ThermiT: „Bez muzyki jak bez ręki”

Lata lecą, muzyka się zmienia, a niektórzy wciąż pozostają wierni ścieżkom wytyczonym przed trzydziestu laty gdzieś w klubach Nowego Jorku i San Francisco. Thrash metal przetrwał niejeden wzlot i upadek, ale mimo wszelkich niepowodzeń tego gatunku, na całym świecie znaleźć można znakomite młode kapele hołdujące Wielkiej Czwórce i pozostałym gigantom z lat osiemdziesiątych. Z przedstawicielami młodego pokolenia thrashowców spotkałem się przy okazji ich występu na Metalmanii 2017. Z Trzeszczem i Jendrasem z dobrze rockującej grupy ThermiT rozmawiam o… zresztą sami sprawdźcie o czym.

 

Panowie, jeszcze przed chwilą dawaliście z siebie wszystko na małej scenie Metalmanii. Przede wszystkim gratuluję świetnego występu. Tylko szkoda, że tak krótko.

Trzeszczu: Ano, przyjdzie czas i na dłuższe występy, może i dużą scenę. Przemy do tego.

Jendras: Dzięki! Ogólnie nie spodziewałem się, że jeden z najlepszych koncertów w naszej karierze odbędzie się o godzinie 13:00.

W zeszłym roku wypuściliście swój debiutancki album, Saints, zbierający same przychylne recenzje. Jednak recenzje to jedno. Dziennikarze muzyczni mają różne podejście do muzyki, nierzadko mało obiektywne. Stąd pytanie do Was – na ile sami jesteście zadowoleni z tego krążka? Patrząc na niego z perspektywy czasu, gdybyście mieli się wrócić do 2016 roku, to co byście zmienili na Saints?

Jendras: Faktem jest, że oceny wśród recenzentów nie schodziły poniżej dziewiątki, byliśmy nawet zauważeni przez Metal Hammer. Jestem za tym, żeby niczego nie zmieniać, aczkolwiek zawsze, gdy spojrzysz wstecz, to znajdziesz coś, co mógłbyś ostatecznie poprawić, jakoś ulepszyć. Ja bym na pewno zmienił niektóre swoje solówki.

Trzeszczu: Pewnie, że jesteśmy zadowoleni. Dałoby się może wprowadzić parę poprawek producenckich. Myślę, że w każdym aspekcie, od nagrania, przez wydanie, aż po sprzedaż, można by coś tam, gdzieś tam poprawić. Byłyby to raczej drobne rzeczy, ale jesteśmy zadowoleni, że na ten moment, z naszym bagażem doświadczeń udało nam się zrobić materiał, który wyszedł nam najlepiej.

Jendras: No, i z funduszami, które wtedy mieliśmy, bo przecież album wydawaliśmy sami.

Trzezczu: A tego, że wydajemy sami, nie będziemy akurat zmieniać. Chyba, że spłynie na nas góra złota, to wtedy się zastanowimy (śmiech).

Skoro zadowolenie maluje się w Waszych wypowiedziach i na Waszych twarzach, to nie mogę nie zapytać o dalsze kroki zespołu. Walę wprost: kiedy kolejna płyta?

Jendras: Działamy już nad nowym materiałem od jakiegoś czasu, ale większość jest jednak jeszcze w powijakach.

Trzeszczu: Zgadza się, ale pomysły już są, wszystko się jakoś tworzy i pomału zacznie krystalizować, szkielet kilku numerów jest gotowy.

Jendras: Wiesz, brakuje nam trochę czasu, bo od października praktycznie cały czas koncertujemy. Teraz szykuje nam się nieco dłuższa przerwa od grania na żywo. Po drodze mamy jeszcze eliminacje do Przystanku Woodstock i pojedyncze festiwale letnie, ale to trzeba traktować jak pojedyncze strzały. Ostatnio jeździliśmy z koncertami dosłownie co weekend.

Trzeszczu: Teraz odpoczywamy i będzie to dla nas dobra okazja do przygotowywania materiału na nową płytę. Może inaczej – nie odpoczywamy od muzyki, ale odpoczywamy nieco od koncertowania.

Jendras: W ogóle, jakie to dziwne uczucie – budzisz się w sobotę i nie wiesz, co masz ze sobą zrobić! (śmiech)

Tak jest chyba we wszystkich sferach życia, że jak człowiek ma za dużo czasu wolnego (którego zazwyczaj mu brakuje), to się, kurde, rozleniwia.

Trzeszczu: Dlatego musimy się skupić, by coś z muzyką robić, a nie siedzieć i pić piwo. (śmiech)

Jendras: O, dokładnie. (śmiech)

Nie no, picie piwa też jest ważne, jakkolwiek by nie było. W najbliższych planach koncertowych macie też występy w Wielkiej Brytanii, w tym podczas Mammoth Festival, którego headlinerem będzie Rotting Christ. Można powiedzieć, że ze sceną nie potraficie rozstać się na dłuższy czas.

Jendras: Na Mammoth Festival mamy zaplanowany 30-minutowy gig o trochę lepszej godzinie, bo o 15:00, więc mamy nadzieję, że pod sceną pojawi się więcej osób. Ogólnie w Polsce zagraliśmy 250 koncertów, myślę, że mało który zespół z naszego kraju może pochwalić się takim wynikiem, choć ostatnio chyba Nocny Kochanek nas dogonił.

O, cieszę się, że sami wspomnieliście nazwę tej kapeli. Nazwijmy rzeczy po imieniu. Jak Wy – muzycy, którzy jednak grają poważną formę thrash metalu – zapatrujecie się na zespoły, które swoją muzykę robią bardziej „dla jaj”? I nie mówię tu o wygłupach na scenie czy poza nią, bo to wszystko można zamknąć w elementach prezencji scenicznej. Mowa o grupach, które robią kabaret z całej swojej twórczości artystycznej.

Jendras: Problem jest taki, że Kochankowie to nasi dobrzy kumple. Nie raz graliśmy razem koncerty, jeszcze gdy nazywali się Night Mistress, a ich koncerty nie wyprzedawały się. Nie możemy o nich powiedzieć „ej, gracie gówno, spierdalajcie”, bo tak nie jest. Moim zdaniem ich sukces jest odzwierciedleniem tego, co się dzieje na polskiej scenie muzycznej. Chłopaki jako Night Mistress robili naprawdę dobry heavy metal, ich muzyka się nie zmieniła, tylko warstwa tekstowa. Gdyby do utworu Smoki i Gołe Baby wsadzić poważne słowa, to byłby to zajebisty power metal. Przecież w tym numerze jest taka wiksa, że łeb urywa. Ale w zamian są jakieś głupie teksty, a to właśnie ludziom się podoba. My mamy na koncertach sto osób, a oni po pięćset, to co, mamy im powiedzieć, że chujowo grają?

Trzeszczu: (śmiech) My ich szanujemy, bo znaleźli jakąś swoją niszę, punkt zaczepienia, który pomógł im się wybić. Podjęcie takich kroków, na które się odważył Nocny Kochanek, to ostatecznie dobre decyzje. To publiczność decyduje kto gra dobrze.

Jendras: Jechać dalej? Najlepszym przykładem jest Metallica, którą ciągle wszyscy hejtują, a bilety na krakowski koncert rozeszły się w parę chwil i to pomimo wysokich cen.

Pewnie macie w tym trochę racji. Ciągnąc temat dalej, mamy ostatnio miesiące powrotów. Moja osobista refleksja jest taka, że znów spotykamy się z sięganiem do korzeni, poszukiwaniem brzmienia lat osiemdziesiątych, naśladowania najlepszych lat muzyki metalowej. Spotkałem się niedawno z opinią, jakobyśmy mieli do czynienia z nową falą thrash metalu. Gdzie jest miejsce Thermit pośród takiego fenomenu?

Trzeszczu: Powiem tak – mi się wydaje, że jest coś takiego. Od paru lat można zaobserwować wiele kapel, które grają taki typowy thrash bez udziwnień, ewentualnie crossover. Przynajmniej u nas można mówić o new wave of Polish thrash metal.

Jendras: Pewnie, parę młodych kapel totalnie miażdży. I to często grają chłopaki po siedemnaście, osiemnaście lat, którzy tworzą niesłychanie dobre rzeczy. Chociażby toruński Exist, polecam sobie sprawdzić ich kawałki.

Trzeszczu: A gdzie nasze miejsce? Należymy do tego ruchu, tyle.

Jendras: Nie zajmujemy jakiegoś szczególnego miejsca. Zagraliśmy tyle koncertów, a nie odczuliśmy jakiegoś skoku. Nie było tak, że na koncerty przychodziła setka osób, a nagle coś się zmieniło i ta liczba zwiększyła się do tysiąca, jak w przypadku Nocnego Kochanka. Dlatego stwierdziliśmy, że pewna formuła się wyczerpała, przynajmniej jeśli chodzi o Polskę. Kto ma nas znać, ten nas zna. Teraz chcemy się skupić na niesieniu naszej muzyki zagranicę. Przy okazji Mammoth Festival robimy trasę po Wielkiej Brytanii w towarzystwie lokalsów. Zobaczymy jaka jest kondycja brytyjskiego metalu i jaka jest różnica w porównaniu z Polską. Przypomnę jeszcze Metal Hammera. Dostaliśmy od Rafała Monastyrskiego 5/5 w recenzji naszego albumu, mieliśmy wywiad na całą stronę. W sumie nic to nie dało, nie było odzewu. Ale gdybyś w latach dziewięćdziesiątych był w Metal Hammerze, to myślę, że o wiele lepiej by to rezonowało. Zresztą patrz ile jest teraz zespołów. Więcej kapel niż słuchaczy.

To po co w ogóle grać?

Trzeszczu: Bo lubimy. Jak to tak – bez muzyki. To jak bez ręki.

Jendras: Piękna sprawa i bardzo lubię to robić. Tym bardziej jak zdarza się taki koncert, jak dzisiaj. Kręciliśmy dzisiaj siedmioma kamerami nasz występ, chcemy go wydać. Początkowo myśleliśmy, że to jakieś nieporozumienie, że mała scena Metalmanii jest upchana gdzieś obok ogromnego okna, gdzie było jasno jak-ja-pierdolę. Tak czy inaczej było mega. Ciekawe, czy kolejne edycje się odbędą, bo ludzie coś na line-up narzekali, ale w tym kraju, kurwa, wszyscy na wszystko narzekają. Byłem na Metalmanii w 2008 roku, miałem wtedy 21 lat. Ten format festiwalu, który zaczyna się rano i trwa przez cały dzień, tego prawie nigdzie nie ma. Gdzie indziej masz trzy dni, pięć scen, wszystko zaczyna się gdzieś późnym popołudniem. Tu trzeba przyjechać dzień wcześniej, chlać w barze, a potem iść na cały dzień koncertów. Nasz były basista przyjechał wtedy (w 2008 roku – przyp. W.F.) specjalnie na Megadeth, ale nie dotarł, bo był tak pijany, że go wywalili. Ja natomiast wszedłem na płytę, posłuchałem paru riffów i mówię „dobra, chuj, zaliczone”. Teraz zmieniłem zdanie, chętnie bym poszedł na koncert Mustaine’a  i spółki.

Skoro o Metalmanii mowa. Myślę, że warto pochylić się nad kolejnym powrotem tego festiwalu po paru latach martwego okresu. Czym jest dla Was Metalmania? Legendą? Fenomenem? A może kolejnym masowym festem?

Jendras: Wiesz, byliśmy chyba za młodzi, gdy uczestniczyliśmy w ostatniej edycji festiwalu. Chłopaki z zespołu są młodsi ode mnie o dwa lata, Fabian (basista – przyp. W.F.) nawet o cztery. Miałbym dużo zastrzeżeń co do promocji festiwalu. Organizatorzy powinni cisnąć temat całodniowego grania, bo jest to rzecz wyjątkowa, wyróżniająca festiwal na tle innych. Nie widziałbym koncertów plenerowych, rozpoczynających się o 10 rano, budząc wszystkich na polu namiotowym. Tutaj celebracja jednego dnia trwa trzy dni. Musisz przyjechać, pobyć, a potem odespać to wszystko.

Trzeszczu: Przez nasz wiek Metalmania nie jest dla nas czymś legendarnym, choć czymś takim niewątpliwie jest.  Wiemy o tym, ale sami tego tak nie odbieramy. To, że wróciła, to bardzo dobrze, bo brakuje takich koncertów. Ej, na pierwszej Metalmanii grał Overkill? Mam przed oczami plakat pierwszej edycji festiwalu…

Jendras: Na pewno grali na ostatniej. Grało też Artillery, które bardzo lubię. Ale koncert był tragiczny. Zespół na płytach gra bardzo szybko, czego nie mogli powtórzyć na żywo. Chcieli grać równie szybko, ale oszukiwali. Z resztą jest nagranie z tamtej Metalmanii.

Może to zabrzmi dziwnie, ale czy nie jest teraz tak, że wcale nie trzeba mieć dobrych umiejętności, by zagrać na żywo? Nie wystarczą cwani techniczni, trochę kombinacji i można stworzyć niezłe szoł?

Trzeszczu: Zaraz, zaraz, nie trzeba skilla? To jest metal, tu czasami można przymknąć oko na pewne elementy. Koncert jest czymś innym. Zależy, co niesie ze sobą zespół. Jeden potrzebuje precyzji, jak chociażby Artillery, inni z kolei bazują na technice, jak Megadeth. Jedni kładą nacisk na atmosferę na koncercie, wtedy techniczne niedociągnięcia można wybaczyć. Są też tacy, którzy kompletnie kładą lachę i lepiej, by nie grali w ogóle.

Jendras: W kwestii braku skilla mam dwa słowa: Lars Ulrich (śmiech). Chłop jest totalnie krytykowany za swoją grę. Jaka jest jego odpowiedź na te zarzuty? Przecież gra w Metallice.

Na koniec jeszcze parę moich przemyśleń i pytań. Nie mam telewizora, nie oglądam telewizji, nie wiem co się dzieje w świecie. Trzeszczu, domyślasz się pewnie, że pytanie będzie skierowane do Ciebie. Nie zapytam jednak o wybór programu, jurorki, i tak dalej. O Twoim udziale w The Voice of Poland dowiedziałem się parę dni temu, gdy przygotowywałem się do wywiadu z Wami. Było to dla mnie zaskakujące, ponieważ kojarzyłem, że kiedyś w jury zasiadał Marek Piekarczyk, w którejś edycji na fotelu kręcił się też Nergal. Dość naturalnym wydawałoby się uczestnictwo heavymetalowych wokalistów w programie, gdzie mogą spotkać swoich muzycznych pobratymców. Później oglądam Twój pierwszy występ w The Voice, a tam na fotelach: Piasek, jakichś dwóch gości na jednym stołku, Kukulska i Sadowska.

Trzeszczu: Gdybym miał jeszcze raz wybierać trenera, to poszedłbym do Piaska. Nie ze względu na to, co prezentuje muzycznie, ale dlatego, że jest profesjonalistą, jeśli chodzi o naukę śpiewu. Wszyscy uczestnicy, którzy z nim współpracowali, wyrażali najlepsze opinie związane z pomocą z jego strony. Nad udziałem zastanawiałem się od pierwszej edycji programu. Ostatecznie namówił mnie kumpel, który śpiewał w The Voice rok wcześniej ode mnie.

Jendras: Wszyscy myśleli, że Tomek idzie do telewizji promować zespół, tak jak to jest w wypadku na przykład Must Be The Music. Tak nie było. Tomasz żyje z tego, że gra na gitarze, śpiewa, uczy dzieci grania. Do programu poszedł raczej dla siebie samego.

Trzeszczu: To znaczy, dla zespołu też. Wiadomo, wszędzie zawsze Thermit na klacie, ale indywidualnie pomogło mi to bardziej niż całej kapeli.

A jak ziomki z zespołu odbierali Twoje występy w TV? Jak wygląda feedback po udziale w programie? Utrzymujesz kontakt z innymi uczestnikami?

Trzeszczu: Wspierali mnie cały czas. Dodatkowo pokazałem swoim rodzicom, że z muzyki da się żyć. O tyle też dla mnie było fajnie, że spośród metalowców byłem tam jedyny. Może dzięki temu zaszedłem tam tak daleko, żeby ktoś się czymś wyróżniał, bo ile można śpiewać i słuchać Adele. Dostaję teraz zaproszenia na koncerty, mniejsze lub większe. Grywam z innymi muzykami, ludzie mnie zaczepiają na ulicy. Streetuję też, a udział w programie przełożył się na większą rozpoznawalność mojej osoby. Koniec końców, jakbym miał się cofnąć w czasie, to jeszcze raz bym poszedł, tylko tym razem do Piaska.

Myślę, że Czytelnicy KVLT będą zaskoczeni. Powiedzcie mi jeszcze, czego muzycy Thermit życzą sobie na przyszłość?

Trzeszczu: Na każdym koncercie minimum dwa tysiące ludzi. A także więcej czasu na grę. Każdy ma swoją pracę, więc czasami ciężko nam spotkać się w pięcioro i przećwiczyć pewne rzeczy. Więcej czasu, a reszta przyjdzie sama.

Jendras: I żebyśmy więcej czasu spędzali na koncertowaniu za granicą. Zawsze musieliśmy wybierać – albo próba, albo koncert, bo nie jeździ za nami cała przyczepa sprzętu.

Tego też Wam życzę. Dzięki za rozmowę!

źródło zdjęć

Tagi: , , , , , , , , , .