Pierwszy poniedziałek czerwca bieżącego roku był prawdziwym świętem dla wszystkich fanów Pantery. Grupie nareszcie udało się zagrać w naszym kraju! Stało się to dzięki staraniom Metal Mind Productions, które zaprosiło legendę groove metalu na tegoroczną edycję Metal Hammer Festivalu.
Przypomnijmy, że zespół miał wystąpić w katowickim Spodku wraz ze Slayerem, Cradle of Filth i Static-X w ramach trasy Tattoo The Planet w 2001 roku. Międzynarodowe tournée odwołano wówczas z powodu ataku terrorystycznego na wieże World Trade Center. Kolejnego występu Pantery w Polsce nie udało się zabookować. Niespełna dwa lata po wydarzeniach z Nowego Jorku grupa została rozwiązana, a w 2004 roku doszło do tragicznej śmierci Dimebaga Darrella. Przez ponad dekadę media spekulowały o pomyśle zatrudnienia gitarzysty mającego wesprzeć oryginalne trio. Zostać miał nim Zakk Wylde, prywatnie bliski przyjaciel Darrella. Niestety, wszelkie próby wznowienia wspólnej działalności trojga muzyków blokowane były przez brata Dimebaga, czyli bębniarza klasycznego składu Pantery – Vinniego Paula. Trwało to aż do nagłej śmierci perkusisty w 2018 roku. Słynny kwartet reprezentuje dziś więc tylko połowa oryginalnego składu: legendarny Phil Anselmo za mikrofonem oraz basista Rex Brown. Muzycy postanowili wskrzesić słynną markę po to, by grać koncerty w hołdzie dla braci Abbott (tak brzmi prawdziwe nazwisko Darrella i Paula). Szeregi aktualnej inkarnacji grupy uzupełnili wspomniany wyżej słynny Zakk Wylde oraz równie popularny Charlie Benante, będący na co dzień bębniarzem Anthrax.
Występ reaktywowanej Pantery poprzedziły sety pionierów sludge’u z Crowbar oraz hardkorowców z Hatebreed. Na deskach Atlas Areny zagościła także mocna, krajowa ekipa w postaci Flapjack oraz Illusion, a także Subterfuge i Atan. Nie zdążyłem niestety na żaden z polskich zespołów, meldując się na sali koncertowej łódzkiego obiektu dopiero na sam początek setu Crowbar.
Crowbar
Kirk Windstein, mimo upływu lat, nadal sprawia wrażenie człowieka nienadgryzionego zębem czasu. Kondycja koncertowa jego zespołu jest powalająca! Pomimo, że niekwestionowany lider nowoorleańskiego Łomu kilkukrotnie zwracał się do publiczności informując, że pełnienie obowiązków wokalnych jest aktualnie dla niego szczególnie wymagające – muzyk zachorował i nabawił się problemów z gardłem – nie odnotowałem żadnych problemów związanych z mocą czy stabilnością jego strun głosowych. Grupa obchodzi aktualnie trzydziestolecie swojego drugiego albumu, zatytułowanego po prostu Crowbar. W Atlas Arenie usłyszeliśmy cztery kompozycje z tego krążka, a były to rozpoczynające koncert High Rate Extinction, drugie w kolejności Fixation, Negative Pollution i nieśmiertelne All I Had (I Gave). Z ostatniego longplay’u zespołu, wydanego w ubiegłym roku Zero and Below, zagrano Chemical Godz oraz It’s Always Worth the Gain. Nie zabrakło także doskonałego Planets Collide, w trakcie którego Windstein uronił w Łodzi niejedną łzę – było to wyraźnie widoczne na telebimach. Nie wiem wprawdzie, jaki był tego konkretny powód, ale Kirk tego dnia był nieco wycofany w kontakcie z publicznością. Zwrócił się do nas kilkukrotnie, ale przez większą część koncertu pozostawał statyczny i milczący. Ważne, że nie wpłynęło to na walor wykonawczy grupy; Crowbar w swojej setliście postawił przede wszystkim na kompozycje mające wgnieść w ziemię bądź zmiażdżyć słuchacza. Cel ten osiągnął bez trudu. Na koniec dodam, że w jednym z numerów gościnnie na gitarze zagrał Bobby Landgraf, czyli techniczny Rexa Browna, muzyk zespołu Honky i były członek supergrupy Down, który zastąpił w niej na kilka lat… Kirka Windsteina.

Crowbar
Setlista:
High Rate Extinction
Fixation
I Feel the Burning Sun
Chemical Godz
Negative Pollution
The Cemetery Angels
It’s Always Worth the Gain
All I Had (I Gave)
Planets Collide
Like Broken Glass
Hatebreed
Po kilkunastominutowej przerwie na scenie Atlas Areny pojawili się amerykanie z Hatebreed. Ekipa z Bridgeport natychmiast zaczęła trząść obiektem w posadach. Niezależnie od wykonywanego utworu, na płycie tworzyły się mniejsze i większe młyny pochłaniające coraz to nowe osoby, a w trakcie refrenów hardcore’owego evergreenu, jakim bez wątpienia jest Destroy Everything, skakało kilkuset fanów jednocześnie. Słynny Jamey Jasta nie był w Łodzi w idealnej kondycji wokalnej, ale niewielkie problemy głosowe nadrabiał wygenerowaną ze sceny energią. Frontman ani na chwilę nie pozostawał w bezruchu, biegając i skacząc po podestach, zachęcając zgromadzonych do skandowania. Koncert oparto głównie o numery z klasycznych już krążków Perseverance, Supremacy i The Rise of Brutality. Bez zaskoczeń, ale też bez rozczarowań; czterdzieści pięć minut spędzonych z Hatebreed minęło szybko, a grupa znakomicie podołała zadaniu rozgrzania słuchaczy przed headlinerem Metal Hammer Festival.

Hatebreed
Setlista:
Live for This
A Call for Blood
A Stroke of Red
This Is Now
Perseverance
Empty Promises
Destroy Everything
Smash Your Enemies
Proven
Looking Down the Barrel of Today
As Diehard As They Come
Tear It Down
To the Threshold
I Will Be Heard
Pantera
Przygotowania do tego występu trwały pół godziny, bo zespół korzysta z towarzyszących mu elementów scenografii, a także rozbudowanej pirotechniki. Nim sprawdzono światła i rozstawiony sprzęt, nad głowami zgromadzonych rozwieszono gigantyczną płachtę zakrywającą scenę wielkim, czerwonym logo zespołu. Następnie, z głośników poleciało nagranie Regular People (Conceit), a na telebimach pojawił się krótki montaż starych wygłupów oryginalnego składu Pantery. Cieszy fakt, że grupa od samego początku występu nie pozostawia wątpliwości, iż Anselmo, Brown i koledzy grają koncerty przede wszystkim po to, aby uhonorować dziedzictwo ich zmarłych przyjaciół oraz usatysfakcjonować oddanych fanów.
Usłyszeliśmy intro (pamiętne In Heaven wykonywane przez kobietę z kaloryfera Głowy do wycierania Davida Lyncha), po czym płachta wyjechała ponad scenę w akompaniamencie słupów białego dymu, a zespół uderzył z pełną mocą. Zaczęli od A New Level. Ten numer to bezlitosny cios prosto w twarz i świetny wybór na start setlisty. Spora część zgromadzonej na płycie publiczności ruszyła natychmiast w kierunku zawiązującego się mosh pitu. Po chwili był on już pokaźnych rozmiarów. Anselmo pozwolił sobie na krótkie przywitanie fanów i zapowiedział Mouth of War, które zabrzmiało jeszcze potężniej, dzięki nagłośnieniu, które po szybkich korektach akustyków do samego końca koncertu było rewelacyjne. Trzecie w kolejności Becoming nie pozostawiło już żadnych wątpliwości. Reaktywowana Pantera jest w doskonałej formie, a jej koncerty nie są jedynie zwykłym skokiem na kasę. W Atlas Arenie Charlie Benante tłukł w bębny z taką samą mocą jak niegdyś Vinnie Paul, Zakk Wylde bezkompromisowo egzekwował kolejne riffy Dimebaga, a mocno przesterowany, tłusty bas Rexa Browna spajał instrumentarium Pantery w wydaniu Anno Domini 2023. Dało się zauważyć, że niemłodzi już przecież panowie dają z siebie wszystko, traktując dziedzictwo Pantery z należytym szacunkiem.

Pantera
Jak ze swoich obowiązków wywiązał się Phil Anselmo? Znakomicie, znacznie lepiej niż mógłbym się tego po nim spodziewać. Słychać było, że wokalista odpowiednio przygotował swoje partie i zabezpieczył struny głosowe przed trasą po Europie. Zarówno partie wykrzykiwane, jak i te śpiewane (w This Love oraz kameralnym coverze Planet Caravan od Black Sabbath) wypadły doskonale. Można pokusić się o stwierdzenie, że Phil jest prawdopodobnie w najlepszej kondycji wokalnej od lat. Występujący boso wokalista był nieco statyczny – to przez problemy z kręgosłupem. Na nagraniu z Instagrama grupy widać było, że w łódzkiej garderobie muzyk spędzał czas na leżąco, odpoczywając na macie. Biorąc pod uwagę, że wokalista jest po pięćdziesiątce, nie spodziewałbym się po nim scenicznych szaleństw. Na plus oceniam również jego trzeźwość (na scenie nie było alkoholu, a jedynie butelki z wodą). Ubrany w t-shirt z twarzą fenomenalnego ukraińskiego boksera Oleksandra Usyka, Anselmo kilkukrotnie przemawiał do zgromadzonych, ciesząc się ze swojej obecności w Polsce i pozwalając sobie na drobne żarty. Nie zabrakło także słów uznania wobec braci Abbott.
Przekrojowa, półtoragodzinna setlista zawierała słynne klasyki Pantery. Oprócz wspomnianych wyżej numerów, usłyszeliśmy m.in.: 5 Minutes Alone, I’m Broken, Cowboys From Hell czy obowiązkowe Walk, którego refreny wsparli wokalnie członkowie Crowbar oraz wymieniony wcześniej Landgraf. Zaprezentowano także mniej popularne kompozycje, mające zadowolić najbardziej oddanych fanów grupy, takie jak Suicide Note Pt. II czy War Nerve z wydanego w 1996 roku The Great Southern Trendkill. W trakcie koncertu za muzykami pojawiały się wizualizacje odnoszące się do albumów grupy oraz, rzecz jasna, braci Abbott. Po bokach zestawu perkusyjnego oraz za Charliem Benante wielokrotnie wystrzeliwały wysokie słupy ognia, stale podnoszące temperaturę obiektu. Zgadzam się z opinią, że rzeczywiście tak mniej więcej mógł wyglądać koncert Pantery w latach 90. ubiegłego wieku. Gdybym miał na coś narzekać, zdziwiła mnie skrócona wersja Domination, która składała się w zasadzie wyłącznie z solówki oraz legendarnego breakdownu. Ponadto, Zakk Wylde zaliczył kilka słyszalnych błędów technicznych w trakcie odgrywania riffów i solówek Dimebaga, ale nie było to nic nadzwyczajnego. Ot, drobne koncertowe potknięcia. Na sam koniec usłyszeliśmy rewelacyjne Yesterday Don’t Mean Shit, po którym Anselmo otulił się wrzuconą na scenę polską flagą. Po wszystkim wokalista zastosował patent znany wszystkim z koncertów Down, śpiewając fragment Stairway to Heaven Led Zeppelin, po czym upuścił mikrofon na scenę.

Pantera
Po wyjściu z Atlas Areny wielokrotnie słyszałem entuzjazm zadowolonych fanów. Uważam, że był on w pełni zasłużony. Pantera zagrała po prostu świetny koncert. Muszę przyznać, że na Metal Hammer Festival jechałem trochę z ciekawości, nieco powątpiewając w potencjał Phila, Rexa, Charliego i Zakka. Cieszę się, że mogłem zweryfikować swoją ciekawość na żywo. Otrzymałem więcej niż mógłbym sobie życzyć i z pewnością pojadę na kolejny polski koncert grupy.
Dodam jeszcze, że organizacja festiwalu pozostawiała niestety sporo do życzenia. Kolejki do jedynego stanowiska z oficjalnym merchem występujących zespołów zdawały się nie mieć końca, a te do stref gastronomicznych były jeszcze dłuższe. Pod tym względem Metal Hammer Festival był bodaj najgorzej zorganizowaną imprezą na jakiej byłem w łódzkiej Atlas Arenie. Drodzy organizatorzy, warto wyciągnąć wnioski z tegorocznej edycji!
Setlista:
Regular People (Conceit) – nagranie audio wraz z wideo o braciach Abbott
In Heaven – intro, nagranie z filmu Głowa do wycierania Davida Lyncha
A New Level
Mouth For War
Becoming
I’m Broken
Suicide Note Pt. II
5 Minutes Alone
This Love
War Nerve
Fucking Hostile
Cemetery Gates – nagranie audio wraz z wideo o braciach Abbott
Planet Caravan
Walk
Domination / Hollow – skrócony medley
Cowboys From Hell
Yesterday Don’t Mean Shit
Zdjęcia autorstwa Pawła Mielko.
- Czernina — „Oszukać Listopad” (2025) - 21 stycznia 2026
- KANNABINOID już w styczniu w Lublinie - 3 grudnia 2025
- SYSTEM OF A DOWN, QUEENS OF THE STONE AGE oraz ACID BATH na koncercie w Polsce w 2026 roku - 10 września 2025






