Site icon KVLT

Metallica, Gojira, Knocked Loose – relacja z koncertu, Chorzów (19.05.2026)

Metallica w Chorzowie 2026 – relacja z koncertu M72 World Tour

Metallica w Chorzowie zagrała na Stadionie Śląskim dla około 90 tysięcy fanów w ramach trasy M72 World Tour.

 

Miliony fanów na całym świecie, setki tysięcy obecnych na każdej trasie, dziesiątki nagranych hitów, kilka formatywnych dla muzyki metalowej albumów i jedyny w swoim rodzaju zespół – Metallica.

Amerykański kwartet postanowił ponownie zawitać do Polski w ramach rozpoczętej w 2023 roku trasy M72 World Tour. Tym razem wybór padł jednak na Stadion Śląski w Chorzowie, co było w moim przypadku czynnikiem przesądzającym o udziale w zapowiedzianym wydarzeniu.

Grupę widziałem ostatnio dobrych kilkanaście lat temu (w 2010 roku na lotnisku Bemowo podczas występu Wielkiej Czwórki w ramach Sonisphere Festival), perspektywa czasowa pozwalała mi więc spojrzeć na formę i dyspozycję zespołu z właściwym dla tak długiej przerwy dystansem. Nawet przez chwilę nie miałem jednak szansy być w swoim spojrzeniu w pełni obiektywny, bo Metallica to jeden z tych składów, które towarzyszą mi w muzycznej podróży niemal od zawsze. Ich płyty poznawałem w różnych momentach swojego życia, poza kolejnością chronologiczną, z różnym nastawieniem i żywionymi oczekiwaniami. Nie da się ukryć, że mam do tego zespołu olbrzymi sentyment, a sposobność ponownego spotkania – tym razem szczęśliwie poza „gościnnymi” progami Stadionu Narodowego – była dla mnie wyborem z kategorii must be.

Biorąc pod uwagę frekwencję i poziom zainteresowania imprezą (wystarczy wspomnieć, że samą sprzedaż oficjalnego merchu, organizowaną w katowickim MCK, można było rozpatrywać w kategoriach imprezy masowej) miałem wszelkie podstawy oczekiwać wyjątkowego i zapadającego w pamięć wydarzenia. Szczęśliwie dopisać miała także pogoda – zostawiając za sobą deszczowy poranek w Toruniu, miałem co do tego lekkie obawy, jednak wraz z przybyciem na miejsce koncertu, zostały one rozwiane wraz z resztkami chmur, mogących w jakikolwiek sposób popsuć fanom wtorkowy wieczór w Chorzowie.

Supporty: Knocked Loose i Gojira

Grający jako otwieracz Knocked Loose był wyborem całkiem nieoczywistym. Wczesna pora, pełne słońce, publika, spośród której znaczną część stanowili ludzie niemający na co dzień do czynienia z nawet umiarkowanie ekstremalną estetyką i punch zaciśniętą pięścią w twarz już na wejściu na stadion. Wyraźnie rozpierany energią kwintet Amerykanów zafundował w Chorzowie trzy kwadranse połamanego, chaotycznego, wypełnionego skondensowaną dawką agresji i brutalności, zmetalizowanego hardcore’a. Koncert obejrzałem ze sporą satysfakcją (cieszył na pewno widok dużej grupy młodych wojowników, dzielnie rozkręcających mosh pit) ostatecznie potraktowałem go jednak raczej jako ciekawostkę i przyzwoity akcent otwierający, niż coś, co na dłużej miałoby związać moją uwagę.

Zupełnie inaczej sprawa miała się z występującą w roli drugiego supportu Gojirą. Nie trzeba szczególnie uważnie śledzić aktualnych trendów, by wiedzieć, że zespół braci Duplantier od dawna przerasta już kluby i hale koncertowe. Mam jednak wrażenie, że boost, jaki dał im występ podczas ceremonii otwarcia francuskich Igrzysk Olimpijskich w 2024 roku, przyspieszył rozwój ich popularności w skali wręcz logarytmicznej. Było to zresztą doskonale widać po reakcjach publiczności, która przywitała Francuzów z całkowicie autentycznym i żarliwym entuzjazmem.

Muzycy wciąż nie mieli jednak łatwego zadania – występowali stosunkowo wcześnie, z okrojoną z oczywistych powodów oprawą wizualną oraz średniej jakości nagłośnieniem, które odczuwalnie odebrało ich muzyce znaną z płyt precyzję i selektywność. Mimo tego – odgrywając swoje najbardziej reprezentatywne numery (z Backbone, Flying Whales, StrandedL’Enfant Sauvage, czy wspartym głosem niespodziewanego gościa w osobie sopranistki, Mariny Viotti Mea Culpa (Ah! Ça ira!) na czele), wyszli z postawionej przed nimi próby jednoznacznie obronną ręką.

Czuć było w występie Francuzów charakterystyczny puls i drzemiące pod dźwiękową skorupą pokłady energii – rozdygotanej i gotowej w każdej chwili niemal eksplodować. Animusz występu skutecznie udzielił się zgromadzonej pod sceną i na trybunach publice (spośród której niemała część prawdopodobnie dopiero tego dnia miała okazję Gojirę w ogóle poznać), co podkreślało skalę skuteczności, z jaką zespół zaprezentował na scenie Kotła Czarownic swoje atuty.

Powrót Metalliki do Polski – Stadion Śląski

Oprawa i brzmienie koncertu

Widząc przygotowania do kulminacyjnego punktu programu, wyraźnie uwidoczniła się (tradycyjna zresztą dla Metalliki) olbrzymią przepaść, dzieląca oprawę jej występów od poprzedzających ją supportów – myślę tu zarówno o rozmachu produkcji, jak i samym nagłośnieniu. Podobnie rzecz miała się z oczekiwaniami fanów – tuż przed wyjściem zespołu, trybuny Stadionu Śląskiego zainicjowały gigantyczną meksykańską falę, która kilkukrotnie obiegła koronę obiektu. Nie mniejsze wrażenie robił widok oświetlonej promieniami zachodzącego słońca płyty, ośmiu stalowych konstrukcji z owalnymi telebimami, wspomaganej półtysiącem zainstalowanych głośników sceny 360° i rozlanego wokół prawdziwego mrowia ludzi, którzy już od pierwszych nut tradycyjnego The Ecstasy of Gold Ennio Morricone zdawali się wpadać w stan uniesienia.

Nie miałem żadnych konkretnych oczekiwań wobec setlisty, niespecjalnie też śledziłem losy wcześniejszych koncertów trasy w Grecji czy Rumunii. Nietrudno było przewidzieć, że set opierać się będzie na największych szlagierach zespołu, urozmaiconych drobnymi modyfikacjami. Tym razem padło na Of Wolf and Man z Czarnego Albumu, The Memory Remains z Reload oraz The Day That Never Comes z Death Magnetic. Promocja nowej płyty ograniczyła się do Lux Æterna (i bardzo dobrze, akurat w przypadku tego albumu więcej nie trzeba). Resztę czasu antenowego wypełniły doskonale znane klasyki z Nothing Else Matters, The Unforgiven, Enter Sandman, Seek & Destroy i Master of Puppets na sztandarze.

Czy koncert Metalliki spełnił oczekiwania?

Przechodząc jednak do najważniejszego – emocji i pozytywnych wrażeń, towarzyszących występowi legendarnej Mety. Te w znacznej mierze zagwarantowane zostały doskonałą produkcją oraz naprawdę przyzwoitym brzmieniem wykręconym na Stadionie Śląskim. Oczywiście znajdą się tacy, którzy narzekać będą na brak klinicznego soundu, biorąc jednak poprawkę na skalę wydarzenia i gigantyczną przestrzeń jego realizacji, do nagłośnienia trudno było mieć we wtorek większe zastrzeżenia. Zarówno gitary, jak i gary Larsa (akurat w jego przypadku nie zawsze jest to atutem), a także wokal Papy Heta wyeksponowane były w sposób, który gwarantował możliwość czerpania przyjemności w bardzo komfortowych warunkach.

Na osobną wzmiankę zasługuje sam odbiór występu przez zgromadzoną na stadionie publiczność. Rekordowa jak na polskie warunki frekwencja (organizatorzy podawali liczbę 90 tysięcy osób) zapewniała rezon i impakt wydarzenia w prawdziwie masowej skali. Zarówno płyta, jak i trybuny wyczuwalnie angażowały się w koncert Metalliki, dając grupie dowód niesłabnącej sympatii i przywiązania do jej twórczości.

Nie sposób nie wspomnieć też o nowym pokoleniu fanów, które pojawiło się na Stadionie Śląskim w imponującej liczbie. Na wzrost zainteresowanie muzyką zespołu wpływ mają z pewnością social media i moda (na horyzoncie miga neon z czołówki Stranger Things), dzięki której Metallica zyskała wyraźną popularność wśród przedstawicieli pokolenia Z. Jasne, można debatować, ilu jest wśród nich ludzi „z przypadku”, ilu „influencerów”, pojawiających się na stadionie jedynie po selfie, ilu „niedzielnych fanów”, którym przeszkadza mosh pit i ścisk tłumu – pozostaje jednak pytanie, czy ma to w takich okolicznościach większe znaczenie? Metallica to firma, ich koncerty to wydarzenia masowe, prawo do udziału niezależnie od pobudek i motywacji ma każdy posiadacz właściwie zakupionego QR kodu, zamiast więc zatracać się w walce o wyimaginowane ideały, znacznie lepiej było choć spróbować wyciągnąć z koncertu jak najwięcej dla siebie.

Dokładnie takie nastawienie wydawali się mieć licznie reprezentowani w Chorzowie koncertowi weterani Mety – fani oddani grupie od wielu lat, wyśpiewujący z pamięci komplet tekstów i autentycznie przeżywający wtorkowe wydarzenia sceniczne.

Skoro na powrót o koncercie mowa – nie mogło oczywiście obyć się bez serii tradycyjnych dla zespołu pomyłek, wpadek i niezręcznych momentów. Pomijając już wywrotki Kirka i Larsa, trudno przejść obojętnie obok momentu, który wywołał u mnie największą konsternację (chodzi rzecz jasna o Przegląd polskiej piosenki rozrywkowej, w ramach którego tym razem padło na bogu ducha winne Chcemy być sobą Perfectu). Jestem w stanie zrozumieć chęć przypodobania się polskim fanom, przyjmuję też do wiadomości potrzebę urozmaicenia poszczególnych odsłon trasy, kompletnie nie kupuję jednak widoku Roba i Kirka, którzy (bez znajomości kontekstu i znaczenia wziętej na barki kompozycji) męczą się z łamaną polszczyzną i prostą melodią odgrywaną na pół gwizdka. Historię z utworem Dżemu można było jeszcze uznać za miły akcent. Kolejne razy z kompozycjami Czesława Niemena i Maanam były już gorsze. Sztuczka powtórzona po raz kolejny w Chorzowie przestała być moim zdaniem w najmniejszym już nawet stopniu skuteczna. Podobnie kłopotliwy był moment, w którym zarówno Kirk, jak i Lars dziękowali za przybycie do.. Krakowa, kilkukrotnie powtarzając nazwę miasta podczas pożegnalnych wypowiedzi.

Cóż jednak począć? Mógłbym próbować się gniewać i zapisywać w pamięci negatywne spostrzeżenia, mam jednak do tych gości nieskrywaną (podszytą dodatkowo ogromnym sentymentem) słabość i trudno mi nie wybaczać im tych mniej i tych bardziej odczuwalnych potknięć.

Bo ostatecznie i ponad wszelką wątpliwość – piękny był to koncert. Taki, który przypomniał mi, jak bardzo tęskniłem za tym zespołem i jak wciąż ogromną darzę go sympatią.

Setlista Metallica – Chorzów 2026

Exit mobile version