Helicon Metal Festival 2024 – Warszawa (15.03.2024)

Kolejny Helicon Metal Fest za nami. Pomny doskonałych wrażeń z odsłony zeszłorocznej, mocno ostrzyłem sobie zęby na czwartą edycję eventu, jak to jednak często w życiu bywa, musiałem pogodzić się z nieprzewidzianymi trudnościami, które pozwoliły mi na udział jedynie w pierwszym dniu festiwalu. O wrażenia byłem jednak spokojny, gównie za sprawą headlinera (Visigoth), na którego – spośród całego line-upu– liczyłem najbardziej.

Odnalezienie klubu Odessa (mimo zlokalizowania przybytku w ścisłym centrum Warszawy) łatwym zadaniem nie było, po kilku ciekawych przygodach udało mi się jednak w końcu wbić do całkiem już (jak na wczesną porę) napakowanego klubu.

Bohaterami pierwszej rundy wieczoru byli Brytyjczycy z Coltre. Mimo braku większych oczekiwań (studyjnie zespół prezentuje się solidnie, jednak bez większych moim zdaniem fajerwerków) występ Londyńczyków bardzo mi się spodobał. Lekki, ubarwiony vitage’owym sznytem heavy metal sprawnie rozgrzał publikę do tego stopnia, że refren finałowego Lambs to the Slaughter krzyczeli wraz z zespołem wszyscy zgromadzeni. Godny start.

Drugim sparingpartnerem wieczoru byli podopieczni Ossuary Records z Ironbound. Występ był dla nieukrywających swojej bezgranicznej miłości do Iron Maiden Ślązaków o tyle wyjątkowy, że stanowił jednocześnie release party ich drugiej dużej płyty Serpent’s Kiss (która zresztą zagospodarowała znaczącą część setlisty). Patrząc na radosne poczynania muzyków, nie mogłem opędzić się od myśli, będącej parafrazą znanego mema „(…) mamy Iron Maiden w domu”. Od muzyki, przez wokale (wprawdzie nieco bardziej Bayley’owe niż Dickinsonowskie), po zachowanie sceniczne, zespół oddany jest admiracji twórczości ekipy Steve’a Harrisa i tylko nakładając na odbiór muzyki zespołu filtr właściwego dystansu, można doszukiwać się w kapeli czegoś ponad to. Pierwszoplanową postacią koncertu był dla mnie na pewno Michał Halamoda, który bez przeszkód mógłby powalczyć w jakimś międzyregionalnym konkursie shredu – gość gra na wiośle naprawdę po profesorsku i to głównie za jego występ należą się Ironbound słowa uznania. Biorąc ostatecznie pod uwagę reakcje publiki przyznać trzeba, że koncert został przyjęty wyjątkowo dobrze i próżno było szukać w tłumie osób ewidentnie nieusatysfakcjonowanych.

Po krótkiej przerwie scenę Odessy przejęli załoganci z Hellhaim, którzy obok Ironbound byli drugim (i jednocześnie ostatnim) polskim reprezentantem podczas pierwszego dnia Helicon Metal Fest IV. Co więcej zespół można było (biorąc pod uwagę rolę Mateusza z Ossuary Records w organizacji całego wydarzenia) nazwać po części mianem gospodarza eventu. Tak też odbierałem występ Hellhaim, który wszedł trochę w buty włodarza imprezy, a jego frontman wyraźnie skanalizował emocje związane z jej organizacją w dziki wręcz zapał sceniczny. Poza numerami z dwóch dotychczasowych płyt studyjnych, band postanowił godnie uczcić swój „prehistoryczny” rodowód i odegrał utwory z dorobku działających w latach 80/90-tych zespołów Alioth i Holocaust. Po raz kolejny dopisała też publika, która niestrudzenie dopingowała muzyków, dzięki czemu udało się wytworzyć w klubie atmosferę małego święta. No i o to przecież w końcu chodziło.

Kolejną wyłożoną na stół kartą z talii organizatorow był austriacki Roadwolf, który mimo niezbyt długiego stażu i jedynie dwóch wydanych dotychczas płyt studyjnych na koncie, wszedł na scenę warszawskiej Odessy z pewnością starego wygi, otrzaskanego w niejednym heavy metalowym boju. Publika, komplementowana nieustannie przez frontmana grupy, Franza Bauera, uderzyła w swawolne tańce bez jakichkolwiek wyraźnych oznak zmęczenia poprzednimi występami. Sam ostatecznie nie zostałem może wgnieciony koncertem Roadwolf w parkiet, jednak energii i wysokooktanowej, heavy metalowej bojowości nie sposób było podopiecznym Napalm Records odmówić. Bardzo poczciwy występ.

Przedostatnim (choć zważając na staż i zasługi z pewnością największym) wydarzeniem wieczoru był występ brytyjskich weteranów z Tröjan. O słodki Jezu w morelach, patrząc na ekipę, która wyglądała jak część wycieczki lokalnego klubu seniora, nie mogłem wyjść z podziwu, ile energii i zapału mają w sobie wciąż ci goście. Życzyłbym sobie w podobnym wieku choć połowy entuzjazmu i witalności autorów kultowych Chasing the Storm i Killing the World (jako Taliön). Odśpiewując wraz Graemem Wyattem hity pokroju Icehouse, czy wspomnianego Chasing the Storm, z uśmiechem na twarzy utwierdzałem się w przekonaniu, że heavy metal to muzyka, którą upływ czasu dotyczy w zupełnie innych sposób. Świetny występ, który w innych okolicznościach spokojnie mógłby wystarczyć za finał imprezy.

Na szczęście na zgromadzonych w Odessie czekał jeszcze jeden czempion. Amerykanie z Visigoth są na moim heavy metalowym radarze nieustannie od czasu debiutanckiego The Revenant King, sposobności zobaczenia ich na żywo nie mogłem sobie więc odmówić. Było dokładnie tak, jak być powinno – ogień, stal, wzniesione w górę zaciśnięte pięści, hymny o bitwach, bohaterach, magach, panach podziemi, upadłych rycerzach i innych zdrajcach, których końcem mogła być tylko pozbawiona honoru śmierć. Wszystko z cudownej, imprezowej atmosferze, z uśmiechem, powerem i całkowitym, scenicznym szaleństwem. Zaczęli od wiedźminowego Steel and Silver, poszli jak przecinaki przez Dungeon Master i Mammoth Rider, wspomnieli Connora MacLeoda w Outlive Them All, uczcili Artoriasa z Dark Souls w Abysswalker, oddali należną cześć Manilla Road w kultowym Necropolis, złożyli ofiarę krwi w Blood Sacrifice, by na koniec w pięknym manowarowym stylu odśpiewać hymnowy Iron Brotherhood. Publika nie była wcale dłużna, pod sceną Odessy zrobił się całkiem spory kocioł, pod którego wyraźnym wrażeniem byli zresztą sami muzycy. Jak na pierwszą wizytę w naszym kraju, Visigoth wspaniale pogruchotał zbroje, będąc absolutnie doskonałym podsumowaniem pierwszego dnia Helicon Metal Fest IV.

Przed wyruszeniem w drogę uzupełniłem jeszcze o nowe itemy ekwipunek na straganie Ossuary Records i udałem się w powrotną podróż, żałując okrutnie, ze nie było mi dane uczestniczyć także w drugim dniu festiwalu, podczas którego była szansa zobaczyć m.in. Megaton Sword i Glacier. Myślę, że ogień był porównywalnie żarliwy.






Synu
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , .