Tony Kareid`s Intensutopia: „Nie lubię radosnej muzyki”

Nie znacie jeszcze Tony`ego Kareida i jego projektu Instensutopia? W takim razie serdecznie zachęcam, by poznać. Szczególnie fani progresywnego metalu znajdą na drugim albumie Intensutopii (zatytułownym Shades of Faith) coś dla siebie. Tony co prawda zapewnia, że nie lubi radosnej muzyki, a i temat swojego concept albumu wybrał śmiertelnie poważny (wykorzystywanie seksualne dzieci przez księży), ale okazał się człowiekiem niezmiernie pogodnym, który co chwila wybucha śmiechem.

Cześć Tony, co porabiasz? Co słychać w Oslo w ten zimowy, mroźny wieczór?

Teraz jestem w Stavanger. Właśnie wróciłem do pokoju hotelowego trochę odpocząć, a za chwilę wybieram się z kumplem do knajpy obejrzeć w TV mecz piłki nożnej.

Liverpool kontra Chelsea?

Tak, dokładnie! Skąd wiedziałeś? (śmiech)

Jestem fanem Liverpoolu, też czekam na ten mecz (śmiech)

Mój kumpel najbardziej lubi Manchester United, więc dziś, podobnie jak ty, będę trzymał kciuki za Liverpoolem. Zawsze dla zgrywy kibicuję innej drużynie niż on. Jest wtedy niezły ubaw (kibice Manchesteru i Liverpoolu się nie znoszą – dop. red.)

A co porabiasz w Stavanger, wybrałeś się na urlop?

Właśnie nie, przyjechałem tu do pracy. Jestem elektrykiem, miałem tu zlecenie na statku.

 

Spodziewałem się, że nie żyjesz z grania na gitarze.

Dokładnie. Aby zarabiać, musiałem znaleźć sobie zawód.

Myślałem jednak, że powiesz, że jesteś producentem albo realizatorem.

Byłem, przez dwa lata, ale nie zarabiałem na tym (śmiech). Jak widzisz, nie było łatwo. Na szczęście mam odpowiednie wykształcenie, by być elektrykiem i to zapewnia mi przychody, które są wyższe niż wydatki (śmiech). Na dodatek moja praca zostawia mi sporo wolnego czasu, więc mogę go poświęcać na swoje muzyczne pasje. Choć może pasja to nie jest odpowiednie słowo. Czuję, że muzyka jest czymś niezbędnym, abym był szczęśliwy. Bez niej życie nie ma sensu.

Przejdźmy więc do Twojej muzyki, bo to o niej w sumie mieliśmy rozmawiać.

Racja.

Twój drugi album, Shades of Faith, ukazał się trzy miesiące temu, więc miałeś chyba okazję zapoznać się z reakcjami fanów i mediów. Jakie panują opinie?

Cóż, szczerze mówiąc wszystko toczy się dość powoli. Można jednak powiedzieć, że spotykam się ze świetnym odzewem, jeśli chodzi o muzykę, i nie aż tak świetnym, jeśli chodzi o mój głos (śmiech). Tego się jednak spodziewałem, nie jestem Ronnie`m Jamesem Dio. Kiedy tworzyłem ten album, szukałem wokalisty, nie mogłem jednak nikogo znaleźć. Sam więc musiałem zaśpiewać. Z mojej strony to była konieczność, a nie chęć. Obecnie jesteśmy w trakcie prób, bo chcemy pograć trochę koncertów. Gram więc na gitarze i śpiewam, co stanowi dla mnie niezłe wyzwanie.

Gdzie i kiedy będzie można zobaczyć Intensutopia na żywo?

Może na jesień? Chcielibyśmy wystartować wcześniej, najlepiej latem, ale myślę, że to się nie uda. Taka niestety natura tego biznesu. Festiwale mają już ogłoszone składy swoich imprez. Kiedy je ustalano, my jeszcze nie byliśmy gotowi, aby grać. Dopiero zaczynaliśmy próby. Nie mam jednak jakiegoś dużego ciśnienia, aby wystartować z koncertami tak szybko, jak to tylko możliwe. Na tę chwilę mamy ustaloną jedną datę wrześniową i to chyba będzie pierwszy koncert naszego zespołu. Sam więc widzisz, że wszystko toczy się powoli, ale nie mam pretensji.

Spora grupa ludzi jeszcze nie zna Twojej twórczości. Co byś więc odpowiedział na pytanie: „Tony Kareid? Co to za gość?”

Powiedziałbym, że to fan progresywnego metalu z Norwegii (śmiech). Moje nazwisko nie jest za bardzo znane na scenie, nie spodziewam się, aby dużo osób mnie kojarzyło. Przybliżę więc, co dotychczas robiłem. Kilka lat temu wydałem swój pierwszy album, który zatytułowałem Intensutopia. Była to muzyka instrumentalna, taki wirtuozerski rock dla fanów progresywnych dźwięków. Brałem także udział w nagraniach albumu zespołu In Lingua Mortua. To taki awangardowy black metal, bardzo dziwaczny i skomplikowany. Gość, który skomponował ten materiał (Lars Fredrik Frøislie – dop. red.), grał partie gitar na klawiszach i w ten sposób pokazywał mi, jakich dźwięków ode mnie oczekuje. Nagrywał moje kilkusekundowe partie, potem sobie składał z tego całość, a ja w sumie nawet nie wiem, co tam zagrałem (śmiech). Te trzy rzeczy, to jak dotąd jedyne moje oficjalne studyjne dokonania.

Wspomniałeś, że jesteś fanem progresywnego metalu. Powiesz coś więcej o swoich muzycznych inspiracjach?

Uwielbiam muzykę klasyczną, szczególnie tę mroczną. Słucham tego naprawdę sporo. Uwielbiam Requiem Mozarta, czy koncerty fortepianowe Rachmaninowa. Czyli rzeczy bardziej dramatyczne. Nie lubię radosnej muzyki (śmiech). Kocham także, jak już mówiłem, rock i metal progresywny. Ta miłość zaczęła się, kiedy po raz pierwszy usłyszałem Images and Words Dream Theater. To był 1993 rok. Dopiero wtedy dowiedziałem się, że istnieje coś takiego, jak muzyka progresywna. Zacząłem ją wtedy lepiej poznawać. Szybko cofnąłem się do lat 70. i usłyszałem zespół Yes, którego od tego czasu jestem wielkim fanem. Podobnie zresztą jak King Crimson, czy Emerson, Lake & Palmer. A jeśli chodzi o początki mojego zainteresowania muzyką, jeszcze przed Dream Theater, to moim wielkim idolem był Ritchie Blackmore. Zresztą nadal jest. Ta renesansowa muzyka, którą teraz tworzy jest naprawdę piękna.

Skoro wspomniałeś o Dream Theater – za dwa tygodnie zagrają w Norwegii koncerty, na których zaprezentują w całości właśnie Images and Words.

(podekscytowany) Tak, wiem! 

Coś czuję, że się wybierasz (śmiech).

Oczywiście. Będę na dwóch występach. Chodzę na ich koncerty za każdym razem, kiedy przyjeżdżają. Są naprawdę niesamowitym zespołem na żywo.

Wróćmy jeszcze do Twojego nowego albumu. Muzyka na nim zawarta to jeden składnik, drugim są teksty. Po raz pierwszy zdecydowałeś się opowiedzieć pewną historię. Mam nadzieję, że nie jest ona w żaden sposób związana z Twoim życiem.

Na szczęście nie jest. Ale jest oparta na prawdziwych wydarzeniach. Nie jest to jedna historia, ale trzy, które miały miejsce naprawdę. Stworzyłem z nich jedną opowieść, którą przedstawiam na płycie. Takie rzeczy niestety się dzieją. Jedyna różnica jest taka, że w rzeczywistości nikt nie zginął (w historii śpiewanej przez Tony`ego, bohater wykorzystywany seksualnie przez księży zabija jednego ze swoich oprawców – dop. red.) Nienawidzę ludzi, którzy wykorzystują swoją pozycję i krzywdzą innych. Dlatego napisałem takie teksty na Shades of Faith, z tego wkurzenia, że takie sytuacje zdarzają się wciąż i wciąż.

W Polsce też mamy z tym problem.

Obawiam się, że cały świat ma. Religia powinna być czymś pięknym, tymczasem potrafi przynieść sporo cierpienia. Myślę, że to wina tego schematu, o którym wspomniałem, że ludzie stawiają się wyżej od innych.

Tak się teraz zastanawiam o czym będziesz śpiewał na swojej trzeciej płycie, skoro ciągnie Cię do tematów tak mrocznych?

Nie wiem, na razie myślę tylko o muzyce, czas poświęcam na komponowanie. Nie mam jeszcze materiału na cały album, ale powoli się tworzy. Pracuję nad wielkim, epickim utworem. Jak na razie trwa on około dwunastu minut, ale myślę, że jestem dopiero w połowie (śmiech). Wiesz, coś o podobnych rozmiarach, jak Close to the Edge Yes.

Już teraz zaryzykuję stwierdzenie, że nie będzie to muzyka radosna (śmiech).

Na pewno nie oprę tego na skali durowej, zdecydowanie (śmiech). Wolałbym coś bardziej niepokojącego. Słyszałeś o takim norweskim kompozytorze, Thomasie Bergersenie?

Niestety nie.

Ma fanatyczny styl, który mnie inspiruje. Bardzo epicki, sporo w nim emocji. Tworzy też świetną muzykę filmową. Odkryłem go dopiero w ubiegłym roku. To było jak objawienie. Cieszę się, że Thomas także jest Norwegiem, mimo że mieszka w Los Angeles (śmiech). Polecam Ci jego twórczość, zapoznaj się, jeśli masz ochotę. Ale dlaczego o nim mówię – imponuje mi jego muzyka i sam także chcę skomponować coś w podobnym nastroju.

Zostając w temacie Norwegii, co możesz jeszcze powiedzieć o scenie muzycznej w swoim kraju? Tak się zastanawiam, jakie znam zespoły stamtąd i w sumie przychodzi mi do głowy tylko black metal.

A co chciałbyś wiedzieć?

Co jest jeszcze u Was popularne?

Wiesz, ogólnie rock i metal są bardzo popularne, ale tak naprawdę są to gatunki trochę oderwane od sceny. Jest tu mnóstwo fanów tej muzyki, sporo się wokół niej dzieje, ale jeśli zapytasz o to kogoś, kto w tym na co dzień nie siedzi, nie będzie wiedział o co chodzi. Nie przebija się to do szerszej świadomości. Jeśli chodzi o koncerty, to jest coraz mniej imprez klubowych. Za to festiwale mają się coraz lepiej. Mam nadzieję, że satysfakcjonuje Cię moja odpowiedź, choć wiem, że niezupełnie o to pytałeś (śmiech).

Powiedz mi w takim razie co oznacza nazwa Twojego projektu – Intensutopia?

To po prostu zbitka dwóch angielskich słów, intense oraz utopia. W przypadku pierwszego wyrazu chodziło mi o rwącą do przodu siłę, w drugim podoba mi się koncept czegoś, co nie może się wydarzyć. To połączenie, które nieźle brzmi. Tak nazwałem swój pierwszy album, ale potem pomyślałem, że to w sumie fajna nazwa dla zespołu.

Tony, powiedz na koniec, na jaki album najbardziej czekasz w 2017 roku?

Nie wiem. Naprawdę nie mam pojęcia. Chyba najbardziej czekam aż zaczniemy grać koncerty.

Tagi: , , , , , , , , .