DO TRZECH RAZY SZTUKA
Trzecia KVLTowa wizyta na francuskim Hellfeście, to akurat właściwa liczba, by o festiwalu napisać bez zbędnych uniesień, rzeczowo i obiektywnie. Tak mówi przysłowie, a co przyniosła rzeczywistość?
„Czas dzielimy triadycznie na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, na narodziny, wzrost i rozkład, na młodość, dojrzałość i starość (trzeci wiek). W historii widziano epokę kamienia, brązu i żelaza. Wszędzie tak jest. Rosjanie wiedzą, że Bóg lubi trójkę, Niemcy, że raz to żaden raz, prawdziwy raz to trzy razy, u Rzymian było „ommne trinum perfectum”, a trzech tworzyło zgromadzenie. W ogóle trójki, triady i trójce, żeby do trzech się ograniczyć, to ważna sprawa.”- jak pisał prof. Bralczyk na temat tytułowego przysłowia.
Moja czerwcowa wizyta, w sennym przez większość roku Clisson, była właśnie trzecim podejściem do imprezy, której termin przesunął się na trzeci(!) weekend czerwca w stosunku do poprzednich edycji. Nomen omen była to 13 odsłona festu! Mam zatem trzecią próbę zmierzenia się z fenomenem organizacyjnym, pełnym szacunku podejściem do festiwalowiczów i dość eklektycznym traktowaniem hasła „muzyka metalowa”, weryfikując lineup imprezy. Trzy próby: jak się udało przy pierwszej – dobrze, ale może się miało to szczęście przy drugiej – świetnie, jeśli nie, to przy trzeciej – już musi. Czwartej próby, może już nie będzie. Koniec wstępu.

czwartek – 21.06.2018
Podróż na dwa samochody , w 15 osób, była tak samo pełna wrażeń jak zawsze, tym razem nieco dłuższa, 22 godziny (z 2 godzinną przerwą na spanie, na parkingu dla TIR-ów), głównie przez silny ruch na autostradzie spowodowany francuskim strajkiem kolejowym.

Festiwalowy tłum wypełniający ulice wykwintnego miasteczka Clisson – był już bardzo widoczny – kiedy to przed południem dotarliśmy na pole namiotowe. Część ekipy zajmowała właśnie lepsze miejscówki pod drzewami a my udaliśmy się po odbiór akredytacji. Pogoda jak zwykle stabilna. Dzień był jasny, słoneczny i ciepły, na szczęście bez ekstremalnych temperatur.
W Hell City, przyległym do zamkniętego terenu strefy Hellfestu, utworzyła się już niebotycznych rozmiarów kolejka po bilety na edycję 2019 w promocyjnych cenach. Dało się zaobserwować nowe organizacyjne szlify w zakresie infrastruktury festiwalowej, jak np. betonowy bruk z odwodnieniem do kanalizacji w miejscu dawnego pylącego klepiska, nowe zaplecze sanitarne w pełni skanalizowane, oprócz rzędu wspomagających TOI TOI – z grubej tektury(!), oraz asfaltowe drogi dojazdowe dla technicznej wygody obsługi festiwalu. Nowością okazał się też system bezgotówkowej płatności na terenie festu – bilet wstępu wymieniano na opaskę zbliżeniową.

Moi towarzysze podróży jak zwykle zanurzyli się w miasteczkowe namioty w poszukiwaniu płytowych „okazji”, a ja wygodnie zagłębiona w plażowy leżak, wertowałam szczegółową rozpiskę rozpoczynającego się jutro triatlonu.
Ci , którzy wraz ze mną i w tym roku brali udział w tej wszechstronnej dyscyplinie sportowej wiedzą, że jest to kombinacja umiejętnego pływania w lineupie, strzelania kadrów i biegania między scenami, a na wynik końcowy ma wpływ również dobór stroju i przygotowanie sprzętu fotograficznego. Zdobyte na poprzednich edycjach doświadczenie podpowiadało mi aby skupić się na głównych scenach, z kilkoma wyjątkami. Mimo to, aplikacja na moim smatrfonie wskazała odpowiednio 18,2 km, 16,7km i 17,9km „przebiegu” na każdy z 3 dni.

Dla przypomnienia, Hellfest to przede wszystkim rozmiar i rozmach. Dwie główne sceny obok siebie grające na zmianę (z przerwą ok. 5 minut między artystami); 3 „mniejsze” miejsca, Altar, Temple (oba namioty wielkości boiska piłkarskiego), Valley (nieco mniejszy), i samodzielny festiwal w festiwalu – czyli Warzone.

Czas na krótką regenerację po podróży w hotelu,” rozmowę” z psychologiem, ustalenie strategii w zakresie żywienia i regularnego nawadniania…. Do jutra!
piątek – 22.06.2018
Zasada obowiązująca dzisiaj, to 3 x bez: bez nadwyrężania się, bez kłopotów, bez bicia rekordów ,ale jak zwykle trzymanie się jej wyszło różnie.
Na pierwszy „piekielny” ogień poszła Oś Czasu Chrisa Slade’a , a więc fenomenalne kawałki AC/DC oraz Gary’ego Moore’a i Dave’a Gilmore’a. Bez zbędnego rozpisywania, zdanie do Chrisa – trzymaj się AC/DC, to było genialne! Mniej konferansjerki, a jeden wokalista w zupełności wystarczy!
Niemniej, całkiem dobry początek festu!

O 14:20 Sons of Apollo, na scenie obok, ściągnęli naprawdę spore tłumy. Czy to może dziwić? Wszak to supergrupa sklejona z Dream Theater, Mr. Big, Guns ‘N Roses, i Journey. Było mocno, riffowo i z pazurem. Bębny jak trzeba, bas, gitarki w punkt, a wokal z rockowym brudem. Zabrakło mi czegoś z „Teatralnego” repertuaru, ale jak wiadomo byłby to jedyny kawałek w mocno skompresowanym festiwalowym secie. Ron „Bumblefoot” Thal i Billy Sheehan w świetnej formie. No a Portnoy w różnych konfiguracjach focony na Hellfeście po raz 3! Mimo to czułam niedosyt.

Duże sceny pozostały w trybie iście nostalgicznym. Za utrzymanie w klimacie odpowiedzialny był teraz australijski „Różany tatuaż” Angry’ego Andersona, który rozbujał publikę na bluesową nutę, zupełnie jak na zlocie motocyklowym. W dalszą podróż do epoki sweet 80’s, zabiera nas weteranka sceny amerykańskiej, Joan Jett w towarzystwie Blackhearts . Yeah ! Kto nie kocha rock ‘n’ rolla ręka do góry! Ależ ona daje czadu i na dodatek pięknie wygląda! Świetna składanka dobrego rocka.

Mesuggah z Jensem Kidmanem, mimo pełnego słońca, wprowadzili mnie i resztę tłumu w szalony headbanging. Jestem zupełnie nieobiektywna w ich przypadku, ale tak już z nimi mam od lat 90. Może dodam , że focenie i potrząsanie nie idzie w parze, musiałam działać naprzemiennie. Secik wybrzmiał soczyście, choć po zmroku, z pewnością lepiej by wypadło chociażby takie The Hurt That Finds You First czy końcowy Demiurge. Najbardziej zabrakło mi magicznego Break Those Bones Whose Sinews Gave It Motion.

Z szalonego rollercoastera przesiedliśmy się na huśtawkę. Nostalgicznie bujał nas kolejny gigant lat 80. Joe Tempest i szwedzka spółka z o. o. pod szyldem EUROPE. Chłopaki nagrywają nowe, doskonałe płyty, ale nic nie zastąpi wspólnego wrzasku w podskokach podczas „Finałowego Odliczania” – to taki moment, kiedy dźwięk można właściwie zobaczyć i poczuć w powietrzu. REWELACJA!

Jakoś tak mimochodem w drodze do wodopoju mój wzrok skupił niecodzienny widok sceny w namiocie TEMPLE. Wabikiem okazało się MYSTICUM , choć po prawdzie, scenografia, która posłała mą szczękę na trawę. Trzy monstrualne podesty, trzy ostre trójkątne snopy światła, skierowane na trzech gitarzystów, na tle ledowego ekranu z tyłu sceny. Z resztą podesty też były ledowymi ekranami. Obrazy migające na tych wszystkich ekranach razem wziętych, w takt automatu perkusyjnego, przebiły mocą nawet moje ukochane Meshuggah. Tak! To było dla mnie objawienie. Jak potem doczytałam w hotelu, Norwedzy nagrali swego czasu najciekawszą płytę black metalową w historii „In the Streams of Inferno„, bagatela, jakieś 22 lata temu . Mimo tej rewelacyjnej oprawy i naprawdę świetnej muzy, publiczność nie dopisała. Szkoda.

Wróciłam pod dużą scenę, gdzie wszyscy czekali na przysłowiowy kwiatek do kożucha, czyli bosonogiego Stevena Wilsona, który pojawił się w doskonałym nastroju. Zazwyczaj skupiony i milczący tym razem przecinał set, by sadzić sarkastyczne dowcipy. W pewnym momencie stwierdził, że jego zespół pasuje tutaj jak Abba . Może to było nawiązanie do ich szwedzkich scenicznych poprzedników, a może chodziło o stylistykę jego muzyki? Cóż , zostawmy widzom kontekst do własnych przemyśleń, bo w sumie najciekawsze było w tym występie to, że lider obiecał publiczności cięższą set listę i dotrzymał słowa. Zagrali „Sleep Together” i „The Creator Has a Mastertape„. Kawałki Porcupine Tree przyczyniły się do ogólnego ciężaru dźwięku, szczególnie z ryczącymi nisko-tonowymi dźwiękami, zapewnianymi przez mojego ulubieńca Nicka Beggsa. Momentami basowe popisy wprowadzały najbliższą okolicę w drżenie, dając nieprzyjemne odczucie zatykania uszu. Wybaczam jednak wspaniałomyślnie, przecież miało być ciężko!
Utwory z nowego albumu „To The Bone” ograniczono do „Pariah” i „People Who Eat Darkness„, podczas których Wilson użył mocno sfatygowanej gitary z lat 60. Ten nietypowy występ z pewnością był ogromną gratką dla stałych bywalców regularnych koncertów Stefka, do których i ja należę.

Przyszła kolej na ciekawostkę przyrodniczą w postaci nudzących się gwiazd sceny muzycznej i wolnego chwilowo od kontraktów filmowych gwiazdy Hollywoodu. Na scenę szykowali się Alice Cooper, Johnny Depp i Joe Perry. Postanowiłam zweryfikować to zjawisko z rzeczywistością, które roboczo nazwałam „super trio – ojciec, wuj i stryjo”. Wiadomo przecież jak Johnny działa na kobiety, wiadomo jak Alice, wiadomo jak Joe. Taka kumulacja mogła być niebezpieczna dla otoczenia. Okazało się, że jak przestaniemy śledzić zblazowane miny Johnnego i przewidywalne pozy Joego oraz aktorskie zapędy Alice , usłyszymy niesamowitego Tommy’ego Henriksena, Duffa McKagana, Matta Soruma, Bruca Witkina. Ok, przyznam, że Johnny wyciągnął asa z rękawa, i wtedy uwierzyłam, że to nie tylko wygłupy zblazowanych gwiazd. Zaśpiewał „Heroes”…. Tak moi drodzy, kapitan Jack Sparrow zaśpiewał Davida Bowie i to bardzo dobrze. Kurtyna.

Zgłodniałam, więc podjęłam decyzję – odpuszczam Stone Sour. Potem miałam mały dylemat – Therion, który widziałam dwukrotnie, czy coś, czego nie będzie okazji zobaczyć – Bad Religion. Pognałam do WARZONE! Punk rock w starym dobrym stylu , czyli Greg Graffin , Brett Gurewitz (Mr. Brett) i Jay Bentley. Pamięcią poszybowałam do mocno sfatygowanej taśmy z No Substance (1998), promowany singlem Raise Your Voice z udziałem Campino – lidera kultowej niemieckiej grupy Die Toten Hosen. Co to za czasy! Patrząc na scenę widziałam zadowolonych z tego, co robią wigorzastych ale stonowanych, poważnych Panów w średnim wieku. Z całą stanowczością stwierdzam: Punks Not Dead, a i z pewnością jego uprawianie pięknie konserwuje. Fantastyczny występ!

Tymczasem na głównej scenie rządzili Judas Priest. Oto headliner, który tworzy spektakl ku uciesze tłumu. Wkracza na scenę, a przez następną godzinę i pół oglądamy jeden z największych zespołów heavy metalowych wszechczasów. Spektakl ten to blichtr i elegancja z niezniszczalnym Robem Halfordem na czele, który zmieniał kilkukrotnie jeden błyszczący płaszcz na inny, podczas gdy w tle obracały się okładki albumów, a fani zgadywali tytuł następnego utworu. Wszystko to oglądałam z właściwej odległości od sceny. Ja niestety nigdy nie będę w stanie polubić zaślinionej brody i wąsów Roba. Zwyczajnie nie mieści mi się to w obiektywie. Z pełnym szacunkiem dla legendy skomentuję ten sentymentalny i przewidywalny występ usłyszanym w tłumie zdaniem:
– Hi I’m Rob Halford and I’m a million years old, and I can still sing and perform better than every hard rock singer a third of my age.

Na finał, z MAIN STAGE wypłynął na fanów, otoczył, po czym wessał dziwny i cudowny świat A Perfect Circle. Byłam już mocno zmęczona, mimo to zatoczyłam z Jamesem idealny okrąg. „Counting Bodies …” na początek z „eMOTIVe„, potem w większości utwory z „Eat the Elephant” , poza tym magia scenicznej oprawy i fantastyczne wykonanie na żywo przekonały mnie ostatecznie do jeszcze nieosłuchanej nowej płyty. Rewelacyjne zamknięcie dnia.
Podsumowanie:
obejrzane występy – 12
wypite piwa – 3
odkrycie – Mysticum
rozczarowanie – Sons of Apollo
przyjemna niespodzianka – Hollywood Vampires
ilość pokonanych km – 18,2
karta pamięci 64 GB – zapełniona w 98%
tekst i zdjęcia : Justyna „justisza” Szadkowska
pełna galeria zdjęć do obejrzenia tu: Hellfest dzień 1
- Nine Inch Nails – Londyn (18.06.2025) - 23 czerwca 2025
- AC/DC powraca do Europy tego lata z POWER UP TOUR ! - 5 lutego 2025
- GONG: „To wieczny kosmiczny kadet” - 6 listopada 2024
Tagi: A Perfect Circle, BAD RELIGION, clisson, concert photography, dzień 1. Europe, fot. "justisza", fot. Justyna Szadkowska, france, Hellfest 2018, Hollywood Vampires. JOAN JETT AND THE BLACKHEARTS, kvlt, Live music, Meshuggah, Mysticum, open air festival, Rose Tattoo, Sons of Apollo, Steven Wilson, THE CHRIS SLADE TIMELINE.






