MateriaFest XI – Szczecinek (25-26.08.2023)

Jedenasta edycja MateriaFest jest już oficjalnie za nami. Chodzę na tę imprezę od ładnych paru lat, więc widziałem jej przemianę z niewielkiego, lokalnego festiwalu w potężny open air, zwracający uwagę na miasto Szczecinek. Ambicji i odwagi organizatorom (zespół The Materia) odmówić nie można, bo nie wiem, czy w naszym kraju istnieje inna impreza metalowa organizowana na taką skalę wspólnie z włodarzem miasta. Przy okazji kilku wcześniejszych edycji można było usłyszeć protesty działaczy katolickich, które na szczęście momentalnie były uciszane. Czasy mamy takie, że fundamentaliści mają posłuch i wsparcie rządu, więc dodatkowe brawa należą się chłopakom za upór. Kto miał okazję być na którejś edycji, ten wie, że atmosfera na nich jest pogodna, wręcz przyjacielska, a zarzuty o łamanie jakichkolwiek praw czy obrażanie wierzeń można włożyć między bajki. Oczywiście zespoły grające na festiwalach są różne, ale prawda jak zwykle jest prosta – nie chcesz uczestniczyć w koncercie danego zespołu, to nie przychodź.

W 2023 roku atmosfera również nie zawiodła. Wszędzie można było wyczuć pozytywne nastawienie, zobaczyć witających się znajomych, wszędzie naokoło same uśmiechy. Ze mną nie było inaczej. Liczba znajomych spotkanych pod Wieżą Bismarcka niemal zakłócała odbiór koncertów, a zbijaniu pion nie było końca. Piękna rzecz.

Mój pobyt na festiwalu niestety zaczął się od małej obsuwy z powodów trywialnych – zawodowych. Nie miałem okazji obejrzeć zespołów konkursowych, a były nimi Deadline, Fleshcold, Trylion i Violent Answer – szkoda. Z dużym bólem przegapiłem też występ Krzta, bardzo lubię ambitne łamańce tej kapeli i jak tylko pojawia się możliwość, to zawsze uczestniczę w ich koncertach. Tym razem niestety, gdy zespół grał, byłem jeszcze w aucie. Dojechałem w końcu w czasie, gdy na scenie grał punkujący Pull the Wire i niestety jego także nie widziałem, z powodu małych problemów z akredytacją, której początkowo nie miał mi kto wręczyć.

Pod sceną znalazłem się, kiedy zaczynał Frontside. Jak pewnie wielu, byłem bardzo ciekaw, co zespół zaprezentuje w nowym składzie, jak wypadnie wokalista i ogólnie jaką kondycją metalcore’owcy z Sosnowca obecnie operują. Ich set złożony był z samych hitów, wybranych przekrojowo ze wszystkich okresów historii zespołu (no prawie, bo pominięto rockowe albumy). Był obowiązkowy Bóg Stworzył Szatana, był Wojownik i było Naszym Przeznaczeniem Jest Płonąć. Publika pod sceną zebrała się duża i entuzjastycznie reagowała na kolejne ciosy zespołu, który z precyzją wbijał swoje dziewięciocalowe gwoździe coraz głębiej. Brzmienie było nienaganne, a siłowe breakdowny zmuszały ludzi do ciągłego kotłowania się w młynie. Odbiór muzyki załogi Demona był bardzo pozytywny, to na pewno. Ja natomiast cały koncert obserwowałem z małą nieufnością nowego frontmana zespołu, czyli Molly’ego, który na dziś (jak dla mnie) ma przed sobą jeszcze długą drogę. Wiadomo, nigdy nie jest łatwo kogoś zastępować, a Auman był wokalistą bardzo charakterystycznym, zaś jego barwa silnie zrosła się ze stylem Frontside. Molly w moim uznaniu jeszcze nie czuje się całkiem swobodnie na scenie, co mnie akurat nie dziwi, bo na co dzień chował się wcześniej za perkusją. Wejść w taki skład i w pierwszym strzale zostać wypchniętym przed tłumy na festiwalach to spore wyzwanie. Jednakże nie to wzbudziło moje obawy, a same umiejętności wokalne. Dało się odczuć, że często brakowało mu mocy i „przester” uciekał z głosu. Czyste zaśpiewy natomiast może i były w większości odśpiewane poprawnie, ale sama barwa i głos potrzebują zdarcia. Nie mam zamiaru go całkowicie negować i z pełną oceną, czy był trafionym wyborem, poczekam do nowej płyty, ale w wersji live nie zaprezentował jeszcze takiego poziomu, jaki tak zasłużony band jak Fronstide potrzebuje, by zniszczyć ze sceny.

Po metalcorze szybkim krokiem udałem się na małą scenę, nazwaną Forest Stage. Jak się okazało, zebrała się tam już spora grupka fanów oczekująca występu odrodzonego zespołu Flapjack. Muszę w tym momencie przyznać ze szczerością, że należę do malkontentów w temacie nowego Flapa. O ile koncerty z Litzą w składzie i dwoma wokalistami zastępującymi nieodżałowanego Guzika były czymś naturalnym i wręcz pożądanym, o tyle mam bardzo mieszane uczucia związane z ich nową muzyką. Co za tym idzie, pod sceną stanąłem z dosyć negatywnym nastawieniem i nadzieją, że koncert odmieni me odczucia, bo śmiem się nazywać wielkim fanem starego, oryginalnego Flapjacka.

Zespół zaczął od nówki z Sugar FreeVeterans. Uważam ten utwór za najlepszy z zaprezentowanych singli, ale nadal daleki od klasycznych ciosów. Publika zdecydowanie się ze mną nie zgadzała i od pierwszych taktów zawirowała zachęcana przez frontmanów. Po Veterans bez zbędnego przeciągania zespół zagrał Ruthless Kick, zdominowany wokalnie przez Hau (ex Dynamind) i w tym momencie można było odczuć, że jest to odpowiedni gość do tej roboty. Następny poleciał Fairplay i sporo innych klasyków, ku uciesze dużej liczby ludzi zebranych pod sceną. Mnie niestety do samego końca zespół do siebie nie przekonał, nadal nie wiem, co myślę o powrocie Litzy (który jakoś za życia Guzika nie był w stanie się zainteresować Flapjackiem), nadal także nie pasuje mi nowy nabytek w postaci wokalisty kryjącego się pod ksywką Kroto (Hope), a jego stylizowane na robota ruchy wręcz odpychały. Uważam także, że totalnie niepotrzebne są w zespole skrecze, które wciskają band w nu metalowe ramy i zamiast być ciekawym dodatkiem, są elementem zbędnym. Coś mi cały czas nie gra w tym projekcie, ale patrząc na koncert, słysząc jak brzmi i jak się bawi nie mogłem nie dojść do wniosku, że został skrzywdzony pojawieniem się na małej scenie. Raz, że liczba muzyków na małej powierzchni nie pozwalała na rozpostarcie skrzydeł, a dwa, że z większym nagłośnieniem i większą liczbą ludzi pod sceną na pewno wypadłby mocniej.

Po Flap na dużej scenie zainstalowali się gospodarze imprezy, czyli zespół The Materia, który po dosyć lajtowej płycie The Rising postanowił na nowo dołożyć do pieca i uderzył okrutnie setem złożonym w dużej ilości z kawałków brutalniejszych. Duet wokalny Micha i Tede zmiażdżył, ich ryki, skrzeki, growle czy jak to jeszcze nazwać zdominowały gig – powstający tu dwugłos jest iście diabelski. Bardzo mocny punkt koncertu, który wraz z profesjonalnie odegranym materiałem był świetnym wykończeniem całości. Panowie zagrali silnie, z pasją, profesjonalizmem i radością. Widać było, że niesie ich moc potężnego nagłośnienia scenicznego i widok dużej ilości ludków pod sceną. Na indywidualne „dobre słowo” ode mnie zasłużył także stosunkowo nowy nabytek w postaci perkusisty Jeremiasza Bauma. Chyba był to mój pierwszy koncert z nim za garami i muszę przyznać, że muzyk robił wrażenie. Perfekcyjna gra i show dopracowane do perfekcji.

Wszędzie można natrafić na uwagi fanów co do „nowej” Sepultury. Co rusz ktoś pisze, że to nie jest Sepultura, tylko cover band czy Kisserowi przebierańce. Obserwując publikę festiwalu, jakoś nie znalazłem malkontentów, za to zauważyłem ogromną ilość t-shirtów zespołu i ludzi czekających na koncert Brazylijczyków. Po zejściu ze sceny The Materii rozpoczęła się szybka zmiana ustawień i wymiana sprzętu. Za sceną zawisł banner z okładką ostatniej płyty Sepultury, noszącej tytuł Quadra, a z głośników rozbrzmiał utwór Pantery, po nim cover utworu Policia.

Przy dźwiękach intra muzycy zaczęli pojawiać się po kolei na scenie, wzbudzając aplauz publiczności, po czym nie ociągając się uderzyli kawałkiem otwierającym płytę Quadra, czyli Isolation. W moim uznaniu jest to utwór, który jak żaden inny nawiązuje do przeszłości zespołu i jako otwieracz sprawdził się wyśmienicie. Pod sceną się zakotłowało, a zespół będący w połowie trasy pokazał, że jest w dobrej formie. Po Isolation uderzyło mega wolno zagrane Territory. Band zabrzmiał wyjątkowo ciężko, a ludzie przy klasyku oszaleli. Wyczuć można było, że publika jest głodna staroci (ze mną na czele), ale Brazylijczycy od lat z uporem unikają tras zbudowanych na starociach, bądź świętujących jakąś płytę i tym razem nie było inaczej.

Pojawiło się kilka kompozycji z Quadra, utwór tytułowy z Machine Messiah i petarda w postaci Kairros, który obok absolutnej bomby w postaci Propaganda wypadł dla mnie na koncercie najlepiej. Ze staroci usłyszeliśmy jeszcze Refuse\Resist, Arise, Ratamahatta, Roots Bloody Roots i Dead Embryonic Cells. Ludzie szaleli, muzycy zachęcali do zabawy, a z reguły oszczędny w słowa Derrick Green zagadywał dosyć często. Brzmieniowo było również bardziej niż dobrze, a obniżony strój przy Roots… wgniatał. I niby wszystko było ok, ale ja znowu byłem nie w pełni zadowolony. Zawsze broniłem nowego składu Sepy, lubię też większość albumów w nim nagranych, ale akurat tego wieczora setlista wydała mi się źle ułożona, wybijająca publikę z rytmu i stawiająca w zbyt małym procencie na klasyki. Prawie półtoragodzinny gig mnie nie nasycił, miałem też wrażenie, że gdyby wszystkie utwory „nowożytne” zostały zagrane w jednym segmencie, a klasyki w kolejnym, to publika rozniosłaby wszystko wokół. Pozostałem z uczuciem niedosytu i delikatnego zawodu.

Jako że mieszkam blisko Szczecinka, nie zostawałem tam na noc i miałem zamiar na drugi dzień zrobić sobie znowu wycieczkę zamiast spać w namiocie. Niestety złośliwość rzeczy martwych mi na to nie pozwoliła, a środek transportu odmówił posłuszeństwa, przez co MateriaFest XI stał się dla mnie festiwalem jednodniowym. Zbierając myśli, by jakoś spiąć w całość emocje z nim związane, doszedłem do wniosku, że lineup, który z założenia powinien udać się bez pudła, stał się lineupem zastępczych wokalistów i troszkę niespełnionych nadziei. Sama atmosfera imprezy to magia, na pewno będę tam za rok, i to bez względu na wybór artystów. Choć chciałoby się powiedzieć: proszę Państwa, czas na Meshuggah!

Fot. Monika Karwasz    @Emilyxygraphy

(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , .