Site icon KVLT

Opeth – Berlin (12.10.2015)

Jakimś dziwnym zrządzeniem losu jak dotąd widziałem tych klasyków progresywnego metalu jedynie na festiwalach. Godzina do dyspozycji niby nie tak mało, Napalm Death zdążyłby w tym czasie zagrać You Suffer 3600 razy, ale w przypadku Opeth sześćdziesięciominutowe występy pozostawiały spory niedosyt. Kiedy dowiedziałem się, że tej jesieni zagrają specjalne, urodzinowe koncerty, wiedziałem, że grzechem byłoby to przegapić. Polski niestety na rozpisce zabrakło, ale przecież do Berlina mam z Wrocławia taki sam dystans, jak do Warszawy.

 
W stolicy Niemiec gościłem pierwszy raz w życiu, nie wiedziałem nawet, że mają tam tak piękne sale koncertowe jak Admiralpalast. Choć powinienem raczej nadmienić, że w tym przeszło stuletnim budynku mieści się przede wszystkim teatr. W takich warunkach muzyka smakuje bardziej wytwornie, ale i sam wygląd sceny prezentował się okazalej. Szczególnie liczne świeczniki mogły się podobać. Nagłośnienie także było na najwyższym poziomie, a w przypadku tak bogatej muzyki, jaką prezentuje Opeth, jest to szczególnie istotne.

 
W pierwszej części występu grupa zaprezentowała w całości Ghost Reveries, album z 2005 roku, o którym Mikael Akerfeldt powiedział w czasie koncertu „kiedy się ukazywał, wszyscy go nienawidzili; teraz, po dziesięciu latach, wszyscy go kochają”.

 
Ósma płyta została odegrana utwór po utworze, w dokładnie tej kolejności jaką znamy z albumu. Zajęło to zespołowi aż 83 minuty, ale trzeba przyznać, że Mikael pomiędzy utworami potrafi się rozgadać. Nie mam jednak nic przeciwko, bo ma talent do snucia zabawnych opowieści. Gdyby zdecydował się kiedyś wystąpić na jakiejś gali stand up comedy, na pewno kupiłbym bilet. Facet nawet vielen Dank mówi w taki sposób, że publiczność pęka ze śmiechu. Przed Beneath The Mire ostrzegał, że przed tą trasą utwór ten nigdy nie był przez nich grany na żywo i że nawet go nie pamiętał. Było to nie tylko słychać, ale i widać, kiedy cały czas zerkał na ręce Fredrika Akessona, aby samemu się nie pomylić w swoich partiach. Podobny patent zastosował w połamanej rytmicznie końcówce Reverie/Harlequin Forest, kiedy podpatrywał uderzenia w bębny Martina Axenrota. Nie zrozumcie mnie jednak źle, nie narzekam na wykonanie tychże piosenek, miało to bowiem swój urok.

 
Lirycznie, pięknie i spokojnie zrobiło się przy okazji Hours Of Wealth, Isolation Years oraz Atonement. Szczególnie ten ostatni (choć zaprezentowany jako pierwszy z nich) mógł szczególnie zachwycić, a to za sprawą solówek- Joakima Svalberga na klawiszach i wspomnianego Frederika Akessona na gitarze. W tej pierwszej czuć było ducha The Doors. Kiedy wybrzmiewała druga, klimat Pink Floyd był tak mocno obecny, że można go było jeść łyżkami. Takie urozmaicenie w postaci solówek, czy wydłużonych wstępów do utworów, to drugi powód tak obszernej części pierwszej tego koncertu.

 
Najsłabiej (co nie znaczy, że słabo) wypadły mocniejsze fragmenty. Growle Akerfeldta wydawały się nie tak głębokie i agresywne, jak na płycie. Gitary także brzmiały trochę łagodniej. Przynajmniej w rozpoczynającym koncert Ghost of Perdition, bo The Grand Conjuration brzmiał już znacznie lepiej. Mimo wszystko to właśnie metalowe oblicze tej części show powodowało, że czuć było niewielki niedosyt. Czegoś po prostu brakowało. Jakby grupa nie weszła jeszcze na pełne obroty.

 
Przed Isolation Years, kompozycją która kończy Ghost Reveries, Mikael zapowiedział, że wraz z jej ostatnimi dźwiękami grupa zniknie ze sceny…bo muszą zrobić siku i że jest to część występu. Zapytał też, czy można w Admiralpalast kupić piwo. Po uzyskaniu odpowiedzi twierdzącej, stwierdził „no to już wiecie, co będziecie w czasie przerwy robić”.


Sikali osiemnaście minut, co trochę mi się dłużyło, bo po piwo jednak nie poszedłem. Kiedy jednak wrócili na scenę, pokazali dlaczego są jednym z najlepszych koncertowych zespołów na świecie.
Drugą część zaczęli od dwóch piosenek z Pale Communion, ostatniego studyjnego albumu. Jeśli ktoś, tak jak ja, ma problem z polubieniem dwóch ostatnich krążków, powinien zmierzyć się z nimi na żywo. To są wtedy zupełnie inne utwory! Pełne energii, mocy i żaru. Sam zespół także gra je z o wiele większą radością, niż stary repertuar. Eternal Rains Will Come i Cusp of Eternity zabrzmiały naprawdę magicznie, stanowiąc jeden z najlepszych momentów tego przedstawienia.

Miłośników Blackwater Park, uznawanego przez wielu za szczytowe osiągnięcie Szwedów, ucieszył The Leper Affinity. I tu pozytywna niespodzianka- jednak metalowe wyziewy panowie potrafią zagrać z należytą mocą! Utwór zabrzmiał naprawdę potężnie.

Zaraz po nim nastąpił trzyutworowy odpoczynek od metalu. Najpierw To Rid the Disease z albumu Damnation. Zawsze uważałem, że to co najciekawsze na tej płycie dzieje się na początku- Windowpane, In My Time of Need i Death Wispered a Lullaby są według mnie nie do pobicia. Okazuje się jednak, że pod koniec tego balladowego krążka także znajdują się prawdziwe perełki. Przed kolejnym kawałkiem Akerfeldt zapytał, co mamy ochotę usłyszeć. Z publiki leciały sugestie typu Bleak, Face of Melinda, Demon of the Fall czy Benighted. Mikael skomentował to ze śmiechem- „nikt z was nie poprosił o to, co teraz zagramy, więc się pieprzcie” po czym poleciał I Feel the Dark. I po raz kolejny tego wieczora przekonałem się, że mimo tego, że Opeth porzucił metal na rzecz rocka progresywnego, nadal jest sobą. Spokojniejszą część setu zamknęli utworem Voice of Treason.

Po tej delikatnej części następny w kolejce Master`s Apprentices zabrzmiał jeszcze bardziej brutalnie, złowieszczo i potężnie. Ten ultra ciężki riff pokazuje, że to co proste, potrafi być genialne.
Już na bis grupa zagrała jeszcze The Lotus Eater i to był już definitywny koniec występu. Weszli na scenę punktualnie o 20:00, schodzili z niej równo o 23:02. Pomijając przerwę grali równo 2 godziny i 44 minuty. Tym razem nie miałem prawa czuć niedosytu. Odnotuję tylko, że nie usłyszeliśmy niczego z lat 90, ale też trudno chyba ułożyć setlistę, gdy się ma 11 albumów w dyskografii, a znaczna część utworów na nich zawartych trwa ponad 10 minut. Mogę więc śmiało napisać, że 25 urodziny Opeth zostały uczczone w najlepszy z możliwych sposobów.

Exit mobile version