Halloween, Toruń, koncert metalowy i klub NRD – te elementy mogło połączyć tylko jedno: kolejna edycja flagowego toruńskiego festiwalu muzyki post-black, death i doom metalowej, czyli Post Mortem. Tym razem skład imprezy był wyjątkowo różnorodny, bo poza kapelami, które wydawały się oczywistymi wyborami organizatora (Czernina, Machukha) na scenie lokalnego klubu zaprezentował się także black/fokowy Vokkr, oraz kojarzący się raczej lżejszymi klimatami muzycznymi Pure Bedlam.
Na uwagę zasługiwała na pewno też bardzo przyzwoita frekwencja, którą, mimo wczesnej pory, zgromadzeni sympatycy festiwalu zdołali zbudować już podczas otwierającego imprezę koncertu. Czernina wypadła bardzo sympatycznie, nawet pomimo faktu, że muzyka wyraźnie skłaniająca do dynamicznego kroku, odbierana była przez toruńską publikę w sposób raczej stonowany. Przyznam szczerze, że nie dość, że nie przeszkodziło o to w odbiorze występu gości ze Szczecina, co wręcz dodało zespołowi dodatkowego (całkowicie wbrew nazwie) kolorytu. Basista zatrudniony do konferansjerki był wprawdzie trochę nieśmiały, ale w samej muzyce słychać było właściwy nerw i szczere emocje. Dobry otwieracz.
Kolejny zespół – Vokkr – okazał się dla mnie niewątpliwie największym zaskoczeniem tej edycji festiwalu. Poziom oczekiwań miałem dość niski, bo fragmenty odsłuchiwane przed koncertem niespecjalnie mnie przekonywały (ot mało odkrywczy, melodyjny black z folkowymi naleciałościami).. ale na żywo? Pojawiło się w muzyce zespołu dużo więcej gotyckiego zacięcia, przyjemne melodie nabrały odpowiednich kształtów, wokalista wystylizowany na młodego Nicka Holmesa dodawał sporo od siebie, a całość wzmocniona została wyjątkowo dobrym, jak na warunki klubowe nagłośnieniem. Nie wiem, czy koncert pomoże mi wrócić do twórczości studyjnej zespołu i spojrzeć na nią przychylniejszym okiem, ale na pewno zapamiętam występ Vokkr, jako jednej z najbardziej udanych momentów ostatniej edycji Post Mortem.
Pure Bedlam, stylistycznie najbardziej oddalone od motywu przewodniego festiwalu, gustownie odwzorowywało amerykański alternative metal/post-grunge z przełomu lat 90. i 2000. Echa Deftones, Chevelle, Cold, Creed, ale też Alien Ant Farm (tak, oni również potrafili w stonowane piosenki), pozwoliło mi udać się w przyjemną, sentymentalną podróż dwie/trzy dekady wstecz. Też miałem swego czasu zajawkę na podobne granie, nie było więc szans na to, by mi się ta fanowska „zabawa w przebierańca” nie spodobała. Zresztą Wojtek Kałuża to też urodzony frontman: dowcipkował, zagadywał i kokietował publiczność, wydatnie przykładając rękę do utrzymania dobrej atmosfery samego występu. Brzmienie również udało się nagłośnieniowcom wykręcić bardzo przyzwoite, dzięki czemu zespół miał szansę skutecznie uwydatnić na scenie NRD największe atuty swojej muzyki.
Będący jednym z najmniej oczywistych punktów Post Mortem występ pokazał przy okazji, że organizator festiwalu stara się śmiało poszerzać i urozmaicać format swojej imprezy, co stanowi dobry prognostyk na przyszłość.
Finał edycji okazał się jednak powrotem na czysto post mortemowe tory, które zagospodarowała pochodząca z Berlina post-black metalowa Machukha. Muzycznie zespół zaprezentował się bardzo ciekawie, szczególnie we fragmentach, w których sięgał po post rockowe melodie, wzbogacane umiejętnie wplatanymi weń partiami saksofonu. Na pochwałę zasługiwała też gra perkusistki składu, która mimo operowania dość osobliwą, siłową techniką, grała momentami (pod względem poziomu wykonawczego) swój własny koncert. Myślę, że gdyby grupa poprzestała na formie instrumentalnej, byłaby doskonałym zwieńczeniem wieczoru. Niestety siłę wyrazu całości odczuwalnie osłabiały wokale. Gardłowa grupy Natalya okazała się być dla mnie dowodem tego, że do wywołania zamierzonego efektu emocjonalnego nie wystarczy – niezależnie jak bardzo histeryczne – zdzieranie swoich, bogu ducha winnych strun głosowych. Jeśli nie idzie za tym nawet odrobina techniki i przekonujących umiejętności, pozostaje jedynie – na dłuższą metę męcząca – ściana krzyku. Byłem więc mocno rozdarty koncertem gwiazdy wieczoru, bo kompozycyjnie było naprawdę dobrze, nie brakowało też momentów wewnętrznego poruszenia, w których mogłem nazwać się właściwe zestrojonym z muzyką zespołu. Jednak te wokale..
Czego by nie mówić, jakieś wrażenia i emocje Machukha zdołała po sobie pozostawić, a chyba o to w tym sporcie chodzi.
Kolejna odsłona Post Mortem zapisze się w mojej pamięci ciekawie skompletowanym line-upem, zaskakująco porządnym nagłośnieniem i dobrą frekwencją, potwierdzającą wysoką pozycję imprezy w toruńskim miksie wydarzeń muzycznych. Organizator zabookował już zresztą termin następnej edycji, a z zakulisowych rozmów wiem, że jest na co czekać.
- Post Mortem #21: Machukha, Pure Bedlam, Vokkr, Czernina – Toruń (31.10.2026) - 8 listopada 2026
- Summer Dying Loud 2026 – Aleksandrów Łódzki (3-5.09.2026) - 1 października 2026
- BLACK WITCHCRAFT – Ex Ossibus Templum Ei Erigemus (2026) - 20 września 2026

