięcie szukasz czegoś, co będzie pasowało do twojego stanu emocjonalnego. My w zespole łączymy się w jakimś temacie i muzycznie to przedstawiamy. Nie chodzi tu o żadną rywalizację czy o docieranie się. Na podstawie jakichś procesów, których do końca nie rozumiemy, połączyliśmy się w cztery osoby po to, żeby emocjonalnie stworzyć jakiś projekt muzyczny i wizualny. Jeśli się komuś to podoba, ma ten sam odbiór emocjonalny – fajnie.

Zagraliście już kilka tras, które zahaczały także o kraje Europy Zachodniej. Jak to możliwe, że zespół, który nie ma jakiejś olbrzymiej masy fanów, ani wsparcia marketingowego w postaci wytwórni, agencji koncertowej czy kogokolwiek innego, zapełnia sale we własnym mieście, ale także wyraźnie rośnie w siłę w kraju i za granicą?
Weno: Może właśnie dlatego, że jesteśmy szczerzy i nie mamy PR-u. Może ludziom się już znudziły wystudiowane przekazy.

Ale jak jedziecie do nowego miasta, to ktoś musi przyjść na koncert, żeby dowiedzieć się, że jesteście szczerzy.
Piotr: Organizacją tras zajmuję się ja. Z przymusu. Każdy w zespole ma jakieś swoje zadania. Tak chyba jest zdrowo. Różnie to wychodzi, ale z racji tego, że jestem handlowcem w korpo, mam gadane, zająłem się właśnie ogarnianiem tras. Ułatwia mi sprawę, że muzyka nie jest sztampowa. Brutalnie mówiąc – łatwiej ją sprzedać. Ludzie z innych zespołów opowiadają mi, że na sto wysłanych maili dostają jedną albo dwie odpowiedzi. Ja mam to szczęście, że na sto wysłanych wiadomości, odpisuje mi sześć osób.

To znaczy, że ktoś to wszystko odsłuchuje.
Piotr: Ano właśnie. A to z kolei znaczy, że ludzie często nie odpisują nie dlatego, że mają to w dupie, tylko dlatego, że nie podoba im się muzyka. Ja w naszą muzykę wierzę całkowicie. Wiem, że mamy przed sobą dużo pracy, ale widzę, że idziemy w dobrym kierunku. To mi pomaga w aranżowaniu tych organizacyjnych spraw – koncertów, rozmów, pisaniu maili. To nie jest praca na 5 minut dziennie. Wracam z roboty, idę na próbę, wracam z próby o 23 i siedzę do 3 rano pisząc do ludzi, których nie znam. Weno zawsze powtarza, że 99% to jakość muzy. Jeśli ona jest dobra, to zawsze znajdzie się ktoś, kto się tym zainteresuje. Mamy to szczęście, że spotkaliśmy na swojej drodze wielu fajnych ludzi, którzy chcą nas zapraszać z jednej trasy na drugą, np. Simona z Hamburga czy Theo z Lippstadt. Organizacja z roku na rok jest coraz łatwiejsza.
Weno: Na każdym koncercie poznajemy nowych ludzi, a niektórzy z nich zapraszają nas potem do siebie. To mrówcza praca – jeździmy tymi samymi szlakami, a jak się wyczerpie pożywienie, to szukamy czegoś nowego (śmiech).

Musieliście te wszystkie kontakty nawiązywać od zera, czy mieliście na początku jakąś bazę?
Piotr: Mieliśmy jakieś trzy czy cztery miejsca. Na początku pomagał nam brat WenaRagnar.
Weno: Pierwsza trasa była o tyle ciężka, że żeby zdobyć sobie jakieś kontakty i zaskarbić sobie przychylność organizatorów, trzeba się było z nimi napić. W każdej miejscówce trzeba było wypić z kimś wódkę. Ale kontakty zostały do dzisiaj, a kac przeszedł.

Jak was odbierali ludzie w miejscach, w których kompletnie was nie znano?
Weno: Czy nas znają, czy nie – do każdego koncertu podchodzę jak do najważniejszego. Wszystko zależy od nastawienia, od tego, jak się dzisiaj czujemy. Im lepiej jesteśmy nastawieni, tym lepiej odbierają nas ludzie.
Piotr: Mnie się czasami nawet wydaje, że im bardziej nam się koncert nie podoba, tym bardziej podoba się ludziom. Kiedy schodziliśmy ze sceny na Red Smoke Festival, myślałem, że było kiepsko, a tymczasem słyszałem, że był to najlepszy koncert na imprezie. Tak samo z tym koncertem w Wydziale Remontowym, o którym wspominałeś. Ja byłem strasznie posrany, a w takim stanie kompletnie nie kontrolujesz tego, co robisz. To oczywiście brak doświadczenia, obycia ze sceną, warsztatu i tak dalej. Wszystko to przechodziliśmy. Oczywiście dalej nam się takie sytuacje zdarzają, ale rzadziej. Kiedy indziej nam się wydaje, że zagraliśmy świetnie, a ludzie kiwają głowami, że nie bardzo. Pewnie swój wpływ ma na to też chociażby dźwiękowiec.
Weno: Generalnie zawsze staramy się jak najszczerzej przekazać naszą muzykę. Ludzie to czają. Za granicą, gdzie nie ma promocji, ludzie też to widzą i słyszą.

Ale skąd wiedzą, że warto przyjść na Sautrus, skoro tego samego wieczora mają do wyboru jeszcze cztery albo pięć innych koncertów w innych klubach? Jak ich pozyskujecie?
Piotr: Kiedy graliśmy pierwszą trasę przychodziło po 30-40 osób, oczywiście w zależności od renomy klubu, od dnia tygodnia i tak dalej. I sprawdził się standardowy schemat bookingowy – jeśli zagraliśmy dobry koncert, to w tym samym miejscu pół roku albo rok później zawsze pojawiało się więcej ludzi. Tam, gdzie sprzedałeś najwięcej mercha, zawsze będziesz sprzedawał najwięcej. Podczas pierwszej trasy po Polsce przyjechaliśmy do nieistniejącego już klubu Od Zmierzchu Do Świtu we Wrocławiu. Był wtorek. Patrzymy – klub zamknięty. Godzina 17, więc dziwne. Dzwonimy, pytamy – okazuje się, że gościu zapomniał, że mieliśmy grać koncert. Zero plakatów, zero promocji, nic.

Może dlatego klub już nie istnieje.
Piotr: Klub na 300 czy 400 osób, a na koncert przyszło 6 osób.
Weno: Dobrze, że mieliśmy dwa supporty (śmiech).
Piotr: Zjaraliśmy się na scenie dokumentnie, ale dla mnie to był jeden z najlepszych koncertów na trasie. Pomimo tego, że widzieliśmy te pustki, to daliśmy z siebie 200%.

Były pustki, więc presja mniejsza.
Piotr: U nas nie ma tak, że skoro jest mniej osób, to sobie odpuszczamy. Zawsze gramy na full. Ale dzięki tamtemu koncertowi teraz we Wrocławiu będzie już tylko lepiej. Sporo się ruszyło po Red Smoke. Chłopakom z festiwalu i z Red Scalp należy się duży szacun za to, że nas wzięli i że mogliśmy połączyć nasze działania. My zagraliśmy dobry koncert, oni mieli fajnie, bo ludziom się podobało i dobrze kojarzą imprezę, a nas poznało wielu słuchaczy. Apetyt rośnie w miarę jedzenia – chcemy jeździć jeszcze więcej i grać jeszcze więcej. Mamy w planach jeszcze jedną trasę jesienią. Chcemy zrobić jeszcze jedną płytę i nagrać live’a.

Jeszcze jedną płytę w najbliższym czasie?
Weno: Mam na kompie z 70 plików przygotowanych pod nowe numery.
Piotr: Tę płytę robiliśmy trzy lata, więc pomysłów powstało sporo.
Weno: Mieliśmy mnóstwo riffów jeszcze podczas komponowania Anthony’ego Hilla, które nie zostały wykorzystane. Część rzeczy na płycie zostało wymyślonych nawet jeszcze przed Reed. Chodzimy do roboty, więc nie mamy czasu się tym zająć. Gdybyśmy mieli więcej czasu i środków to siedzielibyśmy cały czas w sali prób, bo mamy świetny materiał i zaplecze do roboty. Ale nie ma czasu, czym jesteśmy zdołowani.

A co z tym materiałem na żywo, który chcecie nagrać? Będzie chcieli też nagrać to na wideo?
Weno: Mamy numery z pierwszej EP-ki i z Reeda, które przearanżowaliśmy. Na żywo gramy je zupełnie inaczej, niż zagraliśmy na płycie. Chcemy je po prostu nagrać na nowo, żeby się nimi podzielić i pokazać, jak się nimi bawimy. I tak, chcemy to też nagrać na wideo w studio. Planujemy się spotkać na luzackiej atmosferze, rozstawić sprzęt, zaprosić znajomych, zagrać na setę.

To chyba dobry pomysł, bo podstawowa siła Sautrus to koncerty. Widać to było, gdy graliście przed Uriah Heep dla publiczności, która była, nazwijmy to, dość specyficzna.
Piotr: Nie mieliśmy pojęcia jak się zachowają.

A tymczasem byli mega wkręceni.
Piotr: Zza bębnów mało co widzę, czasami coś co najwyżej usłyszę. Kiedy wchodziliśmy na scenę to słyszałem co najwyżej, że ktoś dostał SMS-a, a za kolumną był jakiś świerszcz. A w połowie było już słychać, że jesteśmy na koncercie. Po występie przyszedł do nas na mercha gość, kupił winyl, płytę i powiedział: „Na razie”. Pytam go: „Co ty, nie zostajesz na Uriah Heep?”. „Nie, ja tylko na was przyjechałem”. I faktycznie wyszedł. Takie rzeczy są miłe. Powiem ci jeszcze, że zajebiście się czułem przy tych ludziach po horyzont. To była nasza największa publiczność do tej pory.
Weno: Najprzyjemniejszą rzeczą, jaką możesz zobaczyć ze sceny, jest kiedy ludzie z tyłu nie wychodzą, a przychodzą. To cię jeszcze bardziej nakręca.

Obecną trasę też kończycie w B90. Co prawda zagracie tam na małej sali, ale ona jest wbrew pozorom całkiem duża. Jej zapełnienie będzie dowodem, że w Trójmieście wzięliście już wszystko, co było do wzięcia?
Piotr: Nie. Ale to będzie fajny znak, że idziemy w dobrym kierunku nie idąc na kompromisy. To będzie też znak, że można.

Duża publika lokalna jest dla was sygnałem, żeby potraktować te inne geograficzne kierunki poważniej?
Piotr: Naszym celem jest potraktować wszystko na tyle poważnie, żeby rzucić pracę i robić muzę na 100%. Możemy siedzieć w sali prób po sześć godzin dziennie i robić zajebisty materiał za materiałem. Jeśli byłaby opcja, żeby jeździć w roku na dwie czy trzy trzymiesięczne trasy, to podpisuję się wszystkimi kończynami.
Weno: Nie jest to łatwe w naszym przypadku, bo nie gramy niczego, w co ludziom byłoby łatwo się wgryźć.

Z drugiej strony wasza muzyka też nie jest jakaś trudna do przyjęcia.
Weno: Dlatego też staramy się grać dużo koncertów, żeby pokazać ludziom, że to nie jest tak trudne, jak się wydaje. Często docierają do nas sygnały, że jesteśmy jacyś mistyczni, dziwni i w ogóle. A to przecież rock’n’roll.
Piotr: Wracając do zapełniania sal – trzeba kuć żelazo póki gorące. Jeśli jest zainteresowanie, jeśli są ludzie, którzy nas chcą, to trzeba to robić. Rok ma 365 dni, więc znajdzie się czas, żeby zagrać jeszcze raz w Trójmieście. A nie ma nic lepszego, jak zagrać w domu dla znajomych twarzy, dla pełnej sali, w najlepszym klubie w Polsce.
Weno: Na dodatek ekipa B90 w dużej mierze wkręciła się w naszą muzę. To najzajebistsze uczucie, kiedy wchodzisz na scenie, a wszyscy dokładnie wiedzą jak cię ukręcić, jak masz brzmieć. Sam fakt współpracy z tymi ludźmi jest już przyjemny. Często spotykam się z czymś takim, że przychodzę z moim efektem, a dźwiękowiec się pyta: „Po co ci to? Ja ci zrobię”. Albo inaczej: „Ja pierdolę, tego się nie da ukręcić”. W B90 kolesie wiedzą o tym efekcie więcej niż ja, wiedzą jak to ukręcić, wiedzą, że to jest mi potrzebne. Nikt nie zadaje głupich pytań. Na dodatek potem wszystko super brzmi. Daliśmy tam fajne koncerty, bo jeśli ekipa i podejście do realizacji jest profesjonalne, to my się nie musimy martwić o nic więcej, tylko o nasz show.

Autor zdjęć koncertowych: Wiktoria Dawidowska. Więcej obejrzysz tutaj.

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Tagi: , , , , , , .