Site icon KVLT

Kreator, Carcass, Exodus, Nails – Warszawa (15.04.2026)

Niewiele festiwali może poszczycić się równie mocnym line-upem, co widoczny powyżej zestaw czterech kapel współtworzących wciąż trwającą objazdówkę. Natychmiast po ogłoszeniu jej przystanku w Warszawie (trasa zawitała u nas dzięki KnockOut Productions) wiedziałem, że do Torwaru trzeba dotrzeć niezależnie od zaplanowanych wcześniej aktywności. A nie było to kompletnie bez znaczenia, gdyż 15 kwietnia wypadał w środę.

Na płycie było na tyle luźno, że blisko sceny dało się stanąć nawet podczas występu headlinera. Z drugiej strony fanów thrashu przybyło na tyle sporo, iż przesadą byłoby pisanie o kiepskiej frekwencji. Ale oczywiście mogło być znacznie lepiej.

Największe zainteresowanie budziło we mnie występujące jako pierwsze Nails. Trio dowodzone przez Todda Jonesa wtargnęło na scenę punktualnie o 18:20, doszczętnie miażdżąc zgromadzonych przez całe… 27 minut. Tak czy siak, nie byłbym w stanie oceniać tak krótkiego setu in minus, gdyż Nails przez te niespełna pół godziny przeżuli, po czym wypluli stołeczną publiczność, a na koniec dodatkowo przemielili powstałą z niej papkę.

Jak do tego doszło? Łatwo było tego wieczoru poczuć na własnej skórze głód koncertowania Nails — wszyscy trzej muzycy dalecy byli od oszczędzania sił w headbangingu, czerpiąc siły z obserwowania ogromnego circle pitu. Ponadto otrzymaliśmy ze sceny pochwałę bezpośrednio od samego Todda, pozwalającego sobie na krótkie, acz treściwe: „The energy in this venue is fuckin’ awesome!”, Po całym tym szaleństwie obiecałem sobie, że wyruszę na jego kolejny koncert w Polsce, niezależnie od lokalizacji. Najwyraźniej po prostu warto.

Setlista:
Suffering Soul
Lacking the Ability to Process Empathy
Conform
Scum Will Rise
Violence Is Forever
God’s Cold Hands
Wide Open Wound
Made to Make You Fail
I Can’t Turn It Off
I Will Not Follow
Endless Resistance
You Will Never Be One of Us
Unsilent Death

Później uderzył Exodus, i był to doprawdy wspaniały występ niemłodych już przecież panów. Rob Dukes sporo schudł, pozostając jednocześnie w rewelacyjnej formie wokalnej, Gary Holt biegał po scenie, łaknąc każdej interakcji z tłumem, a z twarzy Lee Altusa nie schodził uśmiech. Dorzućcie do tego ciężki, perfekcyjnie „ukręcony” przez akustyków bas Jacka Gibsona i przepis na doskonały wieczór z Kalifornijczykami gotowy.

Ujrzeliśmy prawdziwą thrashową chuliganerkę. Ściany śmierci czy mosh pit z dziesiątkami osób naraz? Były. Szybkie riffy i setlista oparta o najnowszy, udany krążek pt. Goliath? Była. Niezadowolenie z „ledwie” 45-minutowego setu? Tego raczej nie stwierdzono, ponieważ maniacy musieli zapewne wyżymać koszulki po intensywnym pogo.

Setlista:
3111
Bonded by Blood
Deathamphetamine
Blacklist
Goliath
A Lesson in Violence
The Toxic Waltz
Strike of the Beast

Jako trzeci zaprezentowali się Carcass. Z przykrością przyznaję, że niestety nie był to chyba najlepszy dzień Brytyjczyków.

Widok pląsającego Billa Steera ubranego w nieodłączne spodnie dzwony cieszył, tak samo jak i przyglądanie się wymachującemu basem Jeffowi Walkerowi, lecz prezencja sceniczna obu panów wypadła na Torwarze jakoś bez ikry. Czyżby panowie zmagali się z postępującym zmęczeniem materiału? Bronił się natomiast sam występ, ponieważ Walker nadal ryczy rewelacyjnie, zaś te nieco świeższe numery bronią się na koncertach prawie równie dobrze, co ponadczasowe klasyki.

Prawdę mówiąc, byłem trochę rozczarowany kondycją legendarnej kapeli. Nie zmienia to faktu, że z całą pewnością wybiorę się obejrzeć ją w akcji jeszcze nieraz. Cóż, może na Rockowisku Zwierzyniec będzie lepiej?

Setlista:
1985 (nagranie z taśmy)
Unfit for Human Consumption
Buried Dreams
Incarnated Solvent Abuse
No Love Lost
Death Certificate
Dance of Ixtab (Psychopomp & Circumstance March No. 1 in B)
Genital Grinder
Exhume to Consume
Corporal Jigsore Quandary
Heartwork

Po dłuższej przerwie technicy zaczęli przygotowywać za płachtą elementy rozbudowanej scenografii, zaś poza podestem rozlokowano dwa dmuchane demony, przypominające kamienne gargulce z gier fantasy. „Oho, szykuje się coś grubego”, pomyślałem.

Nagle bezpośrednio na zasłonie pojawiła się kilkuminutowa wizualizacja skupiona na uwielbieniu ludzi do wyżynania siebie nawzajem już od czasów antycznych. Zapamiętałem sporo odwołań do starożytnej Grecji oraz Rzymu (obie te wspaniałe cywilizacje „potraktowano” niestety AI slopem, przez co zrobiło się przaśnie), a późniejsze okresy zaprezentowano głównie za pomocą zdjęć lub nagrań wideo z poszczególnych epok. Początkowy niesmak tworami wygenerowanymi przez sztuczną inteligencję udało się przełamać.

Gitary i bębny nagle uderzyły w pierś. Muzycznie nie mogę przyczepić się do czegokolwiek, gdyż koncerty każdej z czterech kapel zabrzmiały w Torwarze co najmniej bardzo dobrze. Ponadto aspekt wykonawczy u Kreator stał tego wieczoru na najwyższym poziomie, zaś pirotechnika i światła robiły piorunujące wrażenie.

Nieco gorzej wypadała scenografia, przypominająca trochę wspomniane gry fantasy, papierowe erpegi oraz filmy klasy B z lat 90. Oczywiście miało to pewien urok: wielka głowa demona z podświetlanymi oczami oraz zadymioną, otwartą czaszką, była subtelna niczym metalowiec w glanach i ćwiekach na weselu pełnym kobiet odstawionych w drogie kiecki i chłopów w garniturach. Podobnie rzecz miała się z gigantycznymi rogami ozdabiającymi perkusję. Ach, Ci Niemcy.

Przywiezione ciężarówkami ozdoby nie przekraczały jednak granic dobrego smaku. Na dodatek Mille radził sobie wokalnie, Sami Yli-Sirniö wymiatał kolejne solówki, a Fred znany między innymi z Dragonforce i Sinsaenum pozostawał w ciągłym headbangingu. Bez wątpienia wszyscy czterej członkowie aktualnej wersji Kreator poradziliby sobie nawet wyłącznie w akompaniamencie dobrego „świetlika”, ale jak wiadomo, kilkupiętrowe ognie potrafią zadowolić nawet największych malkontentów. Sam jednak się do nich nie zaliczam, gdyż lubię co najmniej kilka numerów wywodzącego się z Germanii składu, aczkolwiek mowa o utworach sprzed wielu, wielu lat. 

Set promował przede wszystkim najnowszy krążek Krushers of the World, przekrojowo zahaczając też o wcześniejsze albumy zaprezentowano najczęściej po jednym singlu na płytę. Przeplatanie nowości klasykami thrashu wypadło nierówno. Mimo wielu circle pitów pod podestem mi osobiście brakowało energii, ponieważ, choć wciąż trudno mi w to uwierzyć, Warszawa ujrzała i usłyszała bardziej melodyczne oblicze Kreator. Jak to przebiegało w praktyce? Otóż po szybkim, mocnym numerze zazwyczaj następowały dwa bądź trzy lżejsze.

Kolejna łyżka dziegciu pojawiła się, gdy na scenie zawitało dwóch zakapturzonych panów w zielonych maskach przypominających gobliny. Obaj „przebierańcy” wyglądali podobnie do Mualana z recenzji żarcia nagrywanych przez Książula. Wówczas nie mogłem utrzymać powagi, ponieważ okazało się, że gremliny miały za zadanie jedynie… trzymać pochodnie przez jakieś pół minuty, a następnie opuścić estradę.

Prawdziwy zgrzyt zębów nastąpił niedługo później. W pewnym momencie Mille ubrany został w tanio wyglądające, czarne skrzydła. Jeżeli w tej chwili przyszło Wam do głowy miniaturowe Stonehenge z filmu o Spinal Tap, zbijam pionę. Co za dużo, to niezdrowo.

Ostatecznie wychodziłem z warszawskiej hali zadowolony, niemniej uświadomiłem sobie również, iż Kreator moim zdaniem nie nadaje się na headlinera dużych tras. Piszę to zresztą z wielkim szacunkiem do Mille i całej jego ekipy. Czasami kilka trików wspartych inwestycjami na poczet scenografii to zdecydowanie za mało, by wywrzeć odpowiednio mocne wrażenie na publiczności. I na tym zakończę.

Setlista:
Eve of Destruction (z taśmy)
Seven Serpents
Hail to the Hordes
Enemy of God (z intrem Coma of Souls)
Satanic Anarchy
Sergio Corbucci Is Dead (z taśmy)
Hate Über Alles
People of the Lie
Betrayer
Krushers of the World
Hordes of Chaos (A Necrologue for the Elite)
Satan Is Real
Loyal to the Grave
Mars Mantra (z taśmy)
Phantom Antichrist
Endless Pain
666 – World Divided
The Patriarch (z taśmy)
Violent Revolution
Pleasure to Kill
Apocalypticon (z taśmy)

Exit mobile version