Varmia: „Wysysasz to z mlekiem matki”

Coś niepokojącego i mrocznego czai się pośród lasów i wód pojezierza warmińsko-mazurskiego. Jakaś nieokrzesana moc, wypływająca z tych terenów w postaci zaskakującej muzyki zespołu Varmia. 28 lutego to data szczególna dla muzyków grupy. Jest to bowiem dzień ukazania się ich debiutanckiego albumu zatytułowanego Z Mar Twych (recenzja tutaj). Sami o swojej muzyce mówią root metal.  Właśnie o wracaniu do korzeni rozmawiam przy okazji premiery debiutanckiego albumu grupy z liderem Varmii, Lasotą.

 

Sława! Przede wszystkim chcę Wam pogratulować rewelacyjnego albumu. Wasz debiut okazał się strzałem w dziesiątkę, zbiera bowiem same pochlebne recenzje. Krytycy są pod wrażeniem, pytanie więc brzmi, jak Wy się czujecie w przeddzień jego premiery? Czy w obozie Varmii panuje poczucie dobrze spełnionej roboty?
Witaj! Odzew jest świetny, to prawda, nie tylko w Internecie, ale też na naszych ziemiach słyszalne są pozytywne głosy na temat Z Mar Twych. Tak że nastroje są super, nie ma co się oszukiwać, bo dużo dobrego się dzieje. Ale nasz nastrój jest przede wszystkim bojowy – chcemy cisnąć temat dalej i mocniej, a nie osiadać na laurach. Wydanie naszej płyty to dopiero pierwszy etap, a chcemy się teraz skupić na koncertowaniu, zrobić z niego podstawową formę naszej muzycznej egzystencji. Materiał już mamy, płytę też, wszystko jest wyćwiczone i wyszlifowane, a my jesteśmy rządni koncertowej krwi.


Miło mi to słyszeć. Mówisz o dobrym odbiorze Waszych dźwięków na ziemiach warmińskich. Powiedz mi, proszę, na ile sama kraina historyczna Warmii Was inspiruje i popycha do twórczego działania? Dlaczego właśnie te tereny i czym różnią się od innych ziem?

Warmia to dla mnie przede wszystkim dom. Wysysasz to z mlekiem matki. Nie ważne jak piękna byłaby jakakolwiek inna kraina w Polsce, żadna nie byłaby chyba w stanie mnie tak zainspirować, jak nasza Warmia. Jest to pytanie o pewien emocjonalny stosunek do tych ziem, do tego mikroklimatu. Stosunek do tego, co widać, a czego nie, jak to wszystko smakuje latem, zimą i tak dalej. Nie chcę mówić, że Warmia jest lepsza niż przykładowo Śląsk. Każdy ma swoją małą ojczyznę, a dla mnie osobiście Warmia to najpiękniejsze miejsce na świecie. Jest to kraina zupełnie magiczna. Kto tu był, ten wie, a kto nie był – zapraszam. Zapuśćcie sobie Varmię w tle, pochodźcie po lesie, popływajcie w jeziorze. Te inspiracje przychodzą bardzo naturalnie, nie trzeba nawet szukać kultury zachowanej w folku. Trudno o dobre źródła, których jest dość mało. Nie jest łatwo dostać się do prawdziwie ludowych, korzennych brzmień naszego domu. Jako twórca muzyki mogę dodać, że te zewnętrzne inspiracje zamieniają się w coś, co wypływa ze środka, a środek kształtuje się tam, gdzie jest twój dom. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Trudno się nie zgodzić z tym ostatnim zdaniem. No właśnie, skoro mowa o korzeniach. Przy Waszej muzyce pojawia się metka root metal. W jakim stopniu to pojęcie jest nowe, a na ile jest to po prostu inna nazwa na skrzyżowanie stylistyki black metalowej z folkiem? Co takiego wyróżnia Waszą muzykę, że nie zdecydowaliście się jej oflagować po prostu jako black?

Powiem tak: mi się po prostu metka black metalu nie kojarzy z całym procesem twórczym, który przeszła Varmia. Wiesz, to całe nagrywanie w stodole, ten przaśny klimat (lubię to słowo), ta wiejska atmosfera. Oczywiście, skojarzenia muzyczne są tutaj uzasadnione. Natomiast sam folk kojarzy mi się bardziej z jakimiś rycerskimi kapelami, czy takimi bardziej…

Masz na myśli wesołków w postaci Finntrolla, czy Korpiklaani?
Poniekąd tak. Sam wymyśliłem termin root metal, czyli metal korzenny. Różnica między tym graniem, a jakimś black, folk, czy pagan metalem polega na tym, że nasza muzyka ma w sobie swoistą surowość korzeni. Ja bardzo nie lubię szufladkowania muzyki, robię to tylko wtedy, gdy ktoś mnie o to zapyta. Nie chodzi mi też o korzenie w postaci odnoszenia się do konkretnych wierzeń, a raczej o pierwotne skojarzenia, które ma w słuchaczu budzić ten termin. Jest to bardziej sterylne, również jeśli chodzi o podłoże tekstowe, które się zazębia z muzyką. Nasz metal korzenny to muzyka czystsza w ramach czystej sztuki. Nie jest ona otoczona jakąś ideologią, a odwołuje się raczej do pierwotnych instynktów i przeżyć.

Skoro pojawiła się kwestia tej słynnej stodoły, to nie mogę o nią nie zapytać. Nie chcę pytać dlaczego, a jak to, a gdzie ta stodoła, bo jeszcze wokół tego miejsca urośnie swoiste miejsce kultu.

(śmiech) Jeśli chodzi o stodołę, to staram się być dość oszczędny, jeśli chodzi o tożsamość tego miejsca, żeby nie skazać jej właścicieli na jakiś brak spokoju.

 

Dlatego zapytam inaczej. Czy nagrywanie w takim pierwotnym miejscu jest również elementem Waszego powrotu do korzeni? Jak ta stodoła wygląda w środku? Bo przyznam szczerze, że gdy przed odsłuchem Z Mar Twych dowiedziałem się o miejscu nagrywania materiału, to wystraszyłem się, że może brzmieć jak pierwsze płyty Darkthrone czy Mayhem, które przecież brzmią, jakby były nagrywane pralką. Rozumiem, że w takim miejscu normalnie można podłączyć prąd i pewnie jakoś funkcjonować. Natomiast czy łatwo wyposażyć takie miejsce?

Nie widzę problemu, żeby rozmawiać o tym elemencie naszej pracy nad albumem, bo jest to na tyle obszerna przygoda i mocne przeżycie, że to temat na esej. Chętnie Ci odpowiem. Jeśli chodzi o aspekty techniczne, to mam dużo znajomych, którzy zajmują się realizacją dźwięku. Wszystko było już wcześniej przewidywane i konsultowane: co może się stać, co może pójść nie tak, jak planowano. Jedni już nagrywali w stodołach, więc podpytałem ich o pewne wytyczne. Główny problem polega na konstrukcji stodoły. Chodzi o to, że musi być drewniana. W murowanych budynkach tego typu niesie się tak niewyobrażalny hałas. Drewniana stodoła ze szparami między dechami, które w naszym przypadku były konkretne, gdzie wiatr wiał non stop, to było niesamowite miejsce do pracy. Najpierw pojechałem tam z jednym z ekspertów od realizacji naszego nagrania, osobą która fizycznie była odpowiedzialna za nagrywanie materiału, siedząc przy komputerze. Zrobiliśmy tam test, postukaliśmy w bębny, obejrzeliśmy całe miejsce. Generalnie stodoła była stara i nieużywana. Zmurszałe drewno, dziurawe ściany, dach przeciekający w paru miejscach. Natomiast jej kubatura była na tyle fajna, dodatkowo fakt, że leżało tam siano, jakieś stare rupiecie, silniki, rozwalony rower – cały ten potworny bałagan w pewien sposób pomógł nam ogarnąć akustykę tego miejsca.

 

Robi się bardzo ciekawie, kontynuuj.

Pierwszego dnia, zaraz po przyjeździe zabraliśmy się do sprzątania. Musieliśmy tam pozamiatać, żeby w ogóle móc wjechać ze sprzętem. Od razu odpowiem, że sprzęt mieliśmy wypożyczony od różnych znajomych. Porozstawialiśmy wszystko pośród nagromadzonych rupieci, zaadaptowaliśmy sobie przestrzeń stodoły. Dopiero około godziny 23 udało nam się coś brzdąknąć. Mówiłeś, że z prądem to raczej nie ma problemu – też mi się tak wydawało. Na miejscu jednak okazało się, że prąd jest, ale właściciel musiał uciąć bolec od gniazda, żeby mu pastuch elektryczny działał na gospodarstwie. Musieliśmy podprowadzić sobie prąd bezpośrednio od gospodarzy. Na szczęście mieli na tyle silną instalację, że to wszystko wytrzymało.

Wracając zatem do wyjściowego dla Twojej opowieści pytania, czy zamknięcie się w stodole faktycznie jest elementem powrotu do korzeni? Czy stare miejsce, które widziało i pamięta wiele, jest częścią budowania wokół siebie – wybacz za określenie – otoczki wracania do korzeni?

Ha, wydaje mi się, że to jest pierwszy punkt na tej drodze! Stodoła zrobiła robotę. To nie jest tak, że panowało tam jakieś specyficzne brzmienie. Ono ma swój zapach, swój klimat. Mieszkasz tam przez tydzień, miejsce żyje swoim życiem. Kury wstają z rana, krowy muczą, wszystko się kręci swoim naturalnym rytmem. Wszystko, ty i twoja muzyka, wszystko przesiąka tym klimatem. Nie mam cienia wątpliwości, że gdyby nie ta stodoła, to zupełnie inaczej by to wyszło. Jako ciekawostkę dodam, że utwór Świt został nagrany poza stodołą, a mianowicie na pomoście nad jeziorem. Faktycznie o świcie wybraliśmy się tam i na dwóch mikrofonach nagraliśmy wstęp do naszego albumu. Wszystkie dźwięki, które usłyszysz tam w tle nie są dołożone, koguty piały naprawdę.

Rozumiem, że najpierw przygotowaliście cały materiał, a dopiero potem zabraliście się za nagranie otwierającej kompozycji?
Niezupełnie, po prostu jednego dnia stwierdziliśmy, że nazajutrz rano ma być fajna pogoda, więc wstaliśmy wcześnie i wybraliśmy się na ten pomost. Nie było deszczu, który zmoczyłby nam instrumenty, więc wykorzystaliśmy dobry moment na zrobienie czegoś oryginalnego. Wszystko powstało podczas tych samych sesji.

I wyszło bardzo zacnie.
Jako autor nie mogę się wypowiadać, pozostawiam to do oceny słuchaczom i dziennikarzom.

Ale z pewnością odczuwasz ogromną dumę. Czy traktujesz Varmię jako wyłącznie Twoje dziecko? Bierzesz na siebie pełną odpowiedzialność za materiał nagrany na albumie Z Mar Twych? Jaką rolę pełnią pozostali członkowie zespołu?

Widzę to tak: piszesz materiał, robisz demo, dajesz muzykom do przetrawienia. Przynajmniej ja tak robię. Podczas spotkania z zespołem robione są pewne szlify, bo przecież każdy ma swój styl grania, inne poczucie groove’u, melodii, każdy słyszy coś innego w poszczególnych fragmentach muzyki. Kto by nie napisał muzyki, to jeśli przedstawisz ją pewnemu gronu, to i tak w pewien sposób się to personalizuje pod każdego muzyka. Jeśli chodzi o samą aranżację, to w 95% wszystko było gotowe zanim zaczęliśmy grać próby. Ćwiczyliśmy bardzo intensywnie zanim weszliśmy do naszego gospodarskiego studia nagrań. Graliśmy tam na setkę, czyli wszystkie instrumenty nagrywane były jednocześnie. Najwięcej niewiadomych było z instrumentami Piotra (tagelharpa, bębny, didgeridoo – przyp. Vladymir). On stosunkowo późno dołączył do ekipy. Jego instrumenty są na tyle inne, zachowują się wyjątkowo podczas miksów i aranżacji, że nad nimi spędziliśmy trochę więcej czasu, żeby ich dźwięki nie zginęły pośród całości, bo są zwyczajnie bardzo ciche i temperamentne, jeśli chodzi o strój. Wahania temperatur w stodole nie pomagały. Wieczorami woda skraplała się na sprzęcie i panował chłód, a w południe grało się praktycznie z gołą klatą, bo było tak gorąco. Zebraliśmy dzięki temu dużo doświadczeń, być może rola danych instrumentów zostanie w przyszłości nieco poszerzona. Czas pokaże.

To teraz z innej beczki. Wracając do szeroko pojętego black metalu. Chcę Ci zadać krótkie pytanie, które jednak doprowadzić może do długiej dyskusji. Potwierdza to poniekąd w ostatnim czasie zainteresowanie blackiem mediów, organizacja różnych paneli dyskusyjnych, itp. Pojawia się ostatnio, głównie między innymi za sprawą wywiadów Łukasza Orbitowskiego…
(śmiech)

Skąd ten śmiech?
Tak się składa, że też śledzę jego program w telewizji, bardzo mi się podoba.

Facet bardzo fajnie rozmawia. Wydaje mi się jednak, że zaczął siać pewne obawy o to, że w muzyce metalowej może nastąpić pewnego rodzaju przejście undergroundowych projektów do muzycznego mainstreamu w Polsce. Przecież w zeszłym roku grupa Mgła grała na OFFie w Katowicach. Czy rozważasz możliwość przebicia się niszowych jednak gatunków do głównego nurtu w kraju i gdzie pośród tego wszystkiego widzisz miejsce dla Varmii?
Dobre wprowadzenie, to faktycznie temat na dłuższą rozmowę. Wyznaję taką zasadę, że muzyka powstaje przecież z jakiegoś, powiedzmy, egoistycznego impulsu. Przecież w jakiś sposób poprzez muzykę określasz siebie, wyrzucasz coś ze swojego systemu, żeby inni mogli tego posłuchać. Jeżeli ktoś rozumie taką muzykę, a ona go zmienia, trafia do niego, to wydaje mi się, że dzielenie w stylu: ci są hipsterami, to dla nich nie gramy, trąca trochę szufladkowaniem zespołów. Ja przede wszystkim jestem muzykiem. To jest moje główne pole działalności, a takie medialne nakręcanie kto jest fajny, a kto nie – od tego chcę się odcinać. Wydaje mi się, że jest to walka z wiatrakami, bo ci co mają gadać, będą dalej gadać, a mi zależy na tym, żeby ci co mają słuchać – słuchali. Metal w mainstreamie? Pytanie jest takie – moglibyśmy ugrząźć w temacie – gdzie jest dzisiaj metal? Jest to muzyka dosyć rebeliancka. W momencie kiedy ludzie słuchają jej na porządku dziennym, to traci ona swój pierwotny charakter. Czy to źle, czy dobrze? Nie wiem. To pytanie pozostawiam teoretykom kultury. Tak jak mówiłem, jestem twórcą. Jeśli jest odbiorca, to ja jestem szczęśliwy.

No właśnie, a gdzie planujecie swoich odbiorców zaskoczyć warmińskimi klimatami? 29 kwietnia gracie w Gdańsku na Pomerania Fest II. Macie w planach podróżowanie po Polsce ze swoją muzyką i niesienie swojego korzennego metalu po innych krainach historycznych? Kiedy wpadacie do mnie na Śląsk?
Ja generalnie staram się zaczepić wszędzie, gdzie się da i dobić o jakiś management i kontakty, które pomogą nam zdobywać takie oferty koncertowe, które nie pozwolą nam umrzeć z głodu. W branży metalowej jest z tym różnie. Jeśli tylko będzie możliwość zagrania, to z największą rozkoszą zjechałbym nasz kraj wzdłuż i wszerz, zajrzał do każdego nawet najmniejszego miejsca, żeby naszą muzykę grać i promować. Na chwilę obecną klepnięta jest Pomerania, mamy też parę innych pomysłów i propozycji, w tym jedną z niedalekiej zagranicy, ale na razie nie mogę więcej powiedzieć. Najważniejsze to grać. Grać wszędzie i jak najwięcej, a do tego w najlepszym towarzystwie. Chcemy podpiąć się pod kogoś większego, żeby zagrać dla większej grupy odbiorców. Niestety, ale jechać gdzieś 2000 kilometrów i zagrać koncert, który z powodu niskiego budżetu jest słabo reklamowany, trochę mija się z celem, jeśli chodzi o warunki i możliwości finansowe, a także fizyczne i psychiczne kapeli. A Śląsk jest na liście bardzo wysoko.

A jeśli Śląsk, to historyczna stolica Górnego Śląska, Opole, z którego pochodzi Wasz label, Via Nocturna. Już teraz, w drugim miesiącu roku wydawnictwo nominuje Wasz album do tytułu debiutu roku 2017. Jak się Wam współpracowało z wydawnictwem i czy liczycie na jakieś kolejne wspólne projekty pod tym szyldem?

Jak zobaczyłem nominację, to trochę mnie zamurowało, bo zawsze staram się raczej na chłodno podchodzić do tego typu zagadnień. Jest to bardzo nobilitujące, wielkie dzięki! Jeśli chodzi o współpracę z Via Nocturna jest bardzo spoko. Zobaczymy, co przyniesie płyta, mamy póki co plany związane z naszym obecnym albumem, ale o nich też nie mogę jeszcze jawnie mówić. Jeszcze przedpremierowo wokół Z Mar Twych pojawiło się ogromne zainteresowanie, ludzie pytali o płytę, gdzie można ją dostać. Wszystkich odsyłałem na strony sklepu wydawnictwa. Oczywiście można się też będzie zaopatrzyć w krążek na naszych koncertach. Póki co jesteśmy z Via Nocturna w dobrym kontakcie, label działa prężnie. Z opowieści wiem, że przygody z wydawnictwami mogą być różne, u nas natomiast wszystko działa bardzo dobrze.

A kto szukał kogo i kto kogo w tym tandemie znalazł?
Ja szukałem wydawcy. Rozsyłałem materiał do różnych miejsc, miałem inne propozycje, również z zagranicy. Ostateczny wybór padł na VN. Po pierwsze jest to dobre, bo polskie, nie będę ukrywał. Oprócz tego chłopaki podchodzą ambitnie do zagadnienia, co działa na ich korzyść.

Duże zainteresowanie albumem jeszcze przed premierą chyba potwierdza, że razem z wydawcą zrobiliście kawał dobrej roboty. Jeszcze raz gratulacje. Ostatnie słowa naszej rozmowy należą do Ciebie.
Dzięki. Zwrócę się z apelem do Czytelników KVLT. Jeśli znacie ludzi, którzy ogarniają to i tamto, to piszcie do nas. Mamy swoich współpracowników, ale cały czas szukamy nowych kontaktów. Jeśli znacie dobrych managerów, to dajcie znać, podeślemy płytę i tak dalej. Wszystkim wielkie podziękowania za zainteresowanie, jest to dla nas ogromnie ważne, gdy słyszymy, że nasza muzyka się podoba. Włożyliśmy w płytę kawał czasu, serca i pracy, więc jesteśmy wdzięczni wszystkim, którzy nas wspierają. Osobiście dziękuję też chłopakom z zespołu, bo odwalili kawał dobrej roboty. Nalewka na spirytusie dla wszystkich! (śmiech)

Też trochę bawię się w nalewki, jaką robisz?
Tradycyjnie polecam pigwę i cytrynę (śmiech).

Rewelacja. Dzięki wielkie za zacną rozmowę. Powodzenia!
Dzięki, trzymajcie się tam.

Płyta Z Mar Twych do nabycia TUTAJ.

Wadim Filiks

Wadim Filiks

W poszukiwaniu łabędzich pieśni.
Wadim Filiks

Tagi: , , , , , , , , , , , , .