Iron Maiden, Avatar – Warszawa (02.08.2025)

Drugiego sierpnia w Warszawie, podczas ciepłego, bezchmurnego wieczoru, Iron Maiden ponownie udowodniło, że nadal pozostaje doskonale naoliwioną maszyną — chociaż akurat ten rzeczownik wydaje się przypadku Brytyjczyków wysoce nieodpowiedni. Dlaczego? Ano dlatego, że czynnik ludzki, mimo występu opartego przecież na realizacji konkretnego scenariusza, jest tu wyraźnie wyczuwalny. Muzykom wciąż nie brakuje werwy, a radość z występowania przed fanami bije od nich na każdym kroku. A wszystko to 50 lat (!) po założeniu kapeli. Nim jednak przejdę do szczegółowego omówienia całego wydarzenia, wspomnę, że organizatorem przyjazdu Anglików do naszego kraju było Live Nation Polska.

Zanim legendarny zespół zawładnął PGE Narodowym, spędziliśmy 45 minut ze szwedzkim Avatar. Przyznaję się bez bicia — początkowo byłem przekonany o amerykańskim „rodowodzie” tej ekipy, co chyba mimowolnie założyłem, słysząc pewne brzmieniowe naleciałości, kojarzące się z kapelami z USA.

Mimo że po kilku przesłuchanych jeszcze przed przybyciem na Narodowy numerach grupy niespecjalnie interesowała mnie jej twórczość, i tak postanowiłem pojawić się na stadionie wcześniej, by zobaczyć support na żywo. Decyzja podjęta kompletnie w ciemno okazała się słuszna, bo Szwedzi zaprezentowali się rewelacyjnie pod absolutnie każdym względem.

Przekrojowa setlista (łącznie 8 numerów) z każdą kolejną minutą coraz bardziej intrygowała — po szybkich, technicznych i mocno metalowych kawałkach następowały utwory bardziej podniosłe, stonowane, a momentami wręcz zahaczające o shock rock. Każda z kompozycji została zaprezentowana w sposób iście porywający. Gitarzyści zaskakiwali precyzją, idącą w parze z nieustającym headbangingiem. Świetnie wyglądało też podświetlane lampami retro logo Avatar, umiejscowione za nieoszczędzającym się tego wieczoru perkusistą. A jak wypadł frontman Johannes Eckerström? Charyzmatyczny wokalista płynnie przechodził z growli w czyste, świetnie zaśpiewane wysokie partie — życzyłbym takiej lekkości w wykonaniu wielu metalowym śpiewakom.

Co jednak najważniejsze,  Avatar zagrał tego wieczoru jak dla własnej publiczności, czym dobitnie pokazał, że w pełni zasłużył na dłuższy slot tuż przed Maidenami. Ci ostatni otrzymali zresztą od Eckerströma ciepłe podziękowania — między innymi za możliwość oglądania ich każdego dnia trasy, co było dla szwedzkiego artysty spełnieniem marzeń. Na koniec Johannes zaprosił wszystkich na solowy koncert formacji, mający odbyć się w przyszłym roku w Stodole. Po tym, co zobaczyłem na stadionie, poważnie rozważam zakup biletu już teraz.

Fani Iron Maiden zapewne wiedzą, dlaczego setlista kończącej się właśnie w Warszawie trasy Run For Your Lives mogła jawić się jako coś wyjątkowego. Ponad dwugodzinne show było powrotem do ośmiu pierwszych krążków zespołu, z których — obok największych hitów — nie zabrakło również mniej znanych utworów. Wszystko to okraszone dedykowanymi animacjami, wyświetlanymi w kilku punktach dwupoziomowej sceny.

Grając koncert oparty na konkretnym scenariuszu, trzeba umieć go odpowiednio „podać” publiczności. Tam, gdzie nie ma miejsca na dłużyzny, nie ma też przestrzeni na błędy. Sprawa dodatkowo komplikuje się, gdy liczba zgromadzonych w obiekcie sięga 55 tysięcy. Takie okoliczności z pewnością przeraziłyby niejeden pierwszoligowy zespół, ale nie Maidenów — wszystko przebiegło bez jakichkolwiek problemów.

Choć w miejscu, w którym przebywałem (górna trybuna, około jedna trzecia długości stadionu od sceny), początkowo nie byłem w stanie odseparować dźwięków zlewających się gitar, z każdym kolejnym numerem brzmienie było coraz lepsze. Na szczęście już po 5-6 kompozycjach, słuchanie legendy metalu było czystą przyjemnością. Niestety, wielu moich znajomych, oglądających koncert w innych sektorach, nie miało tyle szczęścia — PGE Narodowy w wielu miejscach przegrywał tego wieczoru z echem, uderzeniami perkusji i akustycznym efektem studni. Dodam, że dach był otwarty, ale najwyraźniej tym razem to nie wystarczyło.

Mankamenty brzmieniowe rekompensowała na szczęście niegasnąca energia instrumentalistów. Już niemal od samego początku Janick Gers i Steve Harris przemierzali podest, wymachując gitarami i biegając, gdzie tylko się dało. Dickinson, przypominający o swojej znakomitej kondycji wokalnej, również dwoił się i troił, by dotrzeć do każdego zakamarka rozbudowanej konstrukcji. Dave Murray oraz Adrian Smith pozostawali nieco bardziej statyczni, ale i na ich twarzach dało się dostrzec radość wywołaną żywiołowymi reakcjami warszawskiej publiczności. Polacy skandowali, klaskali, podczas mocniejszych numerów na płycie tworzyły się circle pity, przy fragmentach wolniejszych — morze falujących rąk.

Nie jestem w stanie przyczepić się do żadnych niedoskonałości wykonawczych, bo takowych po prostu nie zauważyłem. Jak wspomniałem, Bruce był tego wieczoru w fenomenalnej formie, dodatkowo co rusz zmieniając swoje kostiumy. Solówki gitarowe wypadły soczyście i porywająco, a bas Harrisa znakomicie spajał się z bębnami Simona Dawsona z British Lion. I choć nie da się nie zauważyć, że sposób bębnienia Dawsona mocno różni się od energii Nicko McBraina, wszystkie partie perkusji zostały odegrane tego wieczoru bezbłędnie.

Wprawdzie w paru momentach show ważną rolę odgrywała pirotechnika, w skali całości występu fajerwerki były jednak oszczędne — podobnie jak obecność na scenie nieodłącznego Eddiego. Doliczyłem się niestety tylko dwóch jego wizyt, co pozostawiło w mojej pamięci pewien niedosyt. Co prawda maskotka zespołu pojawiała się dodatkowo w animacjach, jednak te, wyglądając dość przeciętnie, w niewielkim stopniu rekompensowały wspomniany deficyt. Myślę, że oprawę animacyjną koncertu można było przygotować ładniej i staranniej. Na scenie PGE Narodowego brakowało mi również dmuchanego popiersia Eddiego, czy większej liczby elementów ruchomych — jak na tak dużą produkcję, scenografia wypadła niemal kameralnie. Ale co z tego, skoro muzycy dali z siebie sto procent?

Już za chwilę kolejne słynne grupy będą obchodziły półwiecze swojej działalności. Życzyłbym sobie, by ich jubileusze były choć w części tak radosne jak ten Iron Maiden. Niezmiernie miło patrzy się na ludzi grających razem przez całe dorosłe życie, uśmiechających się do siebie nawzajem i budujących niezapomnianą atmosferę razem z fanami. Warto było tam być i poczuć to na własnej skórze. Jeżeli przegapiliście tę okazję — życzę wam kolejnej jak najprędzej.

Setlista:
Murders in the Rue Morgue
Wrathchild
Killers
Phantom of the Opera
The Number of the Beast
The Clairvoyant
Powerslave
2 Minutes to Midnight
Rime of the Ancient Mariner
Run to the Hills
Seventh Son of a Seventh Son
The Trooper
Hallowed Be Thy Name
Iron Maiden

Aces High
Fear of the Dark
Wasted Years

__

Autorem zdjęć jest Mateusz Prokowski. Pełna fotorelacja jego autorstwa znajduje się TUTAJ.

Hubert Pomykała
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , .