O dziewiętnastej przed Progresją kręciło się równie sporo osób co wewnątrz. Wniosek od razu nasunął mi się na myśl jeden: chyba mają jakiś powód, skoro olali Bio-Cancer, który otwierał sobotnią imprezę.
Pod sceną faktycznie nie zebrał się szczególnie gęsty tłum, co jednak ulegało (niewielkiej bo niewielkiej, ale) zmianie z biegiem koncertu. Na szczególne uznanie z mojej strony zapracował Lefteris (wokal), który, relatywnie do tempa, imponująco zręcznie i wyraźnie wypluwał z siebie teksty nie gubiąc melodii. W ogóle Grecy łoili każdy kawałek w kosmicznym tempie, aż smutno robiło się na widok publiczności, która nijak nie dawała się porwać (no, wiadomo, z paroma wyjątkami). Jedna nieciekawa rzecz mocno rzuciła mi się w uszy. Wokale wspomagające, które pojawiły się w większości kompozycji, były dość monotonne. No, zbyt monotonne, żeby ich nie zauważyć. Stavros, Giannis i skandowanie, Giannis, skandowanie i Stavros. Po którymś razie trochę zawiało nudą. Grecy póki co na swoim koncie mają dwa albumy, z których nowszy wydany niemal równo dwa lata temu. Zagrali więc skromną, trzydziestominutową przekrojówkę, którą ładnie podsumować może tytuł pierwszego longplaya. Ear piercing thrash.
Nieco żywiej zrobiło się w trakcie występu Origin. W przeciwieństwie do Lefterisa, Jayson Keyser prowadził absolutnie motywujące gadki między utworami, na niemrawą czy niezbyt dużą publikę nie można było narzekać. Szybko zasugerował ścianę śmierci, a biorąc pod uwagę charakter imprezy, łatwo było dokonać podziału na część „death metal people” i „black metal people”. Chwilę później pod samą sceną wirował circle pit i tak już zostało do końca imprezy. Set Amerykanów zdominowały kawałki z dwóch ostatnich albumów (Omnipresent i Entity), nagranych z nowym wokalistą. Nie zabrakło też powrotu do przyjętych z chyba największym entuzjazmem kawałków z Antithesis. Mnie Wrath of Wishnu w wykonaniu Keysera zmiotło. W ogóle jestem pod ogromnym wrażeniem możliwości tego gościa. Biegał po scenie jak kopnięty prądem, głosem operując przy tym jak maszyna. Sama muza, mimo że technicznie niesamowicie dopracowana, w ogóle nie traciła na po pierwsze -brutalności, po drugie – żywiołowości. Niby czterdzieści pięć minut, ale publiczność zdążyła dostać po nogach, dupach i uszach solidnie. A to nawet jeszcze nie była połowa wieczoru.
W ogóle odniosłam wrażenie, że do sobotnia publika była rzeczywiście dość mocno podzielona. Ci, którzy czekali na ukoronowanie deathowej uczty, musieli poczekać do chwili przed dziewiątą. Bez mała trzydzieści lat stażu, jedna z najbardziej wpływowych kapel w gatunku. Ruszyło – Immolation. Strzelili jak z karabinu – All That Awaits Us, od pierwszych dźwięków muzycy wyrzucali z siebie niesamowite ilości energii, nie ustępując przy tym technice. W tym aspekcie absolutnie przodowali Dolan i Vigna, członkowie stanowiący 1/2 obecnego i jednocześnie oryginalnego, trzydziestoletniego składu. Gitarzysta wiosłował jak człowiek-robot, z pasją zupełną, jak zaprogramowany. Wokalista z kolei przez dobrą godzinę zamiatał włosami deski sceny, a i gadkę miał nienaganną, chociaż niezbyt obszerną. Father, You’re Not A Father bezbłędne, później powrót do wczesnych dziewięćdziesiątych i Into everlasting fire – rozłożyło na łopatki. Ostatni album Amerykanie wypuścili trzy lata temu, więc za bardzo nie mieli co promować. Przewałkowali wszystkie dziewięć płyt, chociaż nacisk padł oczywiście na Kingdom of Conspiracy. Koncert minął mi w potwornie szybkim tempie (tak z 300 bpm). Po ostatnim kawałku padłam na twarz.
Setlista:
All That Awaits Us
Swarm of Terror
Father, you’re not a father
Into Everlasting Fire
Echoes of Despair
World Agony
Burn With Jesus
Unholy Cult
Kingdom of Conspiracy
Majesty and Decay
What They Bring
A Spectacle of Lies
Pół godziny później klimat był już nie do poznania. Przygasły światła, na scenie zrobiło się biało od mgły, chwilę później wmaszerowali Szwedzi. Koncert otworzył zdecydowany, mroczny riff utworu Frontschwein, głowy (i te pod sceną, i te na niej) wystrzeliły w górę, i zaczęło się standardowo wykrzyczane przez fanów napierdalanie. Koncert stanowił czwartą już część trasy promującej Frontschwein. Niespełna rok temu Marduk przywiózł na deski Progresji swoje najnowsze dzieło. Ani w sierpniu ani i tym razem nowe kawałki nie ustępowały miejsca starym. Zabrzmiało osiemnastoletnie Of Hell’s Fire, po czym, jak bardzo zajebiste i jak zajebiście zagrane, Still Fucking Dead. Czysta satysfakcja, bezbłędnie. Nawet nie chcę myśleć, co musiało się wtedy dziać pod samą sceną. Z Frontschwein na mnie największe wrażenie zrobiła Afrika. Tu swoją drogą brawa należą się młodemu, schowanego za bębnami Widigsowi. Mortuus wyrabiał wokalnie bez najmniejszych zastrzeżeń, pozostając przy tym w dobrym kontakcie z publiką. Zabrakło mi trochę kilku kawałków, ale wszystkiego mieć przecież nie można. Po skończonym secie i Fistfucking God’s Planet na pierwszy bis, wszyscy czekali jeszcze na Warschau, w końcu przecież w Warschau bez Warschau obejść się nie mogło. Uderzyło. Jeden bis, chwila moment, koniec. Nie można tu chyba jednak użyć słowa niedosyt. Po takim wieczorze nawet najlepsi zawodnicy musieli wyjść z Progresji zadowoleni. Śmiałe gratulacje dla organizatorów – oby częściej!
Setlista:
Frontschwein
The Blond Beast
Of Hell’s Fire
Still Fucking Dead
Azrael
Throne Of Rats
Materialized In Stone
Afrika
Cloven Hoof
To the Death’s Head True
Souls Of Belial
Wartheland
Panzer Division Marduk
Wolves
Fistfucking God’s Planet
Warschau
- Perturbator, Kaelan Mikla, Gost – Warszawa (15.11.2025) - 5 stycznia 2026
- Wardruna – Wrocław (27.11.2025) - 29 listopada 2025
- All Them Witches, Elder – Warszawa (20.10.2025) - 27 października 2025






