Jednym z cieplej wspominanych przeze mnie zeszłorocznych eventów jest na pewno Gruzilla Festiwal 2022. Kameralna impreza w chorzowskiej Leśniczówce, z całkiem niezłym lineupem złożonym z wyłącznie polskich składów o zróżnicowanym stopniu popularności, wywarła na mnie tak dobre wrażenie, że udział w tegorocznej edycji stał się wręcz obowiązkiem.
Gruzillę w 2023 roku skrótowo określiłbym słowami: więcej, mocniej, lepiej. Tym razem zgodnie z planem festiwal był dwudniowy (rok temu pierwotnie też tak miało być), zaprezentowało się też więcej krajowej dobroci, wśród której składy względnie młode, można by rzec – stawiające pierwsze kroki na scenie (Grief Circle, Maruntuka, Ceremony Long, Rabit Puncher, Hoggod), dzieliły ją z uznanymi markami, takimi jak Entropia, Sunnata czy Belzebong. To nie koniec zmian – duża scena (w tym roku otrzymała nazwę Pecyna Stage) przeniosła się z dziedzińca przed klubem do sporego namiotu na podwórzu, co niewątpliwie wpłynęło pozytywnie na klimat odbywających się na niej koncertów.
Zaszczyt rozpoczęcia imprezy przypadł w udziale stołecznej Maruntuce, której sludge’owe riffy splątane z blackowymi wybuchami miały za zadanie wprowadzić słuchaczy w klimat wieczoru. Początkowo liczebność publiki nie powalała, jednak z każdą minutą występu tria liczba osób pod sceną powiększała się. Trudno się dziwić, według mnie był to bardzo udany, i do tego świetnie nagłośniony performance, po którym ich debiutancki Ooz już zdążył zagościć w moich domowych głośnikach w celu sprawdzenia, czy słucha się go tak samo dobrze jak na żywo (spoiler: dokładnie tak jest). Panowie skończyli po około czterdziestu minutach, po których szybko udałem się do wnętrza Leśniczówki, aby tam pobujać się do muzyki kolejnych gości ze stolicy, czyli Weird Tales. Trio zaprezentowało sporo numerów z nadchodzącej nowej płyty (część premierowo!) i pomimo drobnych problemów z nagłośnieniem wokalu (momentami Dimy Rasputina w ogóle nie było słychać) mogę już teraz powiedzieć, że będzie to bardzo dobry krążek. Sporo połamanych rytmów i narkotycznie transowych fragmentów to zapewne to, co publiczność Gruzilli lubi najbardziej i panowie dokładnie to dostarczyli. A do tego ten ich sceniczny (i nie tylko) luz… do pozazdroszczenia, naprawdę.
Jako że czasówka Gruzilla Festiwal nie przewiduje zbyt wiele miejsca na odpoczynek, ledwie set warszawiaków dobiegł końca, a biegłem już pod scenę główną, gdzie właśnie startował MuN. Był to pierwszy, lecz nie ostatni piątkowy występ, podczas którego kopara opadła mi do podłogi, i to pomimo częściowej znajomości twórczości kwintetu, dzięki której spodziewałem się bardzo jakościowego grania (posiadam ich tegoroczny krążek Nhemis, swoją drogą fantastyczny). Miażdżąco ciężkie sludge’owe riffy, nieco przygnębiające, choć niepozbawione post-metalowego piękna, świetny wokal Ozimira Gaslonsky’ego, zmiany tempa, instrumentalne partie stopniujące napięcie, do tego muzycy skąpani w ciemnozielonym świetle – no było tutaj wszystko, czego można wymagać od koncertu formacji z tej gatunkowej szufladki, doskonała rzecz. Po MuN przyszedł czas na czaderski wygar na Gawra Stage w wykonaniu lokalnego Ceremony Long. Katowiczanie określają swoją muzykę jako „skoczne piosenki” i dokładnie takie one były – bardzo żwawe i pełne energii, tak samo zresztą jak sami muzycy, ze szczególnym naciskiem na śmigającego na skrzypcach Macieja Klicha. Swoją drogą, nigdy dotąd nie widziałem, żeby ten instrument w taki sposób został użyty, ale mój początkowy sceptycyzm został bardzo szybko rozwiany.
Czy zespół o nazwie Weedcraft może być słaby? Raczej nie, i oczywiście wcale taki nie był. Ba, pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że pochodząca z Puław formacja dała najlepszy koncert piątkowego wieczoru, szybko i sprawnie udowodniając też trafność swojej nazwy. To były prawdziwe muzyczne czary, skutkujące niesamowicie wysokim lotem, który miłośników wszelkich Electric Wizardów tego świata na pewno zabrał daleko, oj daleko. Znakomite nagłośnienie dużej sceny niewątpliwie przysłużyło się kwartetowi – fuzz obficie wylewał się z głośników, a ciężar odgrywanych przez gitarzystów Weedcraft riffów wprost przygniatał, jednocześnie hipnotyzując i nie puszczając aż do końca ich czasu scenicznego. Sporym kontrastem do tego koncertu, spowitego oparami gęstymi jak jogurt naturalny Bakomy, okazał się absolutny rozpierdol dokonany na małej scenie przez Hoggod, podczas którego publika znacznie się przerzedziła. Cóż – goregrind nie jest dla każdego, i choć w muzyce białostoczan również znalazłem coś fajnego (dopisała też oprawa – świńskie maski na twarzach członków zespołu wywołały spory uśmiech na mojej twarzy), to pierwszą połowę ich występu spędziłem czilując na podwórzu. Nie zmienia to jednak faktu, że ci nieliczni, którzy postanowili pod sceną zostać, przyjęli zespół bardzo dobrze – rozkręcił się nawet całkiem spory jak na warunki małej sceny młyn. Główna gwiazda pierwszego dnia festiwalu, Sunnata, przez problemy natury technicznej zaczęła swój zamykający wieczór występ ze sporym opóźnieniem. W końcu udało się jednak wszystko przygotować, a stołeczny kwartet godnie wypełnił swe zadanie. Wstyd przyznać, ale przed piątkiem znałem jedynie jeden, może dwa utwory tego zasłużonego zespołu. Koncert był jednak tak dobry, że teraz jestem już dumnym posiadaczem ich ostatniego długograja. Było bardzo miło, hipnotyzująco i transowo, łagodnie i ciężko, oraz przede wszystkim (jak dla mnie) przyjemnie wokalnie, choć zasłyszane tu i ówdzie porównania barwy wokalu Szymona Ewertowskiego do tej, którą posiadał nieodżałowany Layne Staley mimo wszystko włożyłbym między bajki. Bardzo dobre wrażenie wywarł również na mnie klimat, który udało się osiągnąć dzięki stonowanemu oświetleniu sceny. Ogółem – świetna sprawa i na pewno jeszcze kiedyś na Sunnatę się wybiorę, oczywiście do tego czasu nadrobię resztę dyskografii zespołu, aby móc jeszcze bardziej docenić jego show.
Sobotę rozpoczynać miał Sautrus, na który jednak nie udało mi się dotrzeć – przytrzymały mnie obowiązki domowe, zwane również ligowym meczem Manchesteru United. Jeśli jednak czytaliście przypadkiem moją relację z tegorocznego Soulstone Gathering Festival, to moje zdanie o tej formacji już znacie – dlatego też nie mogę powiedzieć, abym szczególnie rozpaczał z powodu swej absencji. Do Leśniczówki udało mi się dotrzeć mniej więcej w połowie sobotniego otwarcia małej sceny, które było dziełem duetu ukrywającego się pod nazwą Rabit Puncher. To kolejny występujący na tegorocznej edycji Gruzilli zespół, którego wcześniej nie znałem, oraz kolejny, który doskonale wpisywał się w stylistykę wydarzenia – Kyuss’owe riffy, wzbogacone o kojarzące się z hardcorem czy nawet hardcore punkiem partie, szybko wprawiły moje nogi w ruch i ułatwiły wskoczenie w festiwalowy klimat. Bardzo dobrze wypadł również pochodzący z Wrocławia Ethbaal, z którym miałem już styczność na ubiegłorocznej edycji minifestiwalu Church of Doom. Moje wrażenia z ich występu nie różniły się zbytnio od tamtych – zróżnicowanie zarówno w kwestiach wokalnych, jak i stricte kompozycyjnych jest w przypadku tej formacji godne podziwu, a dzięki sporej liczbie przyjemnych melodii ponownie słuchałem zespołu z niekłamaną satysfakcją.
Dania główne drugiego dnia Gruzilli miały jednak dopiero nadejść – pierwszym z nich był dla mnie koncert jedynej zagranicznej gwiazdy tegorocznej edycji, czyli sosnowieckiego Grief Circle. Zeszłoroczny debiut chłopaków zatytułowany Weightless został bardzo ciepło przyjęty, również przeze mnie, czemu zresztą dałem wyraz w swojej recenzji. Moja chęć sprawdzenia tego materiału na żywo była więc ogromna i muszę przyznać, że ani odrobinę się nie zawiodłem – przygniatający ciężar riffów odgrywanych przez zespół wraz z ładunkiem emocjonalnym zawartym w nieco bardziej stonowanych fragmentach przemieliły mnie niesamowicie, a nośność niektórych partii szybko namówiła do headbangu, po którym do dziś boli mnie kark. Nie brakowało więc niczego, wszystkie podpunkty zostały odhaczone wręcz wzorowo. Panowie – czekam na więcej, zarówno koncertów jak i muzyki. Po tym doświadczeniu potrzebowałem chwili odpoczynku, którą nie bez żalu postanowiłem znaleźć w czasie, gdy Pecyna Stage należała do Entropii. To miało być moje pierwsze spotkanie z zespołem od 2019 roku i jedenastej edycji Summer Dying Loud, postanowiłem jednak słuchać ich z oddali, przy stoliku na podwórzu – po części dlatego, że panowie niebawem powracają na SDLową scenę, a ja powracam pod nią, więc kolejna okazja do sprawdzenia materiału z Total na żywo nadejdzie bardzo szybko.
Nie mogłem za to ominąć ani sekundy z główną gwiazdą całej edycji festiwalu, jaką niewątpliwie był Belzebong. Ci z was, którzy znają muzykę tego składu oraz jego modus operandi, na pewno doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak wyglądał ich występ. Jako że wcześniej kilkukrotnie brałem udział w przygotowanym przez zespół misterium, ich sobotni koncert dostarczył mi wszystkiego tego, czego się spodziewałem. W zasadzie jedyną niespodzianką było kiepskie oświetlenie, które zazwyczaj stanowi jedną z mocnych i niezwykle sugestywnych stron ich show – nie wiem, czy tak to było zaplanowane, czy po prostu coś nie do końca zagrało w tej kwestii. W głośnikach wszystko zostało jednak dopięte na tip top i w umysły licznie zgromadzonych pod sceną ludzi sączyła się gęsta riffowa maź w postaci hitów takich jak kultowe już Diabolical Dopenosis czy Bong Thrower. Tradycyjnie muzycy prezentowali również znajdujące się na tyłach gitar hasło Smoke or Die. Przydałyby się jednak jakieś nowe nagrania Belzebonga – dotychczasowe zestawy numerów prezentowanych przez kwartet może i za każdym razem się sprawdzają, ale nie pogardziłbym nowościami z ich obozu.
Słowem podsumowania – Gruzilla Festiwal 2023 niemalże pod każdym względem przebił poprzednią, również udaną edycję. Obszerniejszy lineup w zasadzie pozbawiony był słabych, czy też wyraźnie odstających poziomem punktów i myślę, że kilka mniej znanych formacji zaskarbiło sobie w ostatni weekend sierpnia sporo nowych sympatyków. Cieszy mnie również zauważalnie większa frekwencja niż w roku ubiegłym – fajnie widzieć, że ta świetna inicjatywa jaką jest Gruzilla się rozwija i stopniowo dociera do coraz większego grona odbiorców. Mam szczerą nadzieję, że przyszły rok nie przyniesie w tej materii żadnych zmian.
- Psychonaut – „World Maker” (2025) - 13 lutego 2026
- Königreichssaal – „Loewen II” (2025) - 26 stycznia 2026
- Asteriæ – „Miejsce, które nazywam sobą” (2025) - 22 stycznia 2026

