Arch Enemy, Eluveitie, Amorphis, Gatecreeper – Gliwice (19.10.2025)

Sobotni wieczór, pierwsze nocne światła Gliwic odbijają się w szybie samochodu. W tle z głośników – riff z War Eternal. Chociaż termometr pokazuje zaledwie kilka stopni na plusie, po raz pierwszy tego dnia czuję znajome rozgrzewające mrowienie – w końcu dwa z najważniejszych dla mnie zespołów mają tej nocy dzielić jedną scenę.

Nie ma nic bardziej krzepiącego dla koncertowej duszy niż świadomość, że czeka cię wieczór z czterema formacjami, których wspólnym językiem jest szczera, metalowa pasja. W lineupie – zestaw eklektyczny, a jednak obiecujący przejście przez całą paletę emocji: od surowego deathu, przez funeralny ciężar skandynawskiej melancholii i lekki celtycki żywioł, aż po ostateczną, melodyjną i precyzyjną gonitwę. Choć każdy z tych światów zdaje się mówić innym dialektem, oczywiste było, że nie będą one potrzebować tłumacza. To wszystko miało się wydarzyć w gliwickiej PreZero Arenie – hali, do której trafiłem po raz pierwszy, z ciekawością, ale i pewną dozą sceptycyzmu. Bo ilu z nas przekonało się już, że nowoczesna hala nie zawsze znaczy dobra akustyka?

Wieczór rozpoczął się punktualnie, z organizacyjną precyzją, jaka powinna cechować duże europejskie trasy koncertowe. Pierwsi na scenie pojawili się Amerykanie z Gatecreeper – przedstawiciele młodszej szkoły death metalu, rodem z Arizony. I trzeba przyznać, że jeśli ich celem było przenieść odrobinę pustynnego żaru na śląską scenę, wykonali zadanie śpiewająco – a raczej growlująco – serwując od pierwszych minut bezpretensjonalne uderzenie. Ich surowy sound w duchu Entombed czy Bolt Thrower, z niskim, brudnym growlem Chase’a Masona, może nie porwał tłumu do tańca, ale skutecznie rozgrzał płytę. Wrażenie było takie, jakby zespół przyjechał tu z jednym żołnierskim celem – zgnieść i odejść. I z tym zadaniem poradził sobie znakomicie.

Po krótkiej przerwie przyszła pora na pierwszy z trzech głównych aktów – Amorphis. Ich koncerty mają w sobie coś z rytuału: są dokładne, gęste i podniosłe. W Gliwicach Finowie przygotowali przekrojowy set, obejmujący aż dziewięć utworów z siedmiu różnych płyt – od klasyków po nowsze kompozycje. Brzmienie było perfekcyjne, a Tomi Joutsen nie zawodził – nomen omen – wokalnie ani w czystych partiach, ani w growlach, jednak odniosłem wrażenie, że zabrakło mu werwy, by naprawdę porwać publikę. Nawet przy bardziej żywych fragmentach – Silver Bride, Death of a King czy rozpoznawalnym House of Sleep – ludzie reagowali raczej z uznaniem niż z euforią. Dopiero Black Winter Day przebił trochę barierę lodu. W kwestii oprawy – Finowie nigdy nie potrzebowali wizualnego przepychu, by robić wrażenie, i również w Gliwicach postawili na prostotę. Zespół grał niemal bez słowa, co można by uznać za przejaw fińskiego introwertyzmu – lub po prostu chłodnej konsekwencji w realizowaniu planu koncertowego. Występ urzekał dźwiękiem i precyzją, i jestem pewien, że fanom Skandynawów musiał się podobać, ale z punktu widzenia bardziej neutralnego świadka brakowało mu tej koncertowej iskry – momentu, w którym granica między sceną a publiką przestaje istnieć.

Zupełnie inny klimat wniosło Eluveitie. Folk-metalowa orkiestra – jak zwykle z instrumentarium, które mogłoby wypełnić połowę małego skansenu – od pierwszych sekund wlała w publikę życie. Już otwierające Ategnatos i Deathwalker sprawiły, że powietrze w hali zgęstniało, a kilka chwil później The Prodigal Ones tylko tę energię spotęgował. Skrzypce, flety i mandola, jak zawsze, idealnie zespoliły się z gitarowym fundamentem i morderczo precyzyjnymi bębnami – banalne porównanie do szwajcarskiego zegarka aż samo ciśnie się na język. Chrigel Glanzmann na każdym dotąd widzianym przeze mnie gigu przekonuje mnie, że to gość, który nie potrzebuje wielu słów, żeby zapanować nad tłumem, a gdyby w Google wpisać słowo „charyzma”, wyskoczyłoby jego zdjęcie. Setlista była dobrze wyważona – obok koncertowych hymnów, takich jak The Call of the Mountains, A Rose for Epona czy King, znalazło się miejsce na kompozycje z najnowszego długograja Anv – wspomniane The Prodigal Ones, mój koncertowy faworyt, oraz Exile of the Gods i Premonition. Fabienne Erni była jak zawsze rewelacyjna – jej głos, raz eteryczny, raz potężny, nie miał słabych punktów, zarówno w partiach solowych, jak i w kontrapunktach dla zadziornych wokali Glanzmanna. Szkoda jedynie, że tym razem zabrakło elementu zaskoczenia – wszystkie kompozycje wybrzmiały już w lutym w Krakowie. Trudno się jednak dziwić, skoro ich set musiał być niemal o połowę okrojony. W oczekiwaniu na nowe pozostało mi więc obejść się smakiem i poczekać na pełnowymiarowy koncert, na którym mnie na pewno nie zabraknie! Tak czy inaczej, Eluveitie zagrali show na wysokim poziomie, kipiące energią i szczerością – dokładnie tym, czym folk-metal powinien wypełniać areny. Tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że słabszy występ Szwajcarzy mają zapisany w swojej metalowej konstytucji jako rzecz zakazaną.

I wtedy przyszedł czas na Arch Enemy. Już samo intro – przy dźwiękach Bark at the Moon Ozzy’ego Osbourne’a i zasłaniającym scenę ogromnym banerze z napisem Pure Fucking Metal – nie pozostawiało wątpliwości, co się za chwilę wydarzy. Gdy wybrzmiały pierwsze dźwięki właściwego wstępu, zapowiadające ostatnie chwile przed metalową burzą, za półprzezroczystym płótnem zaczęły objawiać się powiększone sylwetki muzyków. Świetny, teatralny zabieg, który doskonale budował napięcie. A potem – eksplozja. Pierwsze riffy Deceiver, Deceiver przecięły powietrze jak ostrze, hala eksplodowała dźwiękiem i światłem, a na scenę wbiegła błękitnowłosa furia – Alissa White-Gluz. Zespół nie tracił ani sekundy, bo po otwarciu przyszła kolej na ciąg dalszy metalowego blitzkriegu – klasyczne Ravenous oraz świeży Dream Stealer. Uff, to był nokaut, po którym nie było już wątpliwości, kto tego wieczoru rozdaje karty.

Tempo nieco zwolniło dopiero przy kolejnej melodyjnej nowości – Blood Dynasty, by już za chwilę halę ponownie rozgrzała waleczna War Eternal. Następnie zabrzmiał klasyk My Apocalypse, który jak zawsze przypomniał, jak wiele ta kapela zawdzięcza perfekcyjnej równowadze między brutalnością a kompozycyjną elegancją.

W dalszej części seta zespół ponownie sięgnął po nowy materiał – Illuminate the Path i Liars & Thieves – utwory z wyraźnym otwarciem na emocje, w których Alissa w pełni pokazała dojrzałość swojego wokalu. Z łatwością przeplatała partie ekstremalne z tymi czystymi – zresztą w Blood Dynasty podobna dwutorowość wokalna pojawiła się w niespotykanym dotąd natężeniu.

Tuż potem wybrzmiało przebojowe The Eagle Flies Alone, a arena rozświetliła się bielą i błękitem świateł. Refren niósł się przez halę z potężną mocą, zgrabnie łącząc siłę dźwięku z czytelnym, pozytywnym przekazem. W kolejnych utworach – First Day in Hell, Sunset over the Empire i Avalanche – tempo tylko rosło. W środku tego koncertowego tornada zabrzmiał klasyczny No Gods, No Masters, przy którym pod sceną rozszalał się prawdziwy żywioł. Tłum skakał, kocioł wirował, a zespół prowadził ten balet z absolutnym luzem.
Nawet nie zauważyłem, kiedy minął set podstawowy – każdy numer wchodził w kolejny z naturalnym flow, bez zbędnych przestojów. Bisy rozpoczęły się instrumentalnym Snow Bound, w którym Michael Amott i Joey Concepcion zasłużenie znaleźli się w centrum uwagi. Świetny wybór – ten krótki, liryczny moment był jak ukłon w stronę gitarzystów po całym wieczorze riffowej demolki.

A potem scena po raz ostatni eksplodowała w agresywnym rytmie Nemesis. W powietrze wystrzeliły czarne i pomarańczowe dmuchane kule z logoiem zespołu, a z gardeł popłynęło chóralne „We are one!”. Słowa refrenu brzmiały mi w uszach jeszcze długo po koncercie.
Arch Enemy dali koncert kompletny – mocny, melodyjny, z dramaturgią, która rosła z każdym utworem. Energia nie opadała ani na moment, a perfekcyjnie zgrane światła i dopracowane wizualizacje tylko potęgowały efekt. Na scenie szczególnie imponowały dynamiczne snopy reflektorów, które w rytm muzyki przecinały dym niczym laserowe miecze. Całość dopełniały grafiki inspirowane nowym albumem, flagi oraz podświetlane pentagramy, tworzące spójny, wyrazisty koncept wizualny. Wszystko było podporządkowane muzyce – proste, efektowne i w stu procentach „archenemy’owe”. To, co mnie osobiście porwało, to całkowity brak rutyny – każdy z muzyków czerpał czystą radość z grania i ta energia udzielała się błyskawicznie.

Wychodząc z hali, miałem wrażenie, że był to jeden z bardziej dopracowanych koncertów tego roku. A przy okazji – że PreZero Arena to miejsce, które naprawdę daje muzyce przestrzeń do oddychania. Brzmienie z każdego punktu – czy to płyta, czy trybuny – było krystalicznie czyste. W przypadku Eluveitie pozwalało wychwycić subtelne detale harfy i fletu, a przy Arch Enemy – każdy riff i każdą zmianę tonacji w wokalu Alissy. To nieczęsty luksus, by po kilku godzinach intensywnego łomotu wychodzić bez uczucia akustycznego zmęczenia. I choć sama hala z pewnością sprzyja takim warunkom, równie duży ukłon należy się ekipie odpowiedzialnej za nagłośnienie. Bardzo pozytywne zaskoczenie! Gliwice tej nocy potwierdziły, że metal wciąż potrafi zaskakiwać swoją różnorodnością. Cztery zespoły, cztery sposoby grania, jedna wspólna energia. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że tego wieczoru „Pure fucking metal” nie tylko wybrzmiał z pełną mocą, ale po prostu triumfował.

Tekst: Maciej Kowalski

Zdjęcia: Norbert Dorobisz

(Visited 1 times, 1 visits today)
This entry was posted in Relacje. Bookmark the permalink.