Wardruna: „Stare instrumenty, nowa muzyka”

Wardruna to fenomen wykraczający poza szuflady gatunkowe. To także projekt, który dawno opuścił już swoją niszę by święcić triumfy na światowych scenach i nawet w telewizji, za sprawą serialu z History Channel “Wikingowie”. Dla mnie to bardzo ważny zespół, którego karierę śledzę od samego początku. Ku mojej wielkiej radości przed listopadowym koncertem w łódzkiej Wytwórni dostałem możliwość rozmowy z Einarem Selvikiem, spiritus movens Wardruna. Miałem tylko piętnaście minut na tą rozmowę, więc może wydać się ona pospieszna. Nie mniej jednak Einar był wspaniałym rozmówcą i rzucił nowe światło na kilka spraw związanych z Wardruna i nie tylko…

Einar, to nie jest twoja pierwsza wizyta w Polsce, ale to chyba pierwszy raz gdy przyjdzie ci zaprezentować muzykę Wardruna na mimo wszystko, kameralnym koncercie. Czy mógłbyś nam powiedzieć co nieco na temat twoich dotychczasowych doświadczeń koncertowych w naszym kraju? Dobrze wspominasz tu swoje ostatnie występy?

Oczywiście. Wiem, że Wardruna ma wielu fanów w Polsce i że za każdym razem możemy liczyć na świetne przyjęcie, jak np. na zamku w Bolkowie w zeszłym roku. Chcieliśmy wrócić do Polski w najszybszym możliwym terminie. Uważam, że tego typu koncert jak dziś bardziej pasuje do Wardruna i naszej muzyki. Wiesz, nie jesteśmy rockowym bandem, któremu wystarczy trochę prądu, gitara, bas i perkusja. Nasze instrumenty są bardzo wymagające, szczególnie jeśli chodzi o nagłośnienie i dobre ustawienia na scenie. Dla mnie, jak i dla Wardruna, bardziej stresujące jest granie na festiwalach. Właśnie z tego powodu. Ale jestem bardzo ciekaw jak nasza muzyka zabrzmi dzisiaj w Łodzi, w tym klubie. Koncert wyprzedał się tak szybko, wiem, że bardzo wielu fanów nie zdążyło już kupić biletów i nie będzie mogło nas tu dziś zobaczyć…

Można powiedzieć, że jest bardzo duży popyt na waszą muzykę w Polsce. Nie zmienia to faktu, że po występie Wardruna na Castle Party czy twoim solowym występie na Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie oczekiwania względem tego koncertu wśród fanów są bardzo duże. Czego możemy się spodziewać po dzisiejszym występie? Czy możemy oczekiwać bardziej przekrojowej setlisty, czy skupiacie się w tej chwili na promowaniu waszej najnowszej płyty “Runaljod – Ragnarok”?

Ja chyba nie patrzę na nasze występy przez pryzmat “promowania” tej czy innej płyty. Oczywiście, nowe wydawnictwo to dobry pretekst, żeby koncertować, bo zawsze masz nową muzykę, którą możesz się podzielić z publicznością. Na pewno nie chciałbym grać tylko nowych utworów, nie miałoby to sensu, ponieważ mamy teraz możliwość przedstawienia jakby pełnego cyklu naszej muzyki, całej trylogii i opowiedzieć tą historię w pełni.

Czy uważasz trzecią płytę za pewne podsumowanie, czy nawet zamknięcie pewnego etapu dla Wardruna? Pewnego cyklu? Kilkakrotnie sam mówiłeś o znaczeniu cykliczności w wierzeniach wikingów…

Tak, te płyty to jest jak najbardziej pewien cykl. Ale to o czym ludzie nie wiedzą, lub wiedzą, przynajmniej niektórzy, to fakt, że w naszym przypadku tytuł “Ragnarok” nie oznacza wojny, wyjących wilków czy śmierci… Oczywiście jest to gdzieś obecne na płycie, ale de facto Ragnarok miał miejsce pod koniec poprzedniej płyty. Wtedy też słońce zostało pochłonięte i nastała ciemność i nadszedł czas śmierci. Reminiscencje tego słychać w pierwszym utworze (“Tyr” – dop. red.) na nowej płycie. Ale później cała płyta tak naprawdę opowiada o ponownych narodzinach, o tym co powstało z popiołów, o nowym początku.

wardruna-einar-moloch-interview-poland-polska-lodz-2016

Skoro płyta “Ragnarok” zamyka “runiczną trylogię” Wardruna pytanie brzmi, czy będzie coś dalej?

Wiesz, są tylko dwadzieścia cztery runy (śmiech)… dlatego “Ragnarok” to koniec tego cyklu i domknięcie pewnego konceptu. Teraz planuję zająć się wieloma innymi projektami, mam pełną głowę pomysłów…

Czyli jest prawdopodobne, że mimo wszystko będziemy mieli czwartą płytę Wardruna?

W tej chwili pracuję nad kilkoma projektami i nie wiem, który z nich skończę jako pierwszy. Bardzo lubię pracę nad tzw. “concept albums”. Lubię tworzyć narrację, opowiadać historię więcej niż tylko jednym utworem. Ale tak jak mówię mam teraz na tapecie kilka takich pomysłów i zobaczymy, który z nich będę rozwijał. Na pewno będzie to coś większego…

Rozumiem, powiedz nam Einar czy uważasz siebie bardziej za artystę, który dokonuje pewnej rekonstrukcji muzyki z przeszłości czy bardziej reinterpretujesz emocje i dźwięki przez własną duszę? Niepodobna chyba w pełni dokonać odtworzyć dawną norweską muzykę, prawda?

Tak, ale to mimo wszystko wiemy na jej temat całkiem sporo. I choć wiele osób podchodzi do tego sceptycznie to tak naprawdę można powiedzieć bardzo dużo na temat tego jak brzmiała ta muzyka. Z odpowiednimi źródłami jest to naprawdę wykonalne. Zobacz na instrumenty z epoki brązu. One są bardzo ograniczone i pozwalają naprawdę na niewiele, więc to co na nich zagrasz prawie na pewno będzie autentyczne. Na przykład masz skalę harmoniczną i tylko osiem dźwięków, którymi musisz coś opowiedzieć. Jest wiele tego typu instrumentów. Ale powiem tak, ja nie odgrywam czy rekonstruuję muzykę epoki wikingów czy epoki brązu. Nie o to chodzi w Wardruna. Tak naprawdę chodzi o to, żeby tworzyć nową muzykę wykorzystując pewne stare pomysły, patenty czy wreszcie narzędzia. Oczywiście moja muzyka jest mocno ukorzeniona w teorii i nie brak mi wiedzy o przeszłości, ale ekspresja jej jest jak najbardziej współczesna.

Co w takim razie jest dla ciebie najbardziej wymagające w tworzeniu muzyki dla Wardruna? Budowanie instrumentów czy może kwestia odejścia od swoich black metalowych doświadczeń i przestawienia się na całkiem inne tory muzyczne?

Mam bardzo jasną i wyraźną wizję tego jak powinna brzmieć muzyka Wardruna. Wiem co chcę przekazać i osiągnąć. To jest też coś co w pewnym sensie próbuję cały czas realizować, ścigam niczym tego przysłowiowego króliczka. Oczywiście jest wiele wyzwań, bo tak naprawdę w dużej mierze to czym się zajmuję, to swoista “muzyczna archeologia” i potrzebuję tu posiłkować się badaniami naukowymi, żeby oddać te emocje w sposób bliski temu co moglibyśmy usłyszeć kiedyś. Od początku Wardruna była projektem DIY. Dzisiaj jest łatwiej, bo sporo ludzi interesuje się taką muzyka i instrumentami. Dziesięć, piętnaście lat temu trudno było znaleźć kogokolwiek, kto by wiedział jak takie instrumenty wykonać. Musiałem więc sporo robić sam, szukać czasem kogoś do pomocy. Jeśli dodasz do tych trudności sam fakt, że runy przysparzają sporo problemów interpretacyjnych, są po prostu trudne do zrozumienia, to wiesz, że wyzwanie było ogromne. Runy były dla mnie ciężkie. Szczególnie te Proto-Skandynawskie, które obecne są w muzyce Wardruna. O nich wiemy niestety najmniej. A ja nie chciałem zmyślać, nadinterpretować ich tak jak to jest modne ostatnio, ale nijak nie ma się do tego czym one były w przeszłości…

Nie wydaje ci się, że być może sprowokowałeś pewną zmianę myślenia o muzyce dawnej? Muzyka folkowa czy też world music bywa co prawda melancholijna, ale kojarzyć się może bardziej z wesołymi pląsami. Gdy ukazał się niesamowity debiut Wardruna wiele osób przecierało oczy i uszy ze zdumienia. Doświadczenie muzyki twojego projektu było niesamowite. To było coś zdecydowanie innego, co trudno sklasyfikować i zaszufladkować. Na świecie nie brakuje tzw. “muzyki korzeni” ale ze świecą można szukać projektów, które z takim oddaniem, z takim pietyzmem podchodzą nie tylko do muzyki ale i do duchowości…

Nie wiem… Siła napędowa mojej muzyki skądś się wzięła, ale nie potrafię jej nazwać ani opisać. Wardruna jest czymś, co musiałem stworzyć, co musiało powstać. To, że tak wielu ludziom się podoba traktuję raczej jako przyjemny dodatek, pewien bonus. Bardzo mi się podoba, ale nawet bez niego robiłbym tą muzykę bo tak jak mówiłem mam jasno określoną wizję tego co chcę osiągnąć. I miałem taką potrzebę, żeby to zrobić. Zgodzę się, że muzyka Wardruna jest trudna do sklasyfikowania, bo to nie jest tylko muzyka… Mówisz “world music”… Gdybyś cofnął się do starego znaczenia world music, do oryginalnego terminu musica mundana (z Boecjusza, dop. red.) to pod nim mógłbyś sklasyfikować Wardruna . W czasach, gdy world music nie była tylko jazzem z bongosami, smyczkiem czy harmonijką w rogu, były to dźwięki z duszą. Magiczne dźwięki pełne znaczenia. Nie jest to nowy pomysł, to co robię, ale jest to coś co było obecne w muzyce od tysięcy lat. Współcześnie prawie się to zatraciło… Myślę, że black metal, gdy był jeszcze nowym zjawiskiem, miał w sobie coś z tego ducha. Z czasem, podobnie jak world music, pierwsze skrzypce zaczęła tu grać technika wykonania, brzmienie, blasty, przykrywając ducha i autentyczność samej muzyki. Gdy to zostało w pewnym sensie zatracone w black metalu, przestał to być dla mnie interesujący gatunek…

Czyli dla ciebie black metal to temat zamknięty? Coś co było, ale do czego już nie wrócisz? Czy może jest szansa na to, żebyś spróbował ożywić tego ducha dawnego black metalu?

Nie lubię palić za sobą mostów, ale teraz to chyba sam nie wiem… Dla mnie Gorgoroth to była praca, nic osobistego. I dlatego, że nie byłem w to zaangażowany na poziomie osobistym zdecydowałem się w pewnym momencie odejść z zespołu…

Ale byłeś dla wielu osób, w tym także dla mnie, ikoną, tak jak Gaahl, norweskiej sceny black metal!

Możliwe, na poziomie “sztuki”. To coś dla mnie znaczyło. Ale miałem potrzebę zrobić coś bliższego dla mnie, coś bardziej osobistego, tym razem coś pełnego pasji. Tak samo patrzył na to Gaahl i dlatego też był częścią tego co robimy w Wardruna. Mieliśmy wspólną pasję do historii naszego kraju… Gorgoroth to była praca. Ale we wczesnych latach black metal był bliski mojemu sercu. Dzisiaj już nie tak bardzo…

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Również dziękuję.

Moloch

Moloch

Ohyda Ammonitów, praktyk i teoretyk black metalu.
Moloch

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , .