Site icon KVLT

Cradle Of Filth – Katowice (12.11.2015)

I kto by pomyślał, że znów przyjdzie czas, gdy będę się jarał koncertem Cradle Of Filth… W czerwcu, tylko z sentymentu, wybrałem się ich gig na jednym z letnich festiwali. Było zaskakująco dobrze, więc na fali tego entuzjazmu kupiłem ich ostatni album, Hammer of the Witches. Bardzo udany album, jak pamiętacie z recenzji. Cieszę się więc, że PW Events udało się sprowadzić Kredki na jedyny koncert w Polsce.

Wieczór otworzył śląski zespół SickNest. Energetycznej muzyce towarzyszył dość statyczny zespół, ale to wina sceny w Mega Clubie– nie dość, że nie grzeszy rozmiarem, to jeszcze rozłożono na niej trzy zestawy perkusyjne, ruszyć się więc nie było jak. Szkoda, bo szczególnie po basiście i gitarzyście widać było, że nie mają ochoty się oszczędzać. Muzyka grana przez SickNest to najogólniej ujmując progresywny metal. Stawiają na różnorodność- tempa, klimat, różne muzyczne bajki zmieniały się jak w kalejdoskopie. Wiele fragmentów było niezwykle udanych. Mocną stroną ich utworów jest to, że każdy ma swoje momenty, w których może błyszczeć – a to świetnie pohula bas, kiedy indziej perkusista zaczaruje fajną partią, po chwili gitarzyści dorzucą taką solówkę, że mucha nie siada. I to wszystko bez zbędnego masturbowania się, jak to ma w zwyczaju na przykład Dream Theater. Mam jednak takie wrażenie, że naprawdę fajne składowe ich muzyki nie tworzą spójnej całości. To bardziej suma niezłych fragmentów, niż udany efekt końcowy. Czysto subiektywnie dodam też, że klawisze są jak dla mnie zupełnie od czapy. Mimo wszystko jestem zaintrygowany i na pewno sprawdzę ich debiutancki album.

Zupełnie inne doznania zaserwował Ne Obliviscaris. Tu już nie mam żadnych „ale”. Australijczycy także grają muzykę gęstą, progresywną, ale wszystko skomponowane i zaaranżowane jest tak, że przykuwa uwagę i trzyma w napięciu cały czas. A nie jest to łatwa sztuka, skoro tworzą utwory trwające nierzadko kilkanaście minut. Widać też, że zespół jest obyty ze sceną i wiedzą jak zrobić show. Szperam w pamięci i nie przypominam sobie, kiedy po raz ostatni jakiś support zrobił na mnie tak wielkie wrażenie, jak zrobił to w czwartek Ne Obliviscaris.


Zespół ma dwóch wokalistów, jeden odpowiedzialny jest za growle, drugi za czysty śpiew oraz okazjonalne partie skrzypiec. To oni głównie odpowiadają za niesamowitą energię tryskającą ze sceny. Swoje trzy grosze dorzuca w tej kwestii także jeden z gitarzystów. Pozostali skupiają się na wirtuozerskim odgrywaniu szalonych podróży muzycznych – od ekstremalnego metalu, do pięknych, atmosferycznych zwolnień. Dobrze czasem idąc na koncert nic nie wiedzieć o zespołach, które na nim wystąpią; nie mieć żadnych oczekiwań, tylko dać się zaskoczyć. Mnie zaskoczyli i kupili w stu procentach.

Krótkie oczekiwanie i nadeszła pora na gwiazdę wieczoru. Jakieś dwie sekundy wystarczyły, aby dowiedzieć się kilku rzeczy:

Dani Filth miał nosa do transferów i sprowadził do zespołu nie dość, że świetnych muzyków, to i niezłych showmanów.

– Wokal Daniego to dziś niestety najsłabsze ogniwo Cradle Of Filth. Nie daje już rady wyciągać tych swoich charakterystycznych pisków i często, niczym Axl Rose, tylko symuluje śpiew.

– Scena w Mega Clubie jest za mała, żeby pomieścić wszystkie atrakcje przygotowane przez zespół. Niby nie jest to najważniejsze, ale nie po to zespoły starają się przygotować fajny spektakl, żeby fani musieli obejść się smakiem, nieprawdaż?

Mimo wszystko muszę przyznać, że występ ten należał do tych z kategorii zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie tylko rośnie. Niby Kredki promowały nowy album, ale występ otworzyli tak, jak swój drugi album, czyli najpierw intro, a chwilę potem zaczęli Heaven Torn Asunder. Na papierze taki zabieg wygląda może mało ciekawie, ale na żywo sprawdza się znakomicie – zaczyna się powoli, dając czas na rozkręcenie się i wejście na właściwe obroty, po czym zaczyna się huraganowy atak. Cudo! Już jako drugi zabrzmiał Cruelty Brought Thee Orchids i co tu będę krył, byłem w siódmym niebie. Cruelty And The Beast kocham miłością szczerą i prawdziwą, to mój ulubiony ich album i każdą sekundę z tej wyjątkowej pozycji w ich dyskografii przyjmuję z bananem na buzi. Jeszcze większą radość sprawili mi więc prezentując Twisted Nails Of Faith pod koniec występu. Z ostatniego albumy poleciały cztery utwory i zostały one przyjęte niezwykle gorąco, niczym ukochane klasyki. Kiedy Dani zapowiadał Blackest Magick Into Practise czy Right Wing of the Garden Triptych jakieś fanki za mną piszczały jak piętnastolatki na widok One Direction. Ale napisać też należy, że zarówno te kawałki, jaki i Yours Immortaly oraz Deflowering the Maidenhead… są stworzone do grania na żywo i potwierdzają, że Kredki wróciły z naprawdę mocnym albumem. Co jeszcze mieliśmy przyjemność słyszeć? Same fantastyczności! Gdyby zespół zapytał mnie, na co mam ochotę z debiutu, odpowiedziałbym bez wahania, że na The Forest Whispers My Name – dostałem więc, co chciałem. Coś z Vempire? Największą ochotę miałem na Queen of Winter, Throned i to też usłyszałem. Reprezentantem Midian był mój ulubiony Lord Abortion. Dodam, że te dwie ostatnie piosenki zostały na tą trasę odkurzone po kilkunastu latach! Po przeszło dekadzie nieobecności zagościł w setliście także Malice Through the Looking Glass. Dorzucono także największe hity, czyli Nymphetamine oraz Her Ghost in the Fog. Naprawdę imponujący zestaw kawałków, gwarantujący godzinę i trzydzieści minut doskonałej zabawy.

Cradle Of Filth naprawdę są w formie. Między członkami zespołu widać chemię, radość grania, naturalność. Dani Filth w jednym z wywiadów mówił, że Ashok, Daniel Firth czy Rich Shaw byli fanami grupy, zanim do niej dołączyli i to naprawdę widać. Ani grama zblazowania, znudzenia czy grania „na odwal się”, zamiast tego czysta, pozytywna energia. Po Lindsay Schoolcraft także widać, że tańczy za swoimi klawiszami i śpiewa większość tekstów pod nosem dlatego, że to lubi, a nie dlatego, że ktoś jej za to płaci. W takim otoczeniu odżył i sam lider.

By dopełnić obrazu tego gigu dodam, że publiczność spisała się rewelacyjnie. Pod sceną szalał nawet gość po sześćdziesiątce. Nie tylko jednak on oczywiście, wszyscy zgotowali Kredkom gorące przyjęcie, za co zespół szczerze dziękował. Słowem – niezwykle udany wieczór.

Exit mobile version