Cult Of Fire, The Great Old Ones, Caronte – Poznań (26.03.2025)

Środowy wieczór zapowiadał się ekscytująco. W poznańskim klubie Tama już od wczesnych godzin popołudniowych trwały przygotowania do tego, co miało się odbyć wieczorem, czyli koncert trzech zespołów, które choć różne stylistycznie, to znakomicie, jak się okazało, się uzupełniały. Wchodząc do klubu, byłem trochę zawiedzony frekwencją, ale to się miało wkrótce zmienić. Rozumiem, że to właściwie środek tygodnia i fanom ciężkich brzmień na drodze do Tamy stanęły zwykłe codzienne, rutynowe czynności jak praca, szkoła czy najbardziej naturalne życie rodzinne, ale do cholery, nie znaleźć 4 godzin na przyjemność spod znaku Caronte, The Great Old Ones i nawiedzonych mistyków z Cult Of Fire? Ja czekałem na ten gig już od kilku tygodni.

Przyznam się bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia, że po twórczość włoskiego Caronte sięgnąłem dopiero na kilka dni przed koncertem. Po The Great Old Ones – mimo, że studyjne albumy łechtają moją artystyczną duszę – to ni cholery nie wiedziałem czego się spodziewać. Natomiast Cult Of Fire był mi już dobrze znany, zarówno w wersji studyjnej, jak i koncertowej, i wiedziałem, że to będzie nie lada show.

Całość o dziwo rozpoczęła się wcześniej, a nie jak zapowiadali organizatorzy (Winiary Bookings) o 19.40. Pierwsze dźwięki serwowane przez Włochów zabrzmiały kilka minut po 19. Caronte to doom/stoner metal spod znaku Electric Wizard czy Danzig okraszony okultystycznymi tekstami rodem z twórczości Aleistera Crowleya. Niestety chociaż sam występ był raczej w porządku, to akustycy dali ciała.

Scena najeżyła się od magicznych trójzębów, atrybutu scenicznego Caronte, a tuż za zespołem zawisła flaga z logo i abstrakcyjnym wizerunkiem czegoś. Całe szczęście, że niezmordowany wokalista Dorian Bones wykrzykiwał z entuzjazmem tytuły poszczególnych utworów. I tak, o ile niczego nie przeoczyłem, doom metalowcy zagrali retrospekcję swojej twórczości, kładąc logicznie nacisk na wydanej w 2021 EP Circle i przedpremierowej pełnej płycie Spiritvs (zapowiadanej na 8 kwietnia tego roku). Pojawiły się Flowerrs Of Lucifer, Black Flames, Interstellar Snakes Of Gold czy bardzo energetyczny Solar Void Of Yule. Przebłysnęły też starsze numery, które pierwotnie ukazały się na czterech albumach Caronte wydanych w latach 2012 do 2019, jak Queen Of The Sabbath, Shamanic Meditations Of The Bright star oraz Starway To The Cosmic Fire.

Muzyka Caronte to wypadkowa Danzig i Electric Wizard, i do fanów ich twórczości skierowany był dzisiejszy koncert. Kilkunastoosobowa publika (w tym ja) zgodnie przytupywała w rytm coraz to odważniej poczynających sobie Włochów. Cały problem ich występu polegał na zbyt zmasowanym brzmieniu, które momentami zlewało się w niemiłosierną całość i tylko pulsujący bas oraz perkusja nadawały rytm całości. Niestety dający z siebie wszystko wokalista był słabo słyszany, a w bardziej nastrojowych momentach, gdzie wokal powinien nadawać atmosferę całości, po prostu fałszował. Caronte zakończył swój występ z przytupem, w postaci niemalże rockowego Scarlet Love. I nastała kilkunastominutowa przerwa…

Na scenie zaczął montować się zespół, który, sądząc po ludziach zebranych pod sceną, jest dobrze znany polskim fanom. The Great Old Ones “uzbrojony” został przez scenografów w mikrofony ze znakiem necronomicon, a mikrofon wokalisty opatrzony był symbolem Cthulhu. Tuż za perkusją zawisła ogromna flaga okładki singla Second Randez-Vous (Jean-Michel Jarre Cover), którego i tak nie usłyszeliśmy podczas trwania koncertu, może z racji tego, że to instrumentalna przeróbka. Ciekawostką w składzie Francuzów było to, że zdecydowali się na set z trzema gitarami, co wymagało, tak mi się wydaje, większej synchronizacji, a co za tym idzie skupienia muzyków na samej muzyce. The Great Old Ones rozpoczęli The Omniscient i po prawie 10-minutowym starcie płynnie przeszli do In The Mouth Of Madness z najnowszego, jeszcze ciepłego Kaddath. Na tym krążku zespół się skupił, promując go znakomicie. Potężne gitary, rwące pulsy basu i grzmiąca perkusja, to wizytówka występu The Great Old Ones. Przykro mi jedynie z tego powodu, że partie klawiszy, odgrywane z taśmy ginęły nieco wśród żywych instrumentów i stanowiły tło, nie zawsze słyszalne. Winę za to ponoszą z całą odpowiedzialnością dźwiękowcy, którzy nie wywiązali się ze swojego zadania tak jak powinni. Po Under The Sign Of Koth i majestatycznym Those From Uthar ze znakomitego Kaddath zespół przypomniał Dreams Of The Nuclear Chaos i When The Stars Align z poprzednich albumów. Po nieco ponad godzinie The Great Old Ones zszedł ze sceny w akompaniamencie gromkich braw i okrzyków aprobaty. Scenę zasunięto ogromnymi kotarami…

…i przygotowywano show, które miało odbyć się lada chwila. Trzeba było jednak czekać blisko godzinę zanim obsługa przygotowała scenę na spektakl. Miałem przyjemność widzieć Cult Of Fire w zeszłym roku na Brutal Assault w rodzimych rejonach zespołu, dlatego ich wizerunek sceniczny nie stanowił dla mnie tajemnicy. Tym razem na scenie pojawił się także ołtarz pełen owoców, jadła i napojów wszelkiej maści, Po obu stronach ołtarza na gigantycznych podestach w formie kobr usiedli gitarzyści w pozycji do jogi i w takiej pozycji grali do samego końca. Tuż za ołtarzem, odprawiając swoje buddyjskie rytuały, stał wokalista i główny aktor spektaklu Vojtěch Holub. Uderzyli mocno, moim faworytem z The One, Who Is Made Of Some, najbardziej chyba lotnym Dhoom.

Brzmienie Cult Of Fire w Poznaniu było czyste i nad wyraz selektywne, biorąc pod uwagę intensywność muzyki. Co ciekawe, Czesi wystapili bez asysty basu, co nieco osłabiło ton ich koncertu, ale to jest szczegół, który należy traktować bardziej jako ciekawostkę, bo bębny nadrabiały gęstością i intensywnością.

Jak można było się spodziwać, koncert dedykowany był premierze albumu The One, Who Is Made Of Smoke, która przypadała dokładnie w dzień poznańskiego koncertu. Zatem oprócz wspomnianego Dhoom pojawiły się również Anger, There Is More To Lose i singlowy Joy. Zespół jednak nie zapomniał o tych fanach, którzy jeszcze nie słyszeli płyty i sięgnęli po starsze utwory, jak Buddha 1, काली मां (Kali Ma) czy porażający संहार रक्त काली (Samhara Rakta Kali). Wielki szacunek dla wokalisty, bo brzmiał naprawdę potężnie i krystalicznie czysto.

Całość zakończyła się po 23. Jestem pewien, że gdyby nie środek tygodnia, to frekwencja byłaby dwukrotnie większa. Niestety trasy rządzą się innymi prawami.

Do następnego razu.

Autorem zdjęć jest Adam Pilachowski

Adam Pilachowski
Latest posts by Adam Pilachowski (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , .