Monster Magnet, Carnal, Taxi Caveman – Warszawa (06.07.2023)

Sezon koncertowy nie zwalnia. Tym razem muzyczna lokomotywa zawitała na stację „Warszawa-Progresja”, gdzie w czwartkowy wieczór zameldować się mieli, przeżywający już kolejną w karierze młodość, amerykańscy rock’n’rollowcy z Monster Magnet. Na supporcie kosmiczni taksówkarze z Taxi Caveman oraz dobrani dość osobliwym kluczem muzycy Carnal.

Ale od początku.

Jako pierwsze tego popołudnia, z impetem załadowanego gruzem dostawczaka, wjechało na scenę Progresji hałaśliwe Taxi Caveman. Widziałem ich ostatnio podczas zeszłorocznego Summer Dying Loud, wiedziałem więc na co powinienem się nastawiać. Tym razem jednak, mimo dzielnych starań i bardzo poprawnego występu, zespół nie poszarpał mną tak, jak podczas zeszłorocznego spotkania. Chwilami dało się co prawda wyraźniej odczuć charakterystyczny, psychodeliczno-stonerowy vibe muzyki kapeli (podkreślany dobrze wykonaną robotą oświetleniowca), przy mniej stłoczonej publice i o nieco zbyt wczesnej, jak na takie klimaty porze, impakt całości był niestety nieco stłumiony.

Do drugiego zespołu czwartkowego eventu podchodziłem ze sporą rezerwą, nie rozumiałem bowiem klucza, jakim ten został do line-upu dołączony. O ile muzyka Taxi Caveman bezpośrednio i czytelnie korespondowała z klimatem wieczoru, wybór zespołu Carnal pozostawał dla mnie zagadką. Sam koncert grupy wielu odpowiedzi nie dostarczył, bo mimo widocznego otrzaskania w boju i ciekawej prezencji scenicznej (Jamiroquai na gitarze niewątpliwie kradł uwagę), zespół ze swoim alternative(?) / modern(?) / progressive(?) / groove(?) metalem z literackim zacięciem, dużo lepiej niż w towarzystwie Monster Magnet, odnalazłby się moim zdaniem na występie u boku np. Huntera, Illusion, czy może Comy. W czwartek najważniejszy był powertrip, dawka przyjęta od Apolla i noc spędzona w łózku z Lucyferem, więc smutne songi o tym, że czas nie leczy ran, w środek tarczy, w moim odczuciu specjalnie nie trafiały.

Dłuższa chwila poświęcona na niezbędne przepięcia i pojawiali się w końcu oni – rock’n’rollowcy z krwi i kości. Choć pokąsani zębem czasu (przypominam, Dave Wyndorf kończy w tym roku 67 lat), wdarli się na scenę z widoczną werwą i zaraźliwym entuzjazmem. Zaczęli od coveru Hawkwind z ostatniej płyty, po którym otworzyli prawdziwy wór z napisem „samo dobro. Superjudge? Oczywiście. Powertrip? No raczej – był i Crop Circle i Bummer, był numer tytułowy, no i niezawodny Space Lord. Zapytacie: „a co z Dopes to Infinity”? Proszę bardzo – poza otwierającym płytę hymnem, odśpiewane i odtańczone zostało Look to Your Orb for the Warning i Negasonic Teenage Warhead. Pod względem doboru numerów, występ spełnił oczekiwania z nawiązką.

Oko i ucho cieszyła też forma Dave’a, który dzielnie radził sobie z tempem występu, zagadywał i komplementował publikę, zdradzając przy tym nieukrywaną pogodę ducha i spory dystans do siebie. Cały skład dał z resztą z serducha, na co patrzyło się z prawdziwą przyjemnością (radosnego klimatu dodawały koncertowi wyświetlane w tle fragmenty cudacznych filmów klasy wątpliwej, w których było wszystko, od erotyków, przez rekonstrukcje historyczne, aż po sci-fi, ze statkami kosmicznymi niszczącymi amerykański Kapitol).

Jak to jednak często bywa, wyłącznie pozytywnie być nie mogło. Całe to piękne wariactwo obarczone było sporym niedostatkiem, zatytułowanym ”nagłośnienie”. Pierwszą połowę koncertu, spędzoną w okolicy sceny ratował głównie fakt, że numery grane przez zespół znałem na pamięć. Perkusja mocno zagłuszająca gitary, które z kolei zagłuszały wokal, o basie można było w ogóle zapomnieć – selektywnie to na pewno nie brzmiało. Druga część występu, oglądana z okolic środka sali nieco sytuację poprawiła (w końcu mogłem utwierdzić się w przekonaniu, że i wokalnie Dave wyszedł z czwartkowej konfrontacji z klasą), choć wciąż nie była to oprawa dźwiękowa, pozwalająca artystom w pełni rozwinąć skrzydła. Trochę szkoda, bo biorąc pod uwagę bardzo solidną frekwencję i świetne przyjęcie zespołu, koncert miał zadatki na bycie naprawdę fantastycznym. Wciąż był (tylko i aż) bardzo dobry, jednak dużego minusa w dzienniku, pod nazwiskiem naglośnieniowca nie sposób wymazać.

Chociaż pokoncertowa adrenalina aż prosiła się o podsumowanie wieczoru w formie after party, proza życia skierowała mnie od razu w trasę powrotną do Torunia. Kolejne dni na pewno wciąż upływać mi będą jednak w towarzystwie studyjnych dokonań ekipy z New Jersey – nie ma innej opcji.



Synu
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , .