Gruzilla Festiwal 2022 – Chorzów (27.08.2022)

Dzień po moich pierwszych odwiedzinach w osławionej chorzowskiej Leśniczówce nadszedł czas na wizytę numer dwa; tym razem powodem była wyczekiwana przeze mnie tegoroczna odsłona Gruzilla Festiwal. Od pierwszego ogłoszenia do minionej soboty zmieniło się wiele: dwudniowa impreza skróciła się do jednodniowej (ale z dwoma scenami zamiast jednej), a mający być główną gwiazdą Belzebong wybrał występy w USA i został zastąpiony przez grindową Hostię. Finalnie skład tegorocznej Gruzilli zamknął się na dziewięciu kapelach prezentujących dość szerokie spektrum gatunkowe: od thrash metalu, przez stoner i rock psychodeliczny, aż po wspomniany już grindcore. Zapowiadało się więc bardzo intrygująco – jak było w rzeczywistości?

Punktualnie o 17 zaczął krakowski Stonerror, parający się, jak sama nazwa wskazuje, stonerem. Kwartet zdecydowanie dał radę i szkoda, że w sobotnie popołudnie doświadczyli tego tak nieliczni. W muzyce formacji jest sporo przyjemnie nośnych melodii, a „piosenkowe” kawałki były w odpowiednich proporcjach zmieszane z tymi bardziej psychodelicznymi i „odjechanymi”. Nie brakowało też agresywniejszych, bardziej zadziornych fragmentów. W pełnym cieszeniu się pierwszym występem pomagało też bardzo dobre (jeszcze) nagłośnienie – lepiej chyba nie mogło się zacząć.

Czasu na wytchnienie tego dnia nie było. Ledwie Stonerror zszedł ze sceny, a już na drugą, umiejscowioną wewnątrz Leśniczówki, wchodziła lokalna, thrash metalowa formacja Snake Eyes. Thrash jak to thrash – szczególnie odkrywczy nie był, jednak agresji i groove’u miał aż w nadmiarze, przez co ta dysponująca dwudziestoletnim doświadczeniem załoga wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie. Potężny wokal solenizantki Marty  Buczkowskiej, której wszyscy zaśpiewaliśmy urodzinowe „Sto lat”, mógłby zostawić prawdziwy gruz z niejednej koncertowej budy, choć o dziwo Leśniczówka przeszła przez starcie z wokalistką Snake Eyes bez szwanku.

Kolejny był pomorski Aleph, wobec którego miałem całkiem spore oczekiwania związane stricte z moją pozytywną recenzją ich debiutanckiego albumu Kairos. Cóż, zagrali nieźle, ale… no właśnie, ale. W sobotni wieczór czegoś mi zabrakło, choć jeśli przeanalizować ich występ, to wszystko było na swoim miejscu. Być może muzykę kwartetu po prostu lepiej przyjmuje mi się w domowym zaciszu, może to ten czysty wokal momentami gryzący mnie w uszy… a może po prostu moje nadzieje były wywindowane zbyt wysoko? W każdym razie jak dla mnie był to „tylko” poprawny występ, muzycznie ciekawszy od poprzednio występującej formacji, ale jednak nie wywołujący radosnego uśmiechu na mojej twarzy.

A może to też trochę dlatego, że jako następny we wnętrzu klubu zagrał mój zdecydowany faworyt na Gruzilla Festiwal 2022, czyli wcześniej mi nieznane, bielskie trio Slavenkust? Takiego zniszczenia spodziewałem się po Hostii, a nie po trzech młodych chłopakach. Tego szalonego tempa i niemieszczącego się w jakiejkolwiek skali poziomu wściekłości nikt już w sobotni wieczór nie przebił. Nie zawsze trzeba stosować skomplikowane środki, by osiągnąć jakiś cel, i Slavenkust to potwierdza. Choć prezentowana przez zespół mieszanka d-beatu, powerviolence i hardcore punka pod względem rozbudowania kompozycji była na zdecydowanie przeciwnym biegunie niż w przypadku Aleph, to wywarła ona na mnie zdecydowanie większe wrażenie. Czułem się jak po czołowym zderzeniu z pędzącym bolidem Formuły 1. Nie zostało ze mnie zbyt wiele…

…dlatego świetną decyzją organizatora było ustawienie po bielszczanach instrumentalnego, post-rockowego Fish Basket, podczas którego można było zebrać się do kupy i wraz z ich lekko psychodeliczną muzyką odlecieć na trzy kwadranse. Sporą część zaprezentowanego przez lokalsów materiału stanowiły premierowe, jeszcze niepublikowane kompozycje. Jeśli mają one być wyznacznikiem tego, co w najbliższej przyszłości czeka nas  ze strony tria, to zdecydowanie warto uzbroić się w cierpliwość.

Koncert Fish Basket minął w oka mgnieniu, a wewnątrz Leśniczówki swój show rozpoczynali już kolejni goście ze stolicy – formacja Trup. Najmocniejszą stroną tego występu był bez wątpienia klimat, który udało się uzyskać dzięki oświetleniu klubowego wnętrza oraz niezbyt oryginalnej prezencji scenicznej członków zespołu (zasłonięte twarze, kaptury – skąd my to znamy, hmm?). Muzycznie zaś ciężko mi ich ocenić, gdyż coś nie zagrało w nagłośnieniu i gitara prowadząca przez większość czasu, jaki poświęciłem na obejrzenie Trupa, była po prostu nie do wychwycenia. Połączenie wrzeszczącego wokalu i pędzącej na złamanie karku perkusji nie wystarczyło do zatrzymania mnie pod drugą sceną na całe pół godziny przypadające na czas sceniczny tej kapeli.

Szybko udałem się więc pod scenę główną, gdzie już wkrótce godzinnego seta miało zagrać thrashmetalowe Horrorscope. Studyjnej twórczości Chorzowian nie znam, ale jeśli o koncerty chodzi, to wypadli oni w sobotę znacznie, znacznie gorzej niż thrash metalowcy ze Snake Eyes. Płaskie i pozbawione mocy brzmienie gitar odebrało ich muzyce kopa, a bez niego thrash metal dobry być nie może. Wynudziłem się więc przez tę godzinę nieprawdopodobnie i nawet niedawno odsłonięta na terenie Leśniczówki rzeźba Romana Kostrzewskiego nieszczególnie ułatwiała oczekiwanie na kolejne w rozpisce Inverted Mind.

A czekać miałem na co, chociażby na kawałki ze świetnego albumu Three Faces of Madness (A Drama in Three Acts), który zresztą nabyłem jeszcze w trakcie pierwszego z sobotnich występów. Mroczny sludge krakowskiej formacji równie świetnie sprawdza się na żywo – nie brak jej zarówno utożsamianego z tym gatunkiem ciężaru, jak i wciągającego groove’u oraz wpadających w ucho melodii, które tym razem bezproblemowo dało się usłyszeć. Trio wypadło również świetnie wokalnie (choć czysty wokal Jana Słomskiego fragmentami ginął pod gitarami i perkusją), a na koniec wieńczącego występ Nothing Left pokusiło się o założenie masek zdobiących okładkę ich trzeciego studyjnego wydawnictwa. Jeśli ktoś z was doczytał do tego momentu, to gorąco polecam sprawdzić tę kapelę – nie dość że rozwija się z albumu na album, to jeszcze robi znakomitą robotę na żywo.

Sobotnie gruzowanie zamykało grindcore’owe uderzenie Hostii. O ile fanem gatunku nie jestem, tak muszę przyznać, że warszawiacy naprawdę dają czadu, i to zarówno na płytach, jak i na żywo. Formacja w warunkach koncertowych doskonale odtwarza brutalność znaną z nagrań, a noszący stułę na szyi oraz głowę zakonnicy przy pasie Pachu spisuje się na medal pod względem wokalnym. Jeśli chodzi o setlistę, to usłyszeć można było kawałki z Hostii, Carnivore Carnival i Resurrected Meat, ale też premierową kompozycję z nadchodzącej płyty o tytule Nailed. Stylistycznej wolty nie będzie, ale chyba żaden fan Hostii na to nie liczył, prawda? Ku mojej ogromnej uciesze, brzmieniowo tym razem wszystko wypadło na trzy szóstki z plusem. Szkoda jedynie, że nacieszyć się tym mogłem tak krótko – bluźniercy ze stolicy grali raptem niewiele ponad pół godziny, choć mogła mieć na to wpływ kilkuminutowa obsuwa utrzymująca się od momentu, kiedy to na scenie zawitał Aleph.

Była to moja pierwsza obecność na Gruzilla Festiwal, czego się bardzo wstydzę. Wiem natomiast, że jeśli odbędą się kolejne edycje, to na pewno ich nie pominę w koncertowych planach . Różnorodny line-up początkowo uznałem za zbyt mało stonerowy, jednak koniec końców doceniłem możliwość posłuchania kilku różnych, czasem znajdujących się nawet na przeciwległych biegunach gatunków. Dopisało wszystko oprócz (fragmentami) nagłośnienia oraz, niestety, frekwencji – ludzi było naprawdę niewiele. Zestawiając to z odbywającym się tu dzień wcześniej Summer Bloody Summer, można by nawet mówić o przepaści. Szkoda – nie wiecie nawet jak dobre gruzowanie was ominęło.

 

Łukasz W.
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , .