Cradle of Filth, Butcher Babies, Ignea – Wrocław (05.08.2024)

(fot. Dariusz Gracki)

Idę w ciemno o zakład, że powód mojego uczestnictwa we wrocławskim koncercie Cradle of Filth był zgoła odmienny od większości zgromadzonych w poniedziałkowy wieczór w hali A2. Biorąc pod uwagę staż zespołu i okres świetności, który w jego przypadku minął ponad dwie dekady temu, można z pewnością przyjąć, że główną bronią grupy Daniego Filtha jest dziś sentyment fanów (oraz ich miłość do klasycznych albumów w dyskografii grupy).

W moim przypadku element sentymentu bynajmniej nie wchodził w grę, bo w latach, gdy CoF wydawał swoje najważniejsze płyty, miałem do zespołu stosunek bardzo osobliwy (czyt. po prostu szyderczy). Kapeli dałem drugą szansę dopiero po latach, gdy przaśność, przerysowanie, groteskę i przesadę w metalu zacząłem traktować z dużo większą pobłażliwością. Wracając sukcesywnie do wcześniejszych albumów (mam tu na myśli oczywiście pięć pierwszych longów), nadrabiając te bardziej współczesne (Hammer of the Witches), w końcu śledząc także wydawnictwa najbardziej aktualne (Existence Is Futile), odkryłem pod przykrywką jasełkowego wampiryzmu Anglików na tyle ciekawą twórczość, że w końcu postanowiłem skonfrontować się z zespołem także w warunkach koncertowych.

Wieczór rozpoczął koncert ukraińskiego zespołu Ignea, który łączy w swojej twórczości metal symfoniczny (z obowiązkowym wokalem kobiecym) z elementami folkowo/progresywnymi. Muzyka podopiecznych Napalm Records całkiem udanie korespondowała z klimatem wieczoru (momentami udawało się nawet zapomnieć o tym, jak bardzo cała ta metalowo-synthowo-gotycko-symfoniczna stylistyka ociera się dziś o muzyczny skansen), nic w występie gości ze wschodu nie porwało mnie jednak na tyle, bym zechciał szczegółowo zagłębiać się w ich studyjne dokonania, bądź wypatrywał okazji kolejnego spotkania.

Sytuacji nie zmienił też diametralnie drugi zespół line-upu, którym był amerykański Butcher Babies. W przypadku kapeli dochodziła do słowa także zagwozdka o klucz doboru, ciężko było bowiem doszukać się między nią, a gwiazdą wieczoru sensowniejszych punktów stycznych (w ostateczności mogło chodzić po prostu o chęć poszerzenia publiki i przybliżenia twórczości obu grup nowym fanom). Ciekawostką okazał się dla mnie fakt, że zespół miał pierwotnie dwie wokalistki, z jedną z nich (Carla Harvey) zdążył się jednak na chwilę przed wizytą w Polsce rozstać. Brzmiący jak nieco bardziej groove metalowa kopia Arch Enemy band, mimo osłabienia personalnego, zdołał zagrać dość energetyczną sztukę (szczególne brawa należą się, dającej się poznać jako bardzo sprawna konferansjerka, Heidi Shepherd), która pozwoliła rozruszać się coraz bardziej gęstniejącemu pod sceną tłumowi.

Kwadrans poświęcony na instalację nowych (swoją drogą bardzo gustownych) elementów scenografii i sceną wrocławskiego A2 zawładnął gwóźdź programu. Po wkroczeniu zombiakalnym chodem i zrzuceniu przykurzonych łachów, swój sceniczny performance rozpoczął, oczekiwany przez euforycznie reagujących fanów, Dani Filth. Pierwszym, co rzucało się w oczy podczas koncertu, była zaskakująco dobra (jak na swój wiek i niewątpliwe trudy trwającej już od kilkunastu tygodni trasy) forma fizyczna lidera Cradle of Filth. Artysta wręcz kipiał entuzjazmem, dziarsko poczyniał sobie na scenie, co rusz starając się podsycić także energię tłumu. Bardzo przyzwoicie (mimo zauważalnej chwili, potrzebnej na nabranie właściwego rozpędu) muzyk radził sobie także wokalnie, sięgając naprzemiennie zarówno po swoje charakterystyczne wysokie, jak i te bliższe „growlowi” partie.

Frontmanowi dzielnie asystowali pozostali muzycy (bardzo przyjemnie oglądało się w akcji duet gitarzystów Donniego Burbage’a i Marka Šmerdy), rewelacyjnie ze swojej roli wywiązała się także, odpowiedzialna za obowiązkowo wznioślejsze partie, Zoe Marie Federoff.

Znalazł się w trakcie występu czas na wspominki, żarty („jak to możliwe, że nasz debiut ma 30 lat, skoro ja wciąż mam 25”) i – wydawało się bardzo naturalne i szczere – komplementowanie fanów. Przekrojowa setlista składała się zarówno z nowszych numerów (Existential Terror, She Is a Fire, Necromantic Fantasies), jak próbek starszych albumów (The Principle of Evil Made Flesh, Saffron’s Curse, Cruelty Brought Thee Orchids, The Promise of Fever). Nie zabrakło rzecz jasna żelaznych punktów (Dusk and Her Embrace, Her Ghost in the Fog, Nymphetamine (Fix) i zagranego na finał From the Cradle to Enslave), w porównaniu z innymi przystankami na trasie, zespół zaprezentował jednak nieco okrojony set (zabrakło w zestawie bodaj jednego numeru z ostatniej płyty).

Uwzględniając aktualną formę grupy, brzmienie koncertu oraz frekwencję i zachowanie publiki, trudno mi doszukać się we wrocławskim koncercie Cradle of Filth jakichkolwiek znaczących mankamentów.  I choć mógłbym bez trudu wyobrazić sobie ciekawszy dobór supportów, dzięki popisowemu występowi gwiazdy wieczoru, wyprawę do stolicy Dolnego Śląska będą wspominał wyłącznie pozytywnie.

(fot. Dariusz Gracki)



Synu
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , .