Snakebite: „Cudze chwalicie, swego nie znacie”

„Spodziewałem się wielu zmian w kawałkach, a tak naprawdę nawet nie zmienionych, a dorzuconych zostało parę „smaczków”. No i nauczył się każdego naszego kawałka na gitarze. Ponoć zawsze to robi. Gitara to przedłużenie jego osobowości” – tak o współpracy z Warrenem Huartem z amerykańskiego Spitfire Music, w którym nagrywali m.in. Slash, Ace Frehley czy John 5 mówi Konrad Osicki, perkusista poznańskiej formacji Snakebite, która prawdopodobnie jako pierwszy polski zespół nagrała i wydała swój album w USA.

Jesteście obecnie w momencie promowania debiutanckiej płyty, którą najprawdopodobniej jako jedyny polski zespół macie zakontraktowaną w Stanach Zjednoczonych – chcielibyśmy jednak od tego niezwykłego punktu cofnąć się do momentu założenia Snakebite, pamiętasz ten dzień? Czas? Jak to było?

Zespół został założony (bo chyba tak trzeba określić nasze pierwsze spotkanie) w sali prób w centrum Poznania. Spotkaliśmy się wtedy we trójkę, po uprzednim kontakcie od gitarzysty, którego znałem z poprzedniego zespołu, w jakim grałem. Nie widzieliśmy się szmat czasu. Poprzednio graliśmy muzykę thrash metalową, więc propozycją grania w kapeli hard-rockowej bardzo mnie zdziwił. Z muzyką od razu poszliśmy do przodu. Mówi się, że czuć „w powietrzu” chwilę, kiedy zaczynasz grać z ludźmi, którzy mogą coś w muzyce namieszać. Rzeczywiście tak było. Wiedziałem od pierwszej chwili, że jeżeli nie uda mi się z tym zespołem, to z żadnym innym nie ma nawet co próbować. Co prawda patrząc z perspektywy czasu, gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że nagram płytę w wynajętym dla zespołu studiu w Orange County i grał na perkusji, na której nagrywał Joey Kramer (Aerosmith) to zaśmiałbym się głośno. Oczywiście, jak każdy zespół, mieliśmy kłopot żeby znaleźć wokalistę. Przewijało się bardzo dużo ludzi, jednak nie trafiał się nikt odpowiedni. W międzyczasie był na próbie nawet Łukasz Wolkiewicz (obecnie Corruption). W końcu, parę miesięcy po pierwszej próbie do zespołu dołączył nasz obecny wokalista, Dawid Gajewski.

Co działo się ze Snakebite w kolejnych latach aktywności? Na jakie wydarzenia związane z aktywnością zespołu należałoby zwrócić szczególną uwagę?

W kolejnych latach chcieliśmy zwrócić na siebie jak największą uwagę. Oczywiście, nie mieliśmy zielonego pojęcia o marketingu w przemyśle muzycznym. Myśleliśmy jedynie o tym, aby uzyskać kontrakt płytowy. Wynajęliśmy małe studio w Poznaniu i zaczęliśmy nagrywać utwór po utworze. Mieliśmy napisane wtedy dwa utwory – The Poison i Leavin’ Tonight. Chcieliśmy nimi zawojować świat. Zaczęliśmy wysyłać płytę w każde możliwe miejsce i atakowaliśmy mailami prawie każdego, kto się nawinął. Oczywiście nie udało się, więc zaczęliśmy szukać szczęścia w publikacjach, itp. W między czasie wydaliśmy EP zatytułowaną „Try To Fly”, przy której współpracowaliśmy ze Stephenem Marcussenem, człowiekiem odpowiedzialnym za brzmienie takich zespołów The Rolling Stones, Alice In Chains, Nirvana, Aerosmith czy też Ozzy Osbourne.

Jak dziś, z perspektywy czasu oceniacie tę EP-kę? Gdzie możemy ten materiał sprawdzić?

Nasza „epka” popchnęła nas na odpowiednie tory. Za każdym razem, kiedy zespół w zasadzie prawie zawiesza działalność , to pojawia się coś, co sprawia, że kontynuujemy działalność. Tym razem EP-ka miała być naszym ostatnim „hurra!”. Ale los bywa przewrotny. To w zasadzie dzięki rozesłaniu jej do odpowiednich ludzi osiągnęliśmy małe sukcesy, typu Radio Merkury i pierwsze miejsce na liście przebojów, czy też drugie miejsce w plebiscycie na Poznańską Płytę Roku. Wtedy też pojawiły się pierwsze wywiady i jakiekolwiek zainteresowanie ze strony mediów w Poznaniu. Materiał nie jest już dostępny, ze względu na to, że udostępniliśmy tylko wersję fizyczną. Do promocji i sprzedaży wśród naszych fanów. Wcześniej była możliwość zakupu on-line.

Dochodzicie do punktu, w którym macie gotowy materiał na pierwszy album: jak udało Wam się zainteresować swoją twórczością Spitfire Music?

Kiedy dostaliśmy możliwość nagrania płyty w studiu Warrena był grudzień 2014. Od razu pognałem do chłopaków i stwierdziłem, że mamy szansę zrobić coś, czego chyba jeszcze nikt w Polsce nie zrobił. Nagrać debiutancką płytę w Stanach. Udało nam się w międzyczasie zaangażować Igora Gwaderę. Występuje gościnnie w otwierającym album utworze „Outta Control”. Co do zainteresowania naszą muzyką – najpierw mieliśmy gotowy, nagrany materiał. Potem zaczęliśmy szukać wydawców. Oczywiście najpierw w Polsce, potem za granicą. Rozmawialiśmy dość prężnie z wytwórnią Metal Mind, na temat wydania krążka. Odzywaliśmy się do wielu bardziej, lub mniej znanych „menedżerów” na Polskim rynku, ale niestety na próżno. Nikt w nas nie wierzył. Mimo że każdy obiecywał pomóc, to tak naprawdę były to tylko puste słowa. Jak to zwykle bywa – „cudze chwalicie, swego nie znacie” – w czasie, gdy w Polsce nas po prostu olano, Warren po nagraniu pomógł nam i umożliwił podpisanie kontraktu. Wydaje mi się, że wierzył w produkt, nad którym pracował. Rozmawiał z nami bardzo często o tym, czy wydamy płytę w rodzimym kraju. Zależało mu na tym.

Podróż do USA, wspólna praca nad debiutancką płytą, jak to się odbywało? Czy Warren Huart jest dobrym partnerem do współpracy?

Warren jest bardzo dobrym partnerem do współpracy. Ma niesamowite ucho. Jest zdecydowanie najlepszą osobą, z jaką mógłbym sobie wyobrazić pracę nad muzyką. Wie dokładnie, czego chce, jak do tego dojść i co zrobić, aby uzyskać jak najlepszy efekt. Spodziewałem się wielu zmian w kawałkach, a tak naprawdę nawet nie zmienionych, a dorzuconych zostało parę „smaczków”. No i nauczył się każdego naszego kawałka na gitarze. Ponoć zawsze to robi. Gitara to przedłużenie jego osobowości.

 Spitfire Music miało już doświadczenie we współpracy z polskimi muzykami? Nagrywały tam jakieś uznane zespoły z innych krajów?

Z tego, co wiem Spitfire Music nie pracowało z żadnym z polskich muzyków. Jeżeli chodzi o nagrania w studiu, z tego co się orientuję i co wynikło z naszych rozmów, nagrywał tam chociażby Slash, Ace Frehley, John 5, The Fray. W dzień wyjazdu, w zasadzie dzień po zakończeniu nagrań, nagrywał tam Daniel Powter.

Premiera Waszego debiutanckiego albumu odbyła się właściwie rok temu, dlaczego dopiero teraz zaczynacie jego promocję?

Zaczynamy promocję albumu dopiero teraz ze względu na to, że za dużo czasu straciliśmy na usiłowanie wciśnięcia albumu do wytwórni płytowej w Polsce. Nawet po podpisaniu kontraktu z Warrenem szukaliśmy wydawnictwa w Polsce, które pomoże nam w marketingu i w wydaniu płyty. Oczywiście dochodzą do tego zdarzenia losowe, które zmusiły nas do zrobienia sobie ponad półrocznej przerwy, w najgorszym chyba momencie. Jak to się mówi – w muzyce poza talentem trzeba mieć ogromne szczęście, aby coś osiągnąć. Nam po wydaniu płyty go trochę zabrakło.

Płytę póki co promują dwa single: Outta Control oraz My Final Hour. Dlaczego zdecydowaliście się właśnie na te kawałki? Czy są najbardziej reprezentacyjne dla całego wydawnictwa?

Te dwa kawałki są bardzo energiczne, jednak kompletnie różne. Idealnie określają to, czego należy się spodziewać po odpaleniu naszego krążka. Płyta podzielona jest tak naprawdę na dwie częsci. Jedna z nich, to typowe sięganie do korzeni starego, amerykańskiego hard-rocka. Utwory takie jak Outta Control, czy też Leavin’ Tonight brzmią klasycznie, melodyjnie, mają lekkie teksty. Z drugiej strony mamy chociażby My Final Hour, Sinner, czy też Something Different. Utwory zdecydowanie bardziej „ciężkie” zarówno pod względem muzycznym, jak i tekstowym. Nie chcieliśmy zamykać się na jeden rodzaj muzyki. Gramy tak, jak nam się podoba, a nie tak, jak definiuje to gatunek muzyczny. Co brzmi dobrze – trafia na płytę.

 Planujecie jakieś klipy?

Na razie nie mamy w planach zrobienia teledysku. W przeszłości inwestowaliśmy w klipy, jednak nie kończyło się do nigdy dobrym efektem, produkcje były mizernej jakości. Na razie daliśmy sobie z tym spokój.

Wracacie z koncertami, w lipcu m.in. zagracie w ostrowskiej Starej Przepompowni. Potwierdzicie jeszcze jakieś daty?

Tak, staramy się zaklepać więcej dat, więcej informacji będzie dostępnych na naszym fb. Staramy się jednak ograniczyć do naszych „lokalnych” scen, ze względu na to, żeby te koncerty miały jakiś sens.

Czy to za wcześnie, by pytać o plany na drugi album? Jeśli jednak nie, jak chcielibyście, by brzmiał następca debiutu Snakebite?

Za wcześnie na to pytanie zdecydowanie nie jest. Nie jesteśmy pod presją pisania utworów „byle zdążyć”, jak to miało miejsce wcześniej. Kawałki powstają, jest ich sporo i są lekko mówiąc, inne od pierwszej płyty. O ile wydamy nową płytę – będzie ona zdecydowanie bardziej dojrzała. Jeżeli uznamy, że czas je nagrać i puścić w świat, to jak najbardziej to zrobimy. Póki co, będzie można je usłyszeć na naszych koncertach. Następca tak wypieszczonej pod względem dźwięku płyty, musi brzmieć równie dobrze. Mamy nadzieję, że może nawet i lepiej.

Tagi: , .