Site icon KVLT

Laibach – Toruń (27.05.2024)

Od momentu zaanonsowania przez Knock Out Productions dwóch koncertów Laibach w Polsce, 27 maja był w moim muzycznym kalendarzu datą nienaruszalną. I to bynajmniej nie dlatego, że jestem jakimś die hard fanem, czy tym bardziej wyjątkowym znawcą studyjnej twórczości Słoweńców (wręcz przeciwnie, moja wiedza i znajomość muzyki grupy ogranicza się raczej do akceptowalnego standardu). Powody były inne. Po pierwsze dość rzadko zdarzają się w Toruniu występy zespołów podobnej klasy. Po drugie – znacznie ważniejsze – w przypadku tak interdyscyplinarnego ansabmlu, czymś diametralnie innym jest doświadczanie muzyki z płyt, czym innym natomiast obcowanie z nią w warunkach koncertowych, w których artyści, publika, prezentowane utwory, jak i pieczołowicie przygotowana i przemyślana oprawa wizualna, stanową równoważne elementy spektaklu.

Z takimi oczekiwaniami podchodziłem do poniedziałkowego eventu. Nie siliłem się specjalnie na przygotowania, sprawdzanie zapowiedzianej setlisty, ani odświeżanie/nadrabianie braków w studyjnej dyskografii zespołu. Poza wiedzą o motywie przewodnim trasy (wydana po niemal czterech dekadach poszerzona i wzbogacona reedycja przełomowego dla zespołu Opus Dei) postanowiłem zdać się na formę dnia, uzupełnioną przez element zaskoczenia, nieoczekiwane emocje i spontaniczne wrażenia.

Duży wpływ na odbiór koncertu miał wybór jego lokalizacji – CKK Jordanki, poza znakomitymi warunkami akustycznymi, licowały z charakterem występu także od strony wizualnej. Sala koncertowa stylizowana na surową, na pozór nieociosaną wnękę wykutą w kamiennej bryle, doskonale korespondowała z klimatem wydarzenia, dzięki czemu event (nawet jeśli przypadkowo) doczekał się w Toruniu dodatkowego atutu.

Laibach to zespół wielu twarzy, zupełnie nie dziwił więc rozstrzał stylistyczny i muzyczna różnorodność, której świadkami byli zgromadzeni w Jordankach słuchacze. Słoweńcy płynnie przechodzili od charakterystycznych dla siebie electro/martial industrialnych numerów, przez wręcz kakofoniczne, zahaczające o frywolne jazzowo/awangardowe improwizacje, po bezczelnie listener friendly covery, na czele których – poza firmowymi aranżacjami Life is Life Opus, czy One Vision Queen – znalazł się m.in. utwór Boba Dylana, czy zagrany na finał evergreen Foreigner (w którym zespół dał dodatkowo popis posiadanego do siebie dystansu).

Żonglerka emocjami nie była jedynym asem w rękawie Słoweńców – prowadzony przez charyzmatycznego Milana Frasa zespół zaprezentował się w Toruniu doskonale także pod względem witalności i formy, pokazując, że mimo upływu lat i zachodzących na ich przestrzeni zmian politycznych, gospodarczych i społecznych, wciąż potrafi się ze swoją sztuką odnaleźć i uniknąć uwięzienia za ogrodzeniem muzycznego skansenu.

Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że problemy będące przedmiotem zainteresowania grupy są nad wyraz aktualne także dzisiaj, przybierając często jedynie nowe postaci i formy (nowoczesne autorytaryzmy, wojny hybrydowe, czy rozwój technologii oraz jej wpływ na kondycję społeczeństw, to przecież tematy na wskroś ,na czasie’). Potwierdzały to wyświetlane w trakcie koncertu spoty i animacje, nieograniczające się wyłącznie do charakterystycznych dla grupy filmów hołubiących XX-wieczny futuryzm i socrealizm, fragmentów topornych produkcji propagandowych okresu totalitaryzmów, czy teledysków stanowiących ich pastisz i umiejętną satyrę. Koncert gustownie przeplatał seans klipów bezpośrednio nawiązujących do współczesności, czym zespół manifestował to, że ostrze czujnej obserwacji oraz krytycznej oceny rzeczywistości w jego przypadku nie uległo z biegiem czasu stępieniu.

Nie mam zamiaru ukrywać, że nie wszystkie utwory zaprezentowane w poniedziałkowy wieczór miały równy impakt, nie obyło się też bez momentów spadku napięcia, jednak jako całość, koncert Laibach mogę z czystym sumieniem nazwać przeżyciem niecodziennym. Moje zdanie zdawała się podzielać także publika, która kilkukrotnie nagradzała zespół owacjami na stojąco (warto nadmienić, że mimo ryzykownego, poniedziałkowego terminu, frekwencja podczas eventu była wyjątkowo udana).

Laibach żyje i ma się znakomicie, a jego koncerty to wciąż niezwykłe doświadczenie, które warto przetestować na własnej skórze, nawet jeżeli nie jest się wyznawcą zespołowych dokonań studyjnych. Ponowne wydanie Opus Dei jest zaś świetną okazją, by spróbować zmagań także z nimi.

fot. M.Chabowska Fotografia / Radio Sfera UMK.

Exit mobile version