Black Waves Fest vol. 8 – Jarocin (14.10.2023)

Wyjazd na Black Waves Fest był jedną z tych decyzji, które podejmuje się pod wpływem impulsu. Jarocin wydawał mi się początkowo zbyt dalekim celem podróży, jesienny kalendarz koncertowy mocno zajęty, na wszystko nakładało się też niedzielne głosowanie, udział w którym (ze względów logistycznych) musiałbym odbyć poza miejscem zamieszkania.

Skład ósmej edycji festiwalu okazał się jednak na tyle zacny, że mimo wszystkich przeciwności, zmobilizowałem się do spędzenia weekendu w podróży. I niech mnie cholera, jeśli nie była to jedna z lepszych koncertowych decyzji tego roku. Tak dobry był to event.

Podróż do Jarocina wbrew pozorom nie okazała się szczególnie uciążliwa, dzięki czemu byłem na miejscu już wczesnym popołudniem i miałem czas przespacerować się po okolicy, poznając sąsiedztwo miejskiego rynku. Dogodna lokalizacja JOK Jarocin pozwoliła mi też na bezproblemowe przegrupowanie się i pojawienie się w klubie w zasadzie z zegarkiem w ręku.

Miejsce festiwalu zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie – doinwestowane Centrum Kultury, wysoki standard, ciekawe wnętrze, ładne patio, hol przed sceną wyładowany stanowiskami z merchem, w końcu też stoiska z %, do których już od początku ustawiały się kolejki poszukiwaczy wrażeń –  słowem pełna kultura.

Najważniejsza była jednak rzecz jasna sala koncertowa, która dzięki bogatemu oświetleniu i dobremu nagłośnieniu już od wejścia dawała pewność wysokiej jakości oprawy dla planowanych występów. Ciekawym patentem okazało się też schodkowe ułożenie parkietu pod sceną, dzięki czemu z każdego miejsca pomieszczenia można było w pełni komfortowo oglądać występy przewidzianych artystów.

Eklektyzm line-upu Black Waves Fest uwidocznił się już od otwierającego event występu warmińskiej Goryczy. Będący obecnie w trasie promującej zeszłoroczny album Olsztynianie, uraczyli publiczność swoim nietypowym post/black metalem z nutą awangardy (objawiającej się nie tylko w muzyce i tekstach, ale także intrygującym zachowaniu wokalisty Tomka Kuklińskiego, którego pląsy mogłyby z powodzeniem otrzymać wyróżnienie w konkursie aktorsko-tanecznym). Nie wiem ostatecznie, czy przy odsłuchu nie sugerowałem się podświadomie miejscem pochodzenia zespołu, ale podczas koncertu, w głowie pojawiały mi się częste skojarzenia z twórczością Klimorha z Non Opus Dei. Jak by nie było w rzeczywistości, mocno mi ta gorycz Goryczy podeszła i już po pierwszym koncercie festiwalu byłem pojawieniem się w Jarocinie bardzo usatysfakcjonowany.

Następny występ tylko pozytywne wrażenia wzmocnił. Niemcy z Fyrnask zaprezentowali na scenie JOK Jarocin pełny, black metalowy rytuał, grając swój koncert w ceremonialnych habitach, między odpowiednimi rekwizytami i obowiązkowymi w tych okolicznościach świecami. Surowy i siarczysty black metal, pełny niewypowiedzianego, unoszącego się w powietrzu klimatu grozy, niosący echa krzyków wydobywających się z pozbawionych granic czeluści, wywoływał wręcz ciarki na plecach, co samo w sobie świadczy o poziomie zaprezentowanej przez grupę treści. Kolejny udany koncert, a zaznaczyć należy, że najlepsze miało dopiero nadejść.

Zespół nr trzy był tym, którego zapowiedź mocno przybliżyła mnie do wzięcia udziału w BWF. Znam The Committee od momentu wydania ich ostatniej płyty Utopian Deception i choć ten międzynarodowy ansambl czerpie pełnymi garściami z twórczości Mgły, jakość jego muzyki broni się na tyle dobrze, że z czystym sercem przymykam oko na oczywiste inspiracje. Warto też zaznaczyć, że w antysystemowej postawie zespołu nie ma odrobiny pozy – rebelianckie hasła walki ze światowym porządkiem i nonkonformistyczne nastawienie jego członków objawia się też w ich działalności pozascenicznej. Zgodnie z przewidywaniami The Committee nie ograniczyli się w Jarocinie jedynie do „odegrania” planowanego setu, ale uczynili ze swojego występu prawdziwy manifest siły, woli i światopoglądowej niezależności. Zespół wyraźnie zbudowany dobrym przyjęciem publiki zostawił na scenie krew, (gwarantowany przez założone przez muzyków kominiarki) pot i łzy. Zagrany pod koniec Katherine’s Chant z melodią radzieckiej Katiuszy dopełnił dzieła, dzięki czemu moje oczekiwania co do koncertu grupy zostały spełnione z nawiązką.

Krótka chwila na uzupełnienie płynów i już trzeba było meldować się z powrotem pod sceną, którą przejmowali Szwedzi z October Tide. Zespół, choć zmagający się od początku z łatką „side projectu gości z Katatonii”, przez lata wypracował swoją własną tożsamość i (co udowodnił tegoroczny krążek) wiernie kroczy ścieżką, którą macierzysta formacja już dawno straciła z oczu. Występ w Jarocinie potwierdził też dobitnie, że dowodzony przez Fredrika Norrmana kwintet jest prawdziwą, pracującą na wysokich obrotach maszyną koncertową. Duża w tym zasługa, podtrzymującego doskonały kontakt z publiką, frontmana grupy – Alexandra Högboma. Sympatyczny Szwed, poza świetną dyspozycją wokalną, z powodzeniem robił uczynek ze swojego wrodzonego talentu estradowego. Za small talk z publicznością:

– Jesteście szczęśliwi?!

– Taak!

– Dlaczego? Przecież gramy tu po to, byście byli smutni,

oraz wskoczenie na ramiona jednego z fanów pod koniec setu, gość otrzymuje ode mnie laur konsumenta i nagrodę wieczoru w kategorii „sceniczna beztroska”. Świetny koncert, z którego wyszedłem dużo bardziej zadowolony, niż mógłbym się początkowo spodziewać.

Końca żonglerki nastrojami w ramach Black Waves Fest bynajmniej nie było widać. Po October Tide na scenie festiwalu zagościła grupa, na występ której czekałem najmocniej. Pisałem już (podrzucając zajawki w socialach), że mało który polski zespół gra moim zdaniem z Deus Mortem w jednej lidze i koncert w Jarocinie wyłącznie tę tezę ugruntował. Można grać black metal ocierający się o zło, można grać też jednak taki, który w swojej esencji po prostu nim emanuje. Ekipa Necrosodoma szeroko otworzyła w Jarocinie bramy piekła, krusząc swoją muzyką świątynne mury i siejąc zagładę w biblijnym Edenie. Doskonale wyważony set, uwzględniający same gęste numery (m.in. Sinister Lava, Remorseless Beast, Ceremony of Reversion (Part I), Nod, The Destroyer), miażdżący sound i doskonała prezencja (nawet tak drobna rzecz, jak wspólnie opracowana przez muzyków podczas koncertu flaszka wina, dodała całości ciekawego, old schoolowego sznytu). Byłem występem wrocławskiej hordy zachwycony i wychodziłem z sali z przeświadczeniem, że na tym w zasadzie festiwal mógłby się zakończyć.

Wziąwszy pod uwagę poziom wydarzenia,  niewdzięczne zadanie mieli przed sobą muzycy Sisyphean, którym przypadła rola zamykacza imprezy. Dużo o samej muzyce bandu i swoich wrażeniach scenicznych nie napiszę, bo z uwagi na późną porę i zmielenie poprzednimi koncertami, część występu Litwinów spędziłem na siedzisku w rogu sali. Solidny black/death metal, w ciekawej wizualnej oprawie (zero fuszerki, pełna profeska), zrobiłby na pewno lepszą robotę, gdyby nie był prezentowany zaraz po wspomnianych wyżej koncertach (i przy dość mocno już przerzedzonej publice). Niestety w zestawieniu z mistrzami wagi ciężkiej, Sisyphean wypadł jedynie (a może aż?) poprawnie.

Przemyślenia i wnioski nasuwają się jednoznaczne – Black Waves Fest dowiózł w pełni, zarówno pod względem lokalowym, organizacyjnym oraz (co najważniejsze) muzycznym. Nie sądziłem, że już kilka tygodni po doskonałym Summer Dying Loud 2023, będę miał okazję wybawić się tak wybornie na kolejnym metalowym feście. Kandydat do tytułu jednej z imprez roku, po której pozostaje niecierpliwe wyczekiwanie, co organizatorzy zaplanują na edycję nr 9. Wypatrujcie znaków.






Synu
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , .